Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Jeśli nic się nie zmieni, Barcelonę czeka nie tylko bankructwo ekonomiczne, ale i upadek moralny"

Po 92 dniach postoju wraca liga hiszpańska. I mecz o duszę FC Barcelony wreszcie będzie mógł się toczyć również na boisku. Podczas pandemii toczył się tylko w gabinetach prezesów, w mediach oraz na instagramowych kontach piłkarzy. I wyszło to Barcelonie bokiem.

"Są tacy ludzie, którzy wygrają na loterii i uważają że to ich zasługa" - napisał Jorge Valdano, gdy w 2018 młody Vinicius Junior zdobywał swojego pierwszego gola dla Realu Madryt: podaniostrzałem, który wpadł do bramki rykoszetem od piłkarza Valladolid. Valdano, były piłkarz i dyrektor Realu, dziś jeden z najlepszych felietonistów w futbolu, studził głowy tym, którzy już ogłosili Viniciusa zbawcą Realu: to że ktoś strzelił gola, jeszcze nie znaczy, że już umie strzelać gole.

Sprawdziło się w przypadku Viniciusa - choć w sumie nastolatek z Brazylii, dopiero uczący się wielkiej piłki, był tu bogu ducha winny - ale tak naprawdę to zdanie Valdano już wtedy idealnie pasowało do szefa Barcelony, Josepa Marii Bartomeu. Do człowieka, który nie urodził się na lidera, może nawet nigdy tak do końca nie chciał być liderem. Ale liderem zrobił go los. I Bartomeu już tak został z tym liderowaniem.

Zobacz wideo Tak strzela Robert Lewandowski. Co za akcja! [ELEVEN SPORTS]

Pytanie, które złamało niejedną karierę: a jak ja właściwie tu doszedłem?

W 2014 z wiceprezesa stał się prezesem Barcelony dzięki temu,  że ustąpił Sandro Rosell, osaczany już wtedy przez prokuratorów. Niewiele ponad rok po takim objęciu rządów Bartomeu był królem Europy: Barcelona wygrała finał Ligi Mistrzów 2015 w Berlinie, trio Messi-Suarez-Neymar zmiatało wszystko, co napotkało na drodze, Luis Enrique pierwszy rok trenowania Barcelony kończył potrójną koroną – LM, mistrzostwo, puchar Hiszpanii – co się wcześniej udało tylko Pepowi Guardioli. Minął kolejny rok i Bartomeu wygrał wybory w klubie, stając się już prezesem pełną gębą.  I właśnie stawał przed wyzwaniem, które złamało mnóstwo karier. Musiał sam sobie odpowiedzieć na pytanie: a jak ja właściwie tu doszedłem i jak mam iść dalej, żeby to trwało?

Jest czerwiec 2020. Minęło niedawno pięć lat od finału w Berlinie i potrójnej korony.  Nie wygląda na to, żeby prezes znalazł odpowiedź. Wydał mnóstwo pieniędzy, żeby sukces z Berlina się powtórzył, ale nawet nie było blisko. Od 2015 roku Barcelona tylko raz doszła do półfinału Ligi Mistrzów, rok temu. Po 2015 roku częściej od niej grały w półfinale Atletico, Bayern, Liverpool, o Realu nie wspominając. A i ten jeden półfinał, przegrany w dramatycznych okolicznościach z Liverpoolem, pozostawił Barcelonie ranę, która nadal jest otwarta.

Liga sprzeciętniała w tym sezonie. A Barcelona nie ucieka rywalom

Na własnym podwórku Barcelona dalej jest królową, ale wygrywanie ligi hiszpańskiej i zdobywanie pucharów Hiszpanii trochę jej już spowszedniało. Gdyby tak nie było, to nie zwolniłaby trenera Ernesto Valverde, gdy była liderem ligi. Tu zadziałała trauma Liverpoolu, tylko wybuch był odłożony w czasie. Wystarczyło pierwsze lepsze zwątpienie i Barcelona pozbyła się trenera w trakcie sezonu, choć od kilkunastu lat tego unikała. Następca Valverde Quique Setien miał sprawić, że Barcelona będzie grać ładniej. Efekty są na razie takie sobie. Drużyna prowadzi w lidze, ale z przewagą ledwie dwóch punktów nad Realem i z ledwie jednym punktem w obu spotkaniach z Realem. A to wszystko w bardzo przeciętnym sezonie ligi hiszpańskiej, w którym największe kluby: nie tylko Barcelona i Real, ale też Atletico, mocno obniżyły loty.

Nie ma sukcesów w Europie, nie ma porywającego stylu, nie wiadomo jaki był długoterminowy pomysł władz Barcelony, ani jaka im przyświeca idea. Do niedawna przynajmniej była finansowa prosperity, co trzeba było Bartomeu zapisać na plus. Ale podczas pandemii runęło i to. Klub o rekordowym przychodzie w futbolu, pierwszy który sobie zabudżetował ponad miliard euro na sezon, musiał podczas wymuszonej przerwy w rozgrywkach mocno ciąć pensje i szykował wnioski do władz o przejęcie części pracowników na postojowe, dofinansowywane z pieniędzy publicznych.

"Jeśli nic się nie zmieni, Barcelonę czeka nie tylko bankructwo ekonomiczne, ale i upadek moralny"

Za rok będą w klubie wybory, i trzeba jakoś dotrwać z prezesem, który jest trochę jak król bez ziemi. Już wcześniej był osłabiony sporami wewnątrz klubu, porażkami w Lidze Mistrzów i przeciekami, że władze klubu wynajęły firmę, która miała w mediach społecznościowych bronić zarządu, a atakować jego przeciwników, również piłkarzy. Ale podczas pandemii nastąpiła wielka kumulacja. Trzy miesiące z koronawirusem to była tortura dla wszystkich, dla których ideały Barcelony są ważne naprawdę, a nie tylko w sloganach reklamowych. O klubie było cały czas głośno ze złych powodów. Jeden z kandydatów w przyszłorocznych wyborach, Victor Font, napisał nawet w liście otwartym do kibiców i mediów, że jeśli nic się nie zmieni, to Barcelonę czeka nie tylko bankructwo ekonomiczne, ale i upadek moralny.

Negocjowanie porozumienia o obniżce pensji z piłkarzami ciągnęło się w nieskończoność, a gdy już się udało, piłkarze wydali oświadczenie, w którym napisali, że „ktoś z wewnątrz klubu” próbował ich w tych negocjacjach obarczyć odpowiedzialnością za opóźnienia. Ivan Rakitić w radiowym wywiadzie powiedział, że nie wie jaka jest jego przyszłość w klubie, bo nikt z nim nie rozmawia. I jeśli prezes Bartomeu tego wywiadu słucha, to może się odezwie. Wcześniej sześciu członków zarządu podało się do dymisji, nie mogąc porozumieć się z prezesem. A na odchodne wiceprezes Emili Rousaud - najważniejszy z grupy tych, którzy odeszli - zasugerował, że ktoś w klubie nielegalnie się wzbogacał na umowie ze wspomnianą firmą szkalującą przeciwników w mediach społecznościowych.

Jeśli  słowo "klub" zakłada radość z robienia czegoś razem, to Barcelona jest dziś mniej niż klubem

Pół biedy, że piłkarzom nie jest po drodze z prezesem. Im jest jeszcze bardziej nie po drodze z dyrektorem sportowym Erikiem Abidalem, zresztą dyrektorzy odpowiedzialni za futbol zmieniali się w ostatnim czasie w Barcelonie tak często, że z tą funkcją nie wiąże się już właściwie żaden autorytet. Asystent trenera Quique Setiena też niedawno podpadł piłkarzom, bo zwracał im uwagę zbyt głośno i zbyt bezpośrednio. A i sam Setien toczył w czasie pandemii ciekawą korespondencyjną wymianę zdań z Leo Messim na łamach mediów. Messi powiedział w jednym z wywiadów, że jeśli Barcelona będzie grać nadal tak jak przed koronawirusem, to nie ma co myśleć o wygraniu Ligi Mistrzów. Setien odpowiedział w innym wywiadzie, że on jest optymistą, w klubie są tak dobrzy piłkarze, że jak najbardziej Ligę Mistrzów można wygrać. Na co Messi innym wywiadem odpowiedział, że Setien chyba nie zrozumiał. Messiemu nie chodziło to, że piłkarze są słabi, tylko gra. A to już był kamień do ogródka trenera.

Jeśli słowo „klub” oznacza, że grupa ludzi połączonych wspólną pasją zbiera się, by robić coś wspólnie i mieć z tego przyjemność, to Barcelona była w ostatnim czasie „mniej niż klubem”. A nie: „więcej niż klubem” jak mówi jej hasło. Każdy ciągnął tutaj w inną stronę. Ani w wizji gry, ani w transferach nie sposób się było dopatrzeć jakiegoś planu sięgającego dalej niż najbliższy zakręt. Zmieniają się dyrektorzy na górze, zmieniają się na dole, czyli w akademii, a problemy pozostają nierozwiązane.

Zarząd klubu modlił się do składu z finału w Berlinie, zamiast go spokojnie przebudowywać

Zarząd Barcelony modlił się do składu z finału w Berlinie, zamiast go krok po kroku przebudowywać. W ostatnim meczu ligowym przed pandemią (wygrana 1:0 z Realem Sociedad) zagrało aż sześciu piłkarzy którzy grali w 2015 w Berlinie: ter Stegen, Pique, Alba, Busquets, Rakitić, Messi, a zagrałby i siódmy, Luis Suarez, gdyby tylko był zdrowy. Wszelkie próby spokojnej przebudowy skończyły się tego letniego dnia 2017, gdy odszedł Neymar. To był tak wielki cios w dumę – jak piłkarz który mierzy w Złotą Piłkę może chcieć odejść z Barcelony? – że klub na rynku transferowym zamienił się w hazardzistę, który  wydawał miliony na lewo i prawo, licząc że błyskawicznie się odegra.

Odszedł Neymar? Nie szkodzi, przecież wydaliśmy ponad 100 milionów na Ousmane Dembele. Czas Andresa Iniesty się kończy? Nie ma problemu, wydamy ponad 100 milionów na Philippe Coutinho, on będzie ulepszonym Iniestą. Nie ma już Xaviego? Nie szkodzi, kupiliśmy Artura z Gremio, spójrzcie: rusza się jak Xavi. Nieważne, że Xavi i Barcelona tak długo dojrzewali do siebie nawzajem, że pomocnik w pewnym momencie myślał o odejściu, tak był zniechęcony czekaniem. Nieważne, że Neymar po przyjściu do Barcelony w 2013 musiał długo pracować na boisku i w siłowni, żeby się w pełni odnaleźć. Gdyby hazardzista umiał być cierpliwy, to nie byłby hazardzistą. Efekt?

Philippe Coutinho za 105 mln euro plus bonusy: 38 ligowych meczów w Barcelonie na 76 możliwych. Już wypożyczony do Bayernu Monachium.

Ousmane Dembele za 105 mln euro plus bonusy: 32 ligowe mecze w podstawowym składzie na 103 możliwe. Do tego osiem kontuzji, trochę spóźnień i wielki znak zapytania: czy ktoś w klubie w ogóle go wychowuje, czy ma wychować się sam?

Arthur za okazyjne 30 mln euro plus bonusy? 31 ligowych meczów w podstawowym składzie na 65 możliwych. Na początku zasypany pochwałami, a teraz bez wsparcia, gdy go najbardziej potrzebuje.

Bakero: trzy czwarte piłkarzy odchodzi z La Masii dla pieniędzy, a nie dlatego, że nie wierzą w awans do kadry pierwszego zespołu

To jeśli chodzi o trudną przebudowę od góry. Przebudowa od dołu jest równie trudna, bo wprawdzie Barcelona przyciąga do La Masii wybitne talenty, ale ma też wybitne trudności z konsekwentnym przeprowadzaniem ich do pierwszej drużyny. W pewnym sensie jest to naturalna cena sukcesu. Z jednej strony: klub stać na kupno tak dobrych piłkarzy, że poziom wejścia do drużyny jest bardzo wysoki i trzeba być nie tylko utalentowanym, ale przebojowym jak Ansu Fati, żeby wskoczyć i się utrzymać. Z drugiej strony: La Masia ma taką markę, że piłkarze są nieustannie kuszeni przez inne kluby. Jose Mari Bakero, były wielki piłkarz Barcelony (i były trener Polonii Warszawa i Lecha), który wróciła do klubu w 2017, teraz właśnie się z nim rozstaje, a w ostatnim czasie odpowiadał m.in. za pracę z młodzieżą, mówił w wywiadzie dla „Mundo Deportivo”, że 75 procent odchodzących z akademii podejmuje taką decyzję dlatego, że już mogą dostać gdzie indziej pensję wyższą niż limit wynagrodzeń w akademii, a nie dlatego, że nie wierzą w szansę dostania się w przyszłości do kadry Barcelony.

W takim krajobrazie Barca wraca w sobotę o 22 do gry spotkaniem z Realem Mallorca na wyjeździe. Potrzebuje tego lata sukcesu na boisku bardziej niż kiedykolwiek w ostatnich sezonach. Przerwa zastała ją na prowadzeniu w lidze, ale kruchym, dwupunktowym. A w Lidze Mistrzów: w połowie drogi do ćwierćfinału, po mało przekonującym, ale cennym wyjazdowym 1:1 z Napoli. Real ma oczywiście dużo gorzej, bo nie dość że wicelider w La Liga, to jeszcze w Lidze Mistrzów jest w połowie drogi do przedwczesnego wyjścia po 1:2 u siebie z Manchesterem City. Ale ta rana, przez którą Barcelona ciągle gorączkuje, od cudzych nieszczęść się nie wygoi. I od wygrywania tylko w Hiszpanii - też nie.

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .