Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Nagła śmierć piłkarza zmieniła ten mecz. Historyczne podziały odeszły w zapomnienie

La Liga zostanie odmrożona derbami najgorętszego miasta - w czwartek o 22 mecz Sevilla - Betis. O wysokich temperaturach mówiło się przed restarem ligi najwięcej, bo i wyścig o mistrzostwo rozgrzewa najbardziej od lat, i upały były poważnym zmartwieniem przy organizacji powrotu do gry.
Zobacz wideo

Nie będzie to problem jeszcze w ten weekend, ale już za tydzień, gdy na mecz z Sevillą stawi się FC Barcelona, termometry mają pokazać w dzień nawet 38 stopni C. A w połowie lipca nawet 40 stopni w cieniu. To dlatego La Liga po powrocie stanie się ligą jeszcze późniejszych wieczorów niż zwykle. Wiele meczów, w tym ten pierwszy po pandemii, rozpocznie się dopiero o 22. A i to nie da gwarancji, że upał zdąży zelżeć poniżej 30 stopni. Sędziowie mają to sprawdzać i jeśli wciąż będzie za gorąco - odwoływać mecze. W Hiszpanii śmieją się, że temperatura pozostała jedynym aspektem poza kontrolą Javiera Tebasa, szefa ligowej spółki i architekta powrotu do gry. 

Intensywność będzie niezwykła - w 39 dni zostanie rozegranych 11 kolejek. 110 spotkań zdefiniuje szalony sezon, w którym giganci z Barcelony i Madrytu od miesięcy wzajemnie napędzają się swoimi słabościami, w którym Getafe bije się o Ligę Mistrzów, Real Sociedad urzeka młodym składem, Granada jeszcze w październiku była liderem, Atletico miało już zaplanowane kilka pogrzebów cholismo, by w ostatnim meczu przed przerwą raz jeszcze się odrodzić i wyeliminować Liverpool w Lidze Mistrzów. A wszystko rozpocznie się Wielkimi Derbami Sewilli, od kilku lat najciekawszymi derbami w lidze hiszpańskiej. Owszem, podczas klasyku Realu z Barceloną świat zatrzymuje się na półtorej godziny - jak mówił Jose Mourinho - ale z boiska coraz częściej wieje nudą. Derby Madrytu też częściej są lekcją taktyki niż wizytą w wesołym miasteczku. Derby Walencji i Barcelony tracą na tym, że zawsze mają oczywistego faworyta. A Gran Derbi nie dość, że mają niezwykłą atmosferę, kulturowe podłoże i społeczne odbicie, to jeszcze spotykają się w nich coraz lepsze zespoły. Rośnie Sevilla, a i Betis coraz mniej przypomina tę nijaką drużynę, której przez całe lata wystarczało trwanie.

La Liga pożyczyła dźwięki z FIFA 20, byle się dobrze oglądało

Przy skali epidemii, z którą musieli się zmierzyć Hiszpanie (27 tysięcy zmarłych), sam powrót - w dodatku przed Premier League, Serie A - jest wielkim sukcesem. Wykorzystywanym teraz przez minister sportu Irenę Montero jako przykład dla reszty społeczeństwa: że przestrzeganie zasad się opłaca. Tebas, pod rękę ze swoim bratem - światowej klasy epidemiologiem - i ministerstwem zdrowia stworzył szczegółowy protokół powrotu. Rząd dzielił Hiszpanię na strefy mniej i bardziej dotknięte koronawirusem: Madryt był hiszpańską Lombardią, Barcelona została na długo objęta najbardziej restrykcyjnymi obostrzeniami, Walencja też ucierpiała, w dodatku możliwe, że wirusa jej piłkarze przywlekli z meczu Ligi Mistrzów przeciw Atalancie Bergamo. A Tebas potrafił mimo wszystko zapewnić klubom jednakowe warunki powrotu. Wszyscy rozpoczęli wspólne treningi w tym samym czasie. Gdy zawodnicy prosili go o zniesienie obowiązku skoszarowania w centrach treningowych, zgadzał się. Gdy piłkarze bali się zakażenia, uspokajał ich, że stadiony będą najbezpieczniejszymi miejscami w Hiszpanii i że prędzej zarażą się w aptece niż podczas treningu. Podczas konsultacji z klubami wyszło, że zespoły nie chcą być na boisku podsłuchiwane. Hiszpańskie telewizje mają manię sprawdzania, co powiedział dany piłkarz i co krzyczał trener. Dotychczas musiały używać bardzo czułych mikrofonów, albo sięgać po specjalistów od czytania z ruchu ust. W meczach bez kibiców, w ciszy, miałyby wszystko jak na tacy. Tebas dogadał się jednak z producentem sygnału telewizyjnego, by ustawił wokół boiska mniej mikrofonów i zapewnił piłkarzom komfort. Pozostanie czytanie z ruchu warg, bez zmian.

By powrót był możliwy i jak najszybszy, Tebas dogadał się nawet ze swoim największym wrogiem Luisem Rubialesem, prezesem federacji. Do tego co niedzielę robił rundę po stacjach telewizyjnych i radiowych, by zdawać kibicom raporty, krytykować piłkarzy nieprzestrzegających kwarantanny i informować o nowych pomysłach. Tebas powiedział, że od lipca chce wpuścić na stadiony prawdziwych kibiców. "Bezpieczną liczbę w regionach, które na to pozwalają" - na przykład na Wyspach Kanaryjskich, gdzie koronawirus był łagodny. Ma to wymiar polityczny czy wręcz propagandowy, dlatego rząd prawdopodobnie się zgodzi. Kibice na stadionie drugoligowego Las Palmas byliby ostatecznym dowodem dla turystów z całego świata, że wszystko jest w porządku i mogą planować wakacje w tym miejscu. 

Były już jedne tak ciche derby 

Ostatni raz tak cicho jak będzie w czwartek na najgłośniejszych derbach w Hiszpanii było w 2007 roku, gdy Juande Ramos, trener Sevilli, został trafiony w głowę dwulitrową butelką. Już przed meczem płonęły kosze i budki telefoniczne. Kibice Betisu nie wytrzymali, gdy Juande Ramos cieszył się z gola. Jednym trafieniem posłali go na deski. Stracił przytomność, został zniesiony do tunelu, a stadion zamilkł. Na chwilę. Później chuligani skandowali: "Ramos, giń!". Mecz został przerwany, a ostatnie pół godziny dograno po tygodniu na pustym stadionie Getafe. 

Taka była wtedy atmosfera najgorętszych hiszpańskich derbów. Gdy Sevilla spotykała się z Betisem, płonęły trybuny. Kibice Sevilli potrafili wbiec na boisko, by zaatakować bramkarza Toniego Pratsa. A gdy zobaczyli to chuligani Betisu, łańcuchami i nożami zemścili się na stadionowych ochroniarzach. W latach 90. i na początku XXI wieku, Gran Derbi regularnie wymykały się spod kontroli. Były najniebezpieczniejszym meczem w Hiszpanii, ale wszyscy się do tego przyzwyczaili. Kto nie chciał dostać w głowę, zostawał w domu. Miasto starało się z tym walczyć, bo nie dość, że po każdych derbach musiało planować kilkadziesiąt małych remontów, to obrywało też wizerunkowo. Rywalizacja, która mogła być wizytówką, odstraszała.

Przełomowy był 2007 rok. Śmierć na boisku Antonio Puerty, piłkarza Sevilli, chłopaka urodzonego w stolicy Andaluzji, kochającego ten region, zjednoczyła kibiców. Jose Maria del Nido i Manuel Ruiz de Lopery, choć wcześniej żyli jak pies z kotem, wtedy płakali sobie w ramię. Sąsiad Puerty z lewej - kibicował Sevilli, ten z prawej - chodził na Betis, ale tego dnia spotkali się pośrodku, by zapalić znicz pod domem 22-letniego lewego obrońcy. Mieli gdzieś te historyczne podziały, że Sevilla to klub dla elit, ulokowany w centrum miasta, a Betis jest robotniczy, wygnany na skraj miasta, poza linie metra. Tu anegdota: w międzywojniu sprzyjające Sevilli władze miasta wstrzymywały w niedzielę kursowanie kilku tramwajów, żeby kibice w zielono-białych koszulkach nie mieli jak dojechać na swój stadion. 

Betis miał też pod górkę z wojskowymi generałami. W 1918 roku nie chcieli zwolnić na derby dwóch najlepszych piłkarzy - Candy’ego i Antoli. Odbywali w tym czasie służbę, ale z przepustką na pozostałe mecze nigdy nie było problemu. Betis apelował o pomoc do króla Alfonso XIII, federacji i wszystkich świętych. Ale wszyscy kibicowali Sevilli, zaśmiali się i wnioski oddalili. Betis w ramach protestu wstawił juniorów, którzy przegrali 0:22. Nienawiść wzmagała. Aż w 2007 roku, po śmierci Puerty, prezes de Lopery nazwał kibiców Sevilli i Betisu braćmi. Bili brawo, zgadzali się, łączyli szaliki. Z czasem takich gestów było coraz mniej, ale klimat derbów rzeczywiście się zmienił. Wciąż jest sporo podszczypywania się, dogryzania w przyśpiewkach, określania siebie poprzez to, komu się kibicuje, ale coraz mniej słyszy się o przemocy.

"To było dzikie! Dzikie!!!"

Gdzie miałoby się rozpocząć odmrażanie sezonu, jak nie w Sewilli - gorącym mieście pełnym kibiców? Z 700 tys. mieszkańców aż 100 tysięcy ma kupiony karnet na mecze Sevilli lub Betisu. To fanatyczni kibice tak często przyciągają do Andaluzji reprezentację Hiszpanii. Lubi tam grać, bo jest wspierana głośnym dopingiem. Do żadnego innego regionu stwierdzenie selekcjonera Lusia Enrique, że granie bez kibiców jest równie smutne jak tańczenie ze swoją siostrą, nie pasuje tak bardzo. Sergio Reguilon, który będąc w Realu Madryt spotykał się z FC Barceloną, Atletico i rywalizował w Lidze Mistrzów, przed sezonem trafił do Sevilli i po pierwszych derbach nie wiedział, co powiedzieć. Wydusił jedynie: "To było dzikie! Dzikie!!! Nie przeżyłem jeszcze czegoś takiego". Przed tym meczem w wywiadach trochę marudził, że tej atmosfery już nie doświadczy, a mogła to być ostatnia okazja, bo po sezonie prawdopodobnie wróci do Madrytu. 

- Derby to dobry wybór na powrót rywalizacji - zgadza się Julen Lopetegui, trener Sevilli. - Grą uhonorujemy tych, którzy stracili życie podczas pandemii - uderza w wysokie tony Javier Tebas. - Będą to najczęściej oglądane derby Sewilli w historii. Nie tylko w Hiszpanii, ale w pozostałej części świata. To będzie wydarzenie na całym świecie. Ludzie tęsknili za La Ligą i wszystkie oczy będą zwrócone na Sewillę - przekonuje. W ostatnich latach rywalizacja w mieście się wyrównała. Nie dość, że Sevilla poszła do przodu, w 2014, 2015 i 2016 roku wygrywała Ligę Europy, to i Betis ją podgonił. A w 2017 roku, pierwszy raz od lat, nawet przegonił i w tabeli był na koniec miejsce wyżej. Ma w składzie gwiazdy, legendę hiszpańskich boiskch - Joaquina i wreszcie styl gry cieszący oko. 

Wynik zdecyduje o kształcie tabeli na górze i na dole, bo Sevilla walczy o miejsce w Lidze Mistrzów, a Betis nie jest pewny utrzymania. Pragnienie tych derbów jest tak wielkie, że gdy w połowie marca zostały odwołane, obie drużyny wyznaczyły zawodników, którzy rozegrali ten mecz na konsoli. 6:5 wygrał Betis. To tylko z pozoru wynik nierealny w prawdziwym meczu - w 2018 było 5:3. Wirtualne spotkanie oglądało 60 tysięcy kibiców. Kilkanaście tysięcy więcej niż w normalnych warunkach weszłoby dzisiaj na Estadio Sanchez Pizjuan.

Więcej o: