Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Rewolucja bez rewolucji. Real Madryt nie wyda grubych milionów na kolejne gwiazdy?

Wiele wskazuje na to, że Real Madryt nie będzie królem letniego okienka transferowego. I dobrze. Zdroworozsądkowe podejście do tej kwestii działaczy ze stolicy Hiszpanii świadczy o wyciągnięciu przez nich wniosków z własnych błędów. David de Gea i Kylian Mbappe, którzy w ostatnich miesiącach dominowali okładki madryckich dzienników, nie przywdzieją prawdopodobnie Królewskich barw, a przynajmniej nie w najbliższym czasie.

Takie informacje na temat de Gei podała telewizja La Sexta, a wcześniej podobny scenariusz sugerowała również "Marca", z reguły dobrze poinformowana w temacie ruchów transferowych Realu. De Gea, który już latem 2015 roku był po słowie z Los Blancos, również teraz nie zostanie zawodnikiem Królewskich. Wtedy na przeszkodzie stanęły zbyt późno przesłane przez Manchester dokumenty, teraz, jak na ironię, silna pozycja Keylora Navasa w zespole, wspieranego nie tylko przez Zinedine'a Zidane'a, ale i całą szatnię Realu.

Uratowany przez faks

A przecież jeszcze dwa lata temu w ostatni dzień letniego okienka transferowego Navas siedział na walizkach gotowy do przenosin na Old Trafford. Warunki indywidualnego kontraktu zostały ustalone, z podpisem na umowie Kostarykanin musiał jedynie zaczekać do momentu sfinalizowania transferu de Gei, mającego przebyć odwrotną drogę - z Manchesteru do Realu. Zaledwie rok po wykupieniu Navasa z Levante, który przychodził do stolicy jako najlepszy bramkarz La Ligi poprzedniego sezonu, wychowanek Deportivo Saprissa miał opuścić Madryt. Wydawało się, że po odejściu Ikera Casillasa nadszedł czas Kostarykanina w Realu, ale Florentino Perez oszalał na punkcie de Gei. Reprezentant Hiszpanii, jeden z najlepszych golkiperów na świecie, na dodatek transfer dający możliwość zagrania na nosie rywalom zza miedzy, w którego barwach de Gea rozpoczynał karierę i wypłynął na szerokie wody. Dla Pereza transfer idealny, opłacalny zarówno pod kątem sportowym, jak i marketingowym.

W tym szaleństwie zapomniano kompletnie o Navasie. Ten, pozostawiony z boku, w cieniu transferowego hitu, o którym rozpisywały się "Marca" i "As", mocno przeżył całą sytuację. Na antenie radia COPE przyznał kilka tygodni później, że 31 sierpnia 2015 roku był dla niego jednym z najtrudniejszych dni w karierze. Nie chciał odchodzić. Przyjście do Madrytu było dla niego spełnieniem marzeń, a już po roku, w ciągu którego nie dostał od Carlo Ancelottiego prawdziwej szansy, miał pożegnać się ze stolicą Hiszpanii. Do tego momentu był cierpliwy, ciężko trenował wierząc, że gdy nadejdzie jego moment, wykorzysta go. O jego przyszłości zadecydował ostatecznie zbyt późno wysłany przez działaczy Manchesteru faks, uniemożliwiający zakontraktowanie de Gei. Transferowa bomba nie wybuchła, lont zgasł w ostatniej chwili. Kiedy Navas usłyszał w Valdebebas, że zostaje w Realu, rozpłakał się. Dopiero co zdążył pogodzić się z faktem, że w klubie swoich marzeń więcej nie zagra. Przez kolejne lata w jego głowie miała pojawiać się myśl o tym, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby na Estadio Santiago Bernabeu mu zaufano. Los sprzyjał jednak Kostarykaninowi, a ten długo wyczekiwanej szansy nie zmarnował.

Zdrowy rozsądek zamiast szaleństwa

W kolejnym sezonie Navas został numerem jeden i był bez cienia wątpliwości czołowym piłkarzem Realu Madryt, zarówno pod wodzą Rafy Beniteza, jak i później Zinedine'a Zidane'a. W ciągu dwóch sezonów z Kostarykaninem w bramce Los Blancos jako pierwszy klub w historii Ligi Mistrzów wygrał te rozgrywki dwa razy z rzędu, a także uzupełnił gablotę z trofeami mistrzostwem Hiszpanii, Superpucharem Europy i klubowym mistrzostwem świata. Wejście Navasa między słupki (nieprzypadkowo) zbiegło się w czasie z jednym z najlepszych okresów w historii madryckiego klubu. Oczywiście, bramkarz miał na przełomie 2016 i 2017 roku moment kryzysowy, po którym temat de Gei w Realu wrócił w biurach przy Concha Espina. Ale na usprawiedliwienie zawodnika działa fakt, że wracał po ciężkiej kontuzji i nie przepracował w pełni okresu przygotowawczego. W kluczowym momencie zeszłego sezonu wrócił do wielkiej formy i w najważniejszych meczach znowu był pewnym punktem drużyny - kolejny trudny test zdał celująco. Jego postawa uświadomiła włodarzom Królewskich, jak dwa lata temu byli o włos od popełnienia ogromnego błędu, i przyczyniła się do zmiany w sposobie myślenia o rynku transferowym.

Jeśli wierzyć doniesieniom telewizji La Sexta, Real poinformuje na dniach de Geę, że choć od tygodni klub jest w kontakcie z Hiszpanem, koniec końców piłkarz częścią ekipy Zinedine'a Zidane'a się nie stanie. Navas również w przyszłym sezonie będzie pierwszym bramkarzem madrytczyków, czego nikt w klubie nie zamierza już podobno kwestionować. Przed dwoma laty ogarnięci kolejnym transferowym szaleństwem działacze byli blisko wypchnięcia z zespołu piłkarza, który dał fundamenty pod największe od dziesięcioleci sukcesy Realu. Odwiódł ich od tego przypadek, konkretnie formalna opieszałość kolegów z Wielkiej Brytanii. Teraz powodem ma być tylko i wyłącznie zdrowy rozsądek, którego przez lata na Bernabeu wielokrotnie brakowało. W Madrycie zbudowano fantastyczny zespół, przez wielu określany jako jeden z najlepszych w historii. Wszyscy z Florentino Perezem na czele zdają sobie z tego sprawę i nie chcą tego zepsuć. Latem, choć zapowiadano, że Real wyda grube miliony na transfery, Królewscy nie zdecydują się prawdopodobnie na odważne ruchy. Kadra zostanie uzupełniona, wrócą wychowankowie tacy jak Jesus Vallejo, Marcos Llorente, przyjdzie także mający za sobą świetny sezon w Deportivo Alaves wychowanek Atletico Madryt Theo Hernandez. Nazwiska, które nie napędzą sprzedaży klubowych gadżetów, ale zapewnią odpowiednią jakość sportową dla i tak już wypchanej gwiazdami drużyny.

Nie tylko de Gea

Rezygnacja z de Gei stawia również pod znakiem zapytania pozyskanie Kyliana Mbappe z AS Monaco. O transferze 18-letniego Francuza w hiszpańskiej prasie napisano już chyba wszystko. Napastnik miał być głównym celem Realu tego lata bez względu na koszty - mówiło się nawet o kwocie 135 milionów euro. Z ewentualnym przyjściem Mbappe problem jest jednak podobny jak w przypadku de Gei. Choć to piłkarz zjawiskowy, w Realu może dla niego nie być miejsca. Według "Marki" Zinedine Zidane, będący ogromnym fanem talentu rodaka, poinformował Florentino Pereza, że nie będzie w stanie wkomponować nastolatka w zespół. By Mbappe mógł grać regularnie, odejść musiałby albo Karim Benzema, albo Gareth Bale. To oznaczałoby rozbicie ofensywnego tercetu BBC, czego na ten moment nikt nie planuje. W Walijczyka wciąż wierzy nie tylko Zidane, ale i Perez, natomiast Benzema końcówką zeszłego sezonu udowodnił, że wciąż może być kluczowy. Misja Mbappe może zatem zostać odłożona w czasie.

O tym, czy polityka transferowa Realu faktycznie uległa zmianie, przekonamy się jednak w pełni dopiero 31 sierpnia. W końcu przed dwoma laty do tego dnia Keylor Navas nawet nie rozważał opuszczenia Madrytu, by kilka godzin przed zamknięciem okienka transferowego być jedną nogą w Manchesterze. I choć tym razem podobnego scenariusza nie powinien doświadczyć żaden piłkarz Realu, to w przypadku Królewskich nigdy nie warto mówić nigdy.