La Liga. Real - Barcelona 2:3. Ćwiąkała: gdy Messiemu się włączy to coś...

- Leo Messiemu zdarzają się mecze słabsze, przespacerowane. Ale gdy się mu już włączy to coś, dzieją się rzeczy niesamowite - mówi Tomasz Ćwiąkała, komentator Eleven o meczu Real-Barcelona w którym Messi strzelił dwa gole i był najlepszy na boisku

Paweł Wilkowicz: Santiago Bernabeu wyludniało się w ciszy po 2:3 z Barceloną?

Tomasz Ćwiąkała: Zamarło po golu Leo Messiego na 3:2. Spektakularnie. I tak już pozostało. Tam panuje dość specyficzna atmosfera, trochę jak w kościele. Nie w sensie że jest cicho, bo doping jest w takich meczach. Po prostu atmosfera jest dość podniosła. Ale po golu Messiego to wszystko zamarło. Nie słyszałem takich krzyków jak przed rokiem, gdy Real przegrał 0:4 i można było usłyszeć „Florentino, dimision!”. Były jakieś przyśpiewki do Luisa Enrique, ale to tyle. Druga bramka Messiego spuściła powietrze ze wszystkich. Nawet się kibicom Realu odechciało skandować.

Gest Messiego, pokazującego trybunom zdjętą koszulkę, to była reakcja na coś co się działo w tym meczu, czy za całokształt?

Raczej całokształt, wydaje mi się że nie był tak bardzo obrażany. Natomiast gdy do piłki podchodził Pique to były takie gwizdy, że nie słyszałem niczego innego, nawet w słuchawkach.

Od początku było jasne, że to jest mecz Messiego. I to mimo wszystko dziwne, że Real do końca nie umiał na to zareagować.

Zinedine Zidane wystawił najlepszy środek pomocy, jeśli chodzi o defensywę. Był Casemiro, ochroniarz…

…nieoceniony w Realu w tym sezonie, ale ostatnie dni ma słabsze.

Tak. Ale jedyny taki defensywny pomocnik w Realu. Do tego Luka Modrić i Toni Kroos, czyli piłkarze genialni w ofensywie, ale też w statystykach odbiorów zazwyczaj lepsi od Isco czy Marco Asensio. Nie można zarzucić Zidane’owi, że postąpił jak Rafa Benitez w tym 0:4 sprzed roku, że wyrzekł się swoich pomysłów. Benitez wtedy uległ podszeptom, by postawić na najbardziej ofensywne ustawienie, zrezygnował z Casemiro, którego wcześniej wystawiał. Uległ, a niczego dzięki temu nie ugrał. Zidane lepiej potrafi wyważyć oczekiwania swoje i innych. Tyle że Messi zagrał w niedzielę po prostu nieprawdopodobnie. Nieprawdopodobnie nawet jak na siebie. Jemu zdarzają się słabsze mecze, przespacerowane. Nie jest w czołówce Barcelony jeśli chodzi o średnie prędkości itd. Ale gdy już mu się to coś włączy, to dzieją się rzeczy niesamowite. Przypomniał się w niedzielę ten mecz Ronaldinho, po którym Santiago Bernabeu zgotowało mu owację. Ale Messi wspiął się jeszcze chyba o poziom wyżej.

Wspina się od lat, a Ronaldinho już nie był w stanie wyżej, zabrakło mu determinacji.

Tak. To, co zrobił Messi, to był, zaryzykuję, najlepszy indywidualny występ w sezonie Primera Division. A może i, jeśli weźmiemy pod uwagę poziom rywala, najlepszy w europejskiej piłce w sezonie 2016/2017. Jak można przelicytować takie cuda na stadionie największego rywala? Messi się cały czas jakoś wymyśla na nowo. W niedzielę przez większą część meczu był media punta, za Luisem Suarezem i Paco Alcacerem. Patrząc na to, ile krytyki spada w obecnym sezonie na pomoc Barcelony, jestem sobie w stanie wyobrazić że tym brakującym ogniwem stanie się Messi. Tym Xavim, za którym wszyscy ciągle tęsknią. A Barcelona dobierze sobie w jego miejsce kogoś nowego do trójki w ataku, może Gerarda Deulofeu. Pytanie, gdzie Messi się w tej ewolucji zatrzyma? Na pozycji nr sześć, jako nowe wcielenie Andrei Pirlo, rozdzielającego podania sprzed obrony?

Czy Real nie przegrał w niedzielę przez to, że jednak ten pucharowy dwumecz z Bayernem pozostał niedomkniętym rozdziałem? Że za dużo zostało po nim wątpliwości, że się przeciągnął o dogrywkę. A Bayern choć odpadł, to potrafił pokazać, z czym Real ma największy problem: z grą bez piłki.

A kto przede wszystkim odpowiada za to, jak drużyna wygląda bez piłki? Trener. I to jest problem z Zinedine’em Zidane’em. Nie sposób go skrytykować za wyniki, bo są znakomite. Nieprawdopodobne, jak na pierwsze miesiące poważnej pracy w zawodzie. Ale cały czas się męczymy z wyjaśnianiem, na czym ten fenomen Zidane’a polega. Czy to jest fachowiec z wybitnym zmysłem, czy jednak idealnie dobrany do tej drużyny trener kumpel? Trener mądrze budujący relacje z piłkarzami, lojalny wobec nich, sprawiedliwy, rozładowujący napięcie. Ale może ta wolność układania się między sobą po swojemu, jaką Zidane im daje, mści się na tych piłkarzach wtedy, gdy stają przeciw najlepszym rywalom. Jestem bardzo ciekawy, jaki będzie następny klub Zidane’a, jak się w nim odnajdzie. Może dopiero wtedy poznamy odpowiedzi na te wszystkie pytania. Czy to będzie trener, który będzie potrafił powiedzieć jak Diego Simeone: u mnie nikt nie jest zwolniony z obowiązków w grze w obronie. Swobodę daję tylko wtedy, gdy macie piłkę przy nodze.

Kwiecień, miesiąc prawdy, skruszył pewność siebie Realu? Ci piłkarze, których do tej pory najbardziej chwalono za ten sezon, w meczu z Barceloną mieli duże problemy. Sergio Ramos wyleciał z boiska, Casemiro powinien wylecieć, Marcelo pozostał na boisku mimo trafienia Messiego łokciem, był znów kluczowy w ofensywie, ale już w obronie miał ogromne problemy. Mylił się Dani Carvajal, snuł się Benzema. Za to bohaterski był krytykowany dotychczas Keylor Navas. Sporo się zebrało tych wątków na opak.

To są pytania świeże, z ostatnich dni. Do tej pory trudno było cokolwiek Realowi zarzucić. Wydawało się, że wszystko idzie punkt po punkcie z planu Zidane’a: mądrze zarządzał siłami piłkarzy, mądrze godził ego. Tak rozłożył akcenty, żeby każdy miał coś dla siebie. Alvaro Morata narzekał w pewnym momencie sezonu, że za mało gra? To dostał szansę i strzelił hattricka z Leganes. A teraz to się trochę zaczęło rozłazić. Ale nie jestem przekonany, czy trzeba bić na alarm. Real zmierzył się mecz po meczu z najtrudniejszymi rywalami, jakich sobie można wyobrazić. Może przez takie trzy mecze po prostu się nie da przejść suchą nogą.

Real potrzebował w tym sezonie bardzo niewiele, by strzelić gola. A w tych meczach z Bayernem i Barceloną momentami właśnie skuteczności brakowało najbardziej, siły ciosu. Nie jest tak, że Real pod koniec meczu z Barceloną właśnie przeliczył się z siłą swojego ciosu? A to rywal trafił go między oczy.

Będą wracać na pewno pytania o skład. O to dlaczego w ogóle nie zagrał Isco. Piłkarz, który w ostatnim czasie był z Realu najbliżej tego, co potrafi robić Messi grając w tłoku. Kogo poza Isco można sobie w Realu wyobrazić jak robi taki rajd przez środek jak Messi, z piłką przyklejoną do nogi? Nie wiem, co Isco musi zrobić, by zasługiwać na miejsce w składzie bardziej niż Gareth Bale, ciągle nie w pełni zdrowia. Rozumiem hierarchię w drużynie, ale to że Isco nie pojawił się nawet na chwilę jednak jakieś wątpliwości budzie.

Może Real został nieco uśpiony pochwałami? Wszystko się już układało w taką ładną opowieść, „El Pais” ukuł już nawet nowe określenie na równowagę w składzie Realu: „cristianos i asensios”, na kontrze do „zidanes i pavones” sprzed lat, czyli symbolu nierównowagi między najlepszymi a najsłabszymi piłkarzami w czasach galaktycznego Realu.  Teraz ta klasa średnia w Realu jest mocna jak rzadko.

I to pozostaje aktualne, może nawet ta klasa średnia jest w stanie wygrać Realowi więcej meczów niż klasa wyższa. Isco, Morata, Asensio – jeśli mają coś do udowodnienia, udowadniają to mecz po meczu. Ta klasa średnia to jest największa różnica na korzyść Realu w porównaniu z Barceloną. A różnicą na niekorzyść jest oczywiście Leo Messi.

Real zdobędzie dublet, mimo tych ostatnich gorszych dni?

Nie postawiłbym na to, bo to mógł być w lidze punkt zwrotny dla Barcelony. A w Lidze Mistrzów czeka Atletico, wygłodniałe, wypatrujące tego Pucharu Europy. Miało zadyszkę w pewnym momencie, ale teraz gra chyba najbardziej widowiskowo w sezonie. W lidze Real ma sytuację teoretycznie dość komfortową: tyle punktów ile Barcelona, ale jeden mecz zaległy. Tyle że ten zaległy jest z Celtą na Balaidos i dopisywanie punktów z góry jest, delikatnie mówiąc, nierozsądne. To jest drużyna, która wyeliminowała Real z Pucharu Króla, potrafi grać świetnie, ma piłkarzy do kontry, szaleje w Lidze Europy. Real gra też jeszcze z Sevillą, choć ona akurat ma słabszy moment, i z Valencią, która umie się mobilizować na wielkich.

Barcelona kalendarz ma teoretycznie łatwiejszy. Ale punkty w tym sezonie traciła też tam, gdzie teoretycznie nie powinna.

Liga jest niebywale wyrównana.  Każdy może stracić punkty. Ale chyba jednak minimalną przewagę daję w wyścigu o mistrzostwo Barcelonie.

Więcej o: