Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Jan Urban: Znałem ryzyko

- Być może zdobylibyśmy kilka punktów więcej, gdybym rzadziej stawiał na młodych. Ale takie były założenia. Liczył się interes klubu, nie tylko mój własny. Wracałem do domu, by pomóc - mówi Jan Urban, trener zwolniony z drugoligowej Osasuny Pampeluna.

Dariusz Wołowski: Po spadku do II ligi Osasuna sięgnęła po pana, legendę klubu, by pomógł pan przetrwać jeden z najtrudniejszych zakrętów w historii. Była zadłużona na 80 mln euro, piłkarze uciekali. A pan ogłosił, że chce wrócić do Primera División.

Jan Urban: Nie mogłem odmówić. Grałem w Pampelunie kilka lat, mieszkam tam od 1989 r. Mówiłem o awansie podczas okresu przygotowawczego. Kiedy jednak okazało się, że w czasie rozgrywek drużyna wciąż jest osłabiana, a sytuacja klubu stawała się coraz trudniejsza, zmieniłem zdanie. Z określeniem ostatecznego celu wstrzymaliśmy się do zakończenia jesieni - licząc, iż zimą zostaniemy wzmocnieni. Ale wtedy straciłem kolejnych trzech piłkarzy, których zastąpiło dwóch graczy rezerw. Stało się jasne, że walczymy wyłącznie o utrzymanie. Prosty fakt: Miguel de las Cuevas odszedł za darmo do drugoligowej włoskiej Spezii, bo Osasuny nie było stać, by płacić mu ponad 0,5 mln euro rocznie.

O strefę spadkową pana drużyna otarła się na początku grudnia, po pięciu meczach bez zwycięstwa. Kiedy pana zwalniano, mieliście 3 punkty przewagi nad strefą spadku. Jeśli szefom na panu zależało, mogli się chyba wstrzymać?

- Zatrudniał mnie latem zarząd komisaryczny powołany, by ratować finanse, poukładać sprawy z wierzycielami. Tonący w długach klub z Pampeluny musiał oddać miastu stadion i ośrodek treningowy. W grudniu przyszedł prezes Luis Zabalza, który przyznał, że na piłce się nie zna. Jego misją jest ratowanie finansów. Gdy przyjrzał się rachunkom, okazało się, że jest z nimi gorzej, niż uważano. Drużyna żyła swoim życiem, ale po czterech kolejnych porażkach zarząd został zmuszony do poszukiwania bodźca, który odmieniłby fatalną serię. Nie można było wzmocnić zespołu, więc zmieniono trenera. Spodziewałem się tego. Nie mam nawet żalu, bo pewnie na miejscu szefów też szukałbym rozwiązań. Może mogli być bardziej cierpliwi, ale każdy trener zdaje sobie sprawę, jaki uprawia zawód. W II lidze zwolniono już 13 szkoleniowców w tym sezonie. W sobotę Osasuna zagra z Racingiem Santander, oba kluby poprowadzą debiutanci i każdy śni o awansie. Ścierają się wielkie ambicje, czasem ponad stan, ale też połowa drużyn grała kiedyś w Primera División, więc ich celem jest powrót do elity. Myślałem tak samo, gdy zaczynałem pracę w Osasunie. Że taki klub i fantastyczni kibice zasługują na najlepsze.

W czterech przegranych ostatnio meczach nie było pana na ławce rezerwowych. Dyskwalifikacja za czerwoną kartkę w spotkaniu z rezerwami Barcelony była drogą ku dymisji.

- Kuriozalnie się to zbiegło. Jako piłkarz dostałem czerwoną kartkę raz, niezasłużenie. Jako trener zostałem ukarany pierwszy raz i też bezpodstawnie. Już wiem, jaka to strata dla drużyny, kiedy jej dowódca jest daleko i wydaje polecenia przez współpracowników. Różnica jest nawet większa, niż sobie wyobrażałem. Ale, rzecz jasna, Osasuna nie przegrała cztery razy z rządu tylko dlatego, że trener był na trybunach. Kluczowa była niedawna przegrana 0:1 u siebie z Llagosterą. Graliśmy bez dwóch kluczowych graczy Sisiego i Nino, ale mieliśmy olbrzymią przewagę. Po tym meczu widziałem, że morale drużyny zostało głęboko zranione. I nie potrafiliśmy się pozbierać. W czasie sezonu są zwycięstwa i porażki, ale też momenty zwrotne. Dla Osasuny to był właśnie ten moment.

Może był pan zbyt miękki, może trzeba było piłkarzami wstrząsnąć? Albo prezesem, który osłabiał zespół, a żądał zwycięstw.

- Do piłkarzy żalu nie mam. Mogłem być chwilami twardszy, ale ogólnie niczego zarzucać im nie chcę. Kiedy przychodziłem, jasne było, iż musimy wrócić do korzeni. Osasuna to był kiedyś zespół, w którym rządzili wychowankowie urodzeni lub związani z Nawarrą. Klub przeżył dzięki nim piękne chwile. Ci, którzy osiągali poziom wyższy, byli sprzedawani za grube miliony. I tak to powinno funkcjonować. Ale ostatnio, kiedy Osasuna grała w Primera División, wszystko się zmieniło. Władze uległy pokusie zatrudniania gwiazd z zagranicy lub ściągania piłkarzy z kraju drogich, ale nie zawsze aż tak dobrych. Dla nich Pampeluna nie była niczym więcej niż wygodnym miejscem pracy. W ten sposób finanse obróciły się w ruinę, a wraz z nimi zespół. Ja i ludzie, którzy mnie zatrudnili, chcieliśmy przywracać dawne wzorce. Dlatego stawialiśmy na wychowanków, dawałem szansę gry 19-latkom, którzy potem trafiali nawet do juniorskich reprezentacji Hiszpanii. Oni będą kiedyś majątkiem tego klubu. Na gwiazdy Osasuny nie stać. Przed sezonem władze ligi ograniczyły liczbę zawodowych kontraktów do 18, narzuciły nam limit płacowy. Osasuna musi żyć dzięki pracy swoich ludzi. Oni powinni ją podnieść.

Pana traktowali jak swojego człowieka, tyle że z polskim paszportem. Szybko jednak temu swojemu człowiekowi odmówiono zasług.

- Jest mi przykro, ale żałoby nie ogłosiłem. Jak drużyna przegrywa, to trener traci posadę, tak było, jest i będzie. Być może zdobylibyśmy kilka punktów więcej, gdybym rzadziej stawiał na młodych. Ale takie były założenia. Nie żałuję. Liczył się interes klubu, nie tylko mój własny. Wracałem do domu, żeby pomóc. Czy pomogłem? Niech ocenią kibice. W końcu wielu jest moimi sąsiadami i jakoś się ode mnie nie odwrócili. Na trybunach też nie było niechęci wobec trenera. Niektórzy nawet mówią, że Osasuna jest mi winna kolejną szansę, tylko na innych warunkach.

Warto było walczyć przez osiem miesięcy?

- Warto. Jako trener jestem bogatszy o doświadczenia z II ligi hiszpańskiej. To rozgrywki wyrównane, na wysokim poziomie, miałem okazję współpracować z piłkarzami o innym wyszkoleniu, mentalności, dojrzałości niż ci, których spotkałem w Polsce. Nie czuję się gorszym trenerem niż osiem miesięcy temu. Kiedy zaczynałem pracę, w II lidze było tylko dwóch trenerów obcokrajowców - ja i Walerij Karpin w Mallorce. Dziś został jeden szkoleniowiec z zagranicy - Serb Ranko Popović w Saragossie. To pokazuje, jak trudno przebić się obcokrajowcom. Jak mogłem zrezygnować z takiej szansy? Oczywiście wolałbym odnieść sukces, awansować do Primera División i zrobić tam wielką karierę. Wyszło inaczej, ale trzeba było spróbować.

Więcej o: