Primera Division. Status Di Marii

Brawurowy występ Angela Di Marii w towarzyskim meczu Niemcy - Argentyna 2:4 podsyca debatę na temat sensowności transferów Realu Madryt.

"I co by było, gdyby Di Maria zagrał na Maracanie?" - pytanie w dzienniku "Marca", nawiązujące do wczorajszego sparingu w Duesseldorfie, jest ciekawe i zarazem pozbawione sensu. Będący u szczytu formy Argentyńczyk stracił finał mundialu być może bezpowrotnie. Chyba że historia powtórzy się jak w czteroleciu 1986-90, gdy Argentyńczycy i Niemcy spotykali się w grze o złoto w Meksyku i Włoszech. Na szczęście Di Maria okazał się na tyle odporny, by uraz, który odebrał mu życiową szansę, nie zniszczył jego przyszłości.

Di Maria jak Makelele, zakończy pewną erę?

Opuszczenie Realu Madryt zaraz po zdobyciu "La Decima" kosztowało zapewne Argentyńczyka sporo nerwów. Ale też dało status medialnej gwiazdy, którą dotąd nie był. Jego czerwone koszulki z numerem 7 sprzedadzą się bezdyskusyjnie lepiej niż białe. Gdyby królewski klub w tym sezonie mocno odczuł stratę Argentyńczyka, stałby się on graczem tak samo symbolicznym jak Claude Makelele. W 2003 roku Francuz odszedł do Chelsea, co w zbiorowej świadomości kibiców Realu stanowi moment zmierzchu ery galaktycznej.

11 lat temu Florentino Perez był pewny, że zespół poradzi sobie bez Francuza, niestety do czasów Xabiego Alonso nie było na Santiago Bernabeu defensywnego pomocnika, którego klasą można by do niego porównać. Przyczyn porażek galaktycznych było znacznie więcej, ale przypadek Makelele stał się rodzajem przestrogi dla ludzi piłki, że wybitni lub niezbędni w drużynie piłkarze nie muszą mieć statusu celebrytów.

Zapewne każdy piłkarz woli świecić światłem własnym, a nie odbitym. Tak jak Cristiano Ronaldo i Leo Messi, dyżurni wygrani wszelkich plebiscytów. Gdyby Di Maria został na Santiago Bernabeu, zawsze byłby w cieniu. Podjął ryzyko odpuszczenia najlepszej drużyny w Europie, na rzecz innej wielkiej marki, która po odejściu Alexa Fergusona staje się synonimem sportowego upadku. Manchester United był klubem kultu pracy opierającemu się politykom galaktycznym. Dziś idzie tą samą drogą co Perez, szejkowie i oligarchowie, bijąc transferowe rekordy.

Di Marii dał status najdroższego gracza w historii Premier League, co jak widzieliśmy w towarzyskim meczu w Duesseldorfie, bardzo go motywuje. Trzy asysty i gol, nawet przeciw osłabionym mistrzom świata, robią wrażenie. Wszystko to sprawia, że Di Maria w wyobraźni kibiców zaczyna funkcjonować na poziomie dostępnym dotąd tylko dla największych.

Za dobry na tło dla Ronaldo

Perez próbował traktować Argentyńczyka jak człowieka od czarnej roboty, tło dla Ronaldo czy Garetha Bale'a. Di Maria na to się zgodzić nie chciał. Może poszło o pieniądze, może o coś więcej. Niedawno Argentyńczyk wyznał, że gdyby nie Ronaldo, opuściłby Santiago Bernabeu wcześniej. A więc zasługi Di Marii w zdobyciu "La Decima" (najlepszy gracz finału w Lizbonie) są w jakimś stopniu dziełem Portugalczyka.

Sam Ronaldo robił dużo, by nie dolewać oliwy do ognia. Gdy spytano go o letnie zmiany w klubie z Bernabeu, stwierdził, że nie powie tego co myśli, bo jutro te słowa znajdą się na czołówkach gazet. Zasugerował, że na miejscu Pereza podjąłby może inne decyzje, to wystarczyło, by wywołać medialny rwetes. On też Di Marii bardziej pomoże, niż zaszkodzi. Bo od strony sportowej Argentyńczykowi nie będzie wcale łatwo utrzymać gorącą atmosferę wokół siebie. Za chwilę kibicowską świadomość zdominuje Champions League, w której go nie będzie. Pozostaje Premier League, ale Manchesterowi, mimo wielkich transferów, daleko do drużyny solidnej.

Być może o Di Marii wciąż wiele mówić się będzie w kontekście Realu. Jeśli obrońcy trofeum z Jamesem Rodriguezem i Tonim Kroosem cokolwiek się nie powiedzie, dziennik "Marca" zapyta: "co by było, gdyby Di Maria". Pytanie ciekawe, choć pozbawione sensu.

Więcej o: