Trzy twierdze Primera Division

Twierdza Camp Nou padła bez walki. Twierdza San Mames powstrzymała zwycięski marsz Realu Madryt. Twierdza Vicente Calderon trwa i ma się najlepiej ze wszystkich - pisze na swoim blogu dziennikarz Sport.pl Dariusz Wołowski

Awantura o czerwoną kartkę dla Cristiano Ronaldo nie zmienia faktu, że Real Madryt zagrał na San Mames bardzo dobre spotkanie. Poczucie straconej szansy jest zrozumiałe, "Królewscy" nie wykorzystali symbolicznej wręcz szansy wyprzedzenia Barcelony pierwszy raz od 59 kolejek. Mimo wszystko w elektryzującym starciu z Athletic, drużyna Carlo Ancelottiego nie pozwoliła się zdominować, w każdym razie nie w takim stopniu, by porzuciła myśl o zwycięstwie. Czuło się ją nawet w ostatnich minutach, gdy po wyrzuceniu Ronaldo, Real grał w dziesięciu.

Kłótnia o wyrzucenie Portugalczyka nie ma dziś sensu. Nikt, ani sędzia Ayza Gomez, ani posiadacz Złotej Piłki, ani jego rywale Gurpegi i Iturraspe nie zachowali się dobrze. Teatralny pad tego pierwszego był żałosny, ale też sprowokowany Ronaldo, klepiąc po twarzy rywala dał powód, by sędzia potraktował to jako zachowanie chamskie i niesportowe. Wykręcanie kota ogonem, płacz nad pochopnością decyzji sędziego, odwraca uwagę od faktu, że największy gwiazdor uniemożliwił drużynie bój o zwycięstwo. W najbardziej gorącym fragmencie meczu.

Było to jednak spotkanie, którego Primera Division bardzo potrzebowała. O ogromnej intensywności, dynamice, z wielkim sercem, zaangażowaniem - wzorzec nawet dla Premier League. Real potwierdził właściwy kierunek marszu obrany przez Carlo Ancelottiego, Baskowie znów są tym niewiarygodnym zespołem sprzed dwóch lat, który przed nikim nie spuszcza głowy. Takiego Athletic lidze hiszpańskiej trzeba.

Trudno tymi samymi komplementami obsypać Valencię, choć przerwała passę 25 zwycięstw Barcelony na Camp Nou. Katalończycy wyglądali w sobotnie popołudnie jak grupa piłkarzy, która wybrała się na przechadzkę. Po bramce Alexisa Sancheza drużyna Gerardo Martino uznała, że kolejne zwycięstwo u siebie jej się należy. Goście musieli jednak wyczuć słabość lidera, bo ani po golu Chilijczyka, ani po niesłusznym karnym wykorzystanym przez Leo Messiego, nie porzucili heroicznej myśli nie tylko o remisie, ale i o zwycięstwie.

Barca ma mało czasu na pozbieranie się do kupy, gra półfinał Pucharu Króla z Realem Sociedad, a potem jedzie na ligowy mecz do Sewilli. Limit błędów został wykorzystany już w styczniu, każdy kolejny będzie krokiem do straty tytułu. Barca zdaje się ledwo dyszeć, to alarmująca wiadomość o tej porze roku.

Największym wygranym weekendu jest oczywiście Atletico Madryt. Okazja na wyprzedzenie Barcelony została wykorzystana za trzecim razem. Najpierw drużyna Diego Simeone nie wygrała bezpośredniego starcia z Katalończykami na Vicente Calderon, potem ich remisu z Levante, wreszcie jest pozycja na szczycie z trzema punktami przewagi. Jeśli teraz trener Atletico stwierdzi, że o tytule nie myśli, wyjdzie na hipokrytę.

Oczywiście zanim gracze Simeone i Realu Sociedad wyszli na boisko, dzień po śmierci Luisa Aragonesa, hiszpańskie media wytworzyły taką presję, jakby drużyna grała mecz sezonu. Przed wzruszeniem nie obronił się nawet taki twardziel jak Simeone, który po bezdyskusyjnym triumfie 4-0 nad bardzo silnym rywalem, stwierdził, iż ta drużyna jest taka jak Aragones. Twarda i charakterna. Nic dodać, nic ująć. Tylko czekać.

Więcej o Primera Division czytaj na blogu Dariusza Wołowskiego

Więcej o: