Primera Division. Real chce remisu

Pierwszy raz od dziesięciu lat największym szlagierem Primera Division nie jest Gran Derbi. W sobotę Atletico podejmuje Barcelonę na Vicente Calderon w starciu o symboliczny tytuł mistrza jesieni. Relacja Z Czuba i na żywo od 20 w Sport.pl.

Ich drogi skrzyżowały się w meczu Newell's Old Boys - Velez Sarsfield w sezonie 1987-88. Diego Simeone symulował przy ataku Gerardo Martino, sędzia popełnił błąd, odsyłając do szatni pomocnika z Rosario. Temperatura starcia była jednak tak wysoka, że 10 minut później Simeone także wyleciał z czerwoną kartką. Dziś swój zacięty, nieprzejednany i wredny charakter wpaja piłkarzom Atletico Madryt.

Martino był pomocnikiem finezyjnym, słynącym z niekonwencjonalnych podań, idolem Rosario. W reprezentacji Argentyny zagrał jednak zaledwie epizod w 1991 roku. Simeone z finezją nigdy nie było po drodze, dbał raczej o to, by wybić ją z głowy rywalom. 106 meczów w drużynie narodowej i 11 goli opisują karierę pełną poświęcenia, walki wręcz i nadludzkiej harówki. Nie odpuszczał nikomu i tego żąda od swoich piłkarzy.

Na boisku Simeone budził ambiwalentne uczucia, jako trener tworzy coś wzorcowego. Po minimalnych kosztach (dług Atletico sięga 540 mln euro) buduje drużynę zdolną oprzeć się światowym potęgom. Budżet klubu z Vicente Calderon wynosi 120 mln euro, co jest kwotą niemal pięć razy mniejszą niż dysponuje Barcelona. "Nie mamy Messiego" - mówi znacząco brazylijski obrońca Felipe Luis, co oznacza, że nikt w drużynie, nawet Diego Costa i Koke, nie są zwolnieni od czarnej roboty.

Powrót Messiego na boisko po 58 dniach przerwy był jak uderzenie pięścią w stół. Argentyńczyk wbił dwa gole Getafe, rozstrzygając rywalizację o ćwierćfinał Pucharu Króla już w pierwszym meczu. Na wszelki wypadek Diego Costa ogłasza jednak, że Atletico ma w tyłach ludzi zdolnych zatrzymać nawet czterokrotnego laureata Złotej Piłki. Stoper Diego Godin wyleczył uraz i jest gotowy do gry.

Thibaut Courtois poszedł dalej, powiedział, że nie oglądał ostatniego meczu Barcy, bo grał na playstation. W sobotę staną naprzeciwko siebie dwaj liderzy klasyfikacji "Zamora" na najlepszego bramkarza ligi. Niedawno plotkowano nawet o tym, że Belg może być na Camp Nou następcą Victora Valdesa.

Fani oczekują także na pojedynek najlepszych asystujących Primera Division. Neymar i Cesc Fabregas mają po osiem ostatnich podań zamienionych na gole, Koke zaledwie o jedno mniej. Dla Gerardo Matrino zmieszczenie w składzie wszystkich wielkich nazwisk jest misją niemożliwą. Największe wątpliwości budzi Neymar, który w ostatnich trzech meczach Barcy zagrał zaledwie 10 minut. Pedro i Alexis są w znakomitej formie, w dodatku trener Barcy musi znaleźć miejsce dla Cesca Fabregasa. Czy z kłopotów bogactwa argentyńskiego szkoleniowca urodzi się coś pozytywnego?

Dziennik "El Pais" zauważa, że podstawowym problemem dla Martino jest sprawienie, by najlepszy piłkarz świata bardziej onieśmielał rywali, niż swoich partnerów. Zbyt często, widząc obok siebie Messiego, Alexis, Pedro i Neymar czują się zwolnieni z odpowiedzialności za zdobywanie goli. Kiedy rywale mogą się skupić wyłącznie na Argentyńczyku, gra Barcelony staje się dla nich przewidywalna. Za wynik muszą czuć odpowiedzialność wszyscy - to Martino ma wbić do głów swoim piłkarzom.

Simeone takich kłopotów nie ma. W grze zespołowej, asekuracji, wzajemnej pomocy, walce jego ludzie osiągnęli najwyższy stopień wtajemniczenia. Nawet strzelec 19 goli w Primera Division Diego Costa uważa, że kluczem do zwycięstwa w sobotę będzie ograniczenie Barcelonie swobody i miejsca. Na Vicente Calderon standardy wyznacza jakość gra bez piłki, czyli coś absolutnie przeciwnego niż na Camp Nou. Czy dwa style tak skrajnie różne zapewnią kibicom spodziewane emocje?

"Jest okazja dokonać demonstracji siły" - mówi Xavi. Faktycznie po wygraniu 16 z 18 meczów w lidze styl Barcy wciąż jest krytykowany. Wyjazdowe zwycięstwo nad Atletico byłoby wielką sprawą dla gości, wszyscy pamiętają, w jakim stylu drużyna Simeone zdobyła Santiago Bernabeu. Nie Gran Derbi, ale właśnie starcie z Atletico jest dziś najbardziej wiarygodnym testem dla Barcelony.

Przez ostatnią dekadę najbogatsze kluby z Santiago Bernabeu i Camp Nou zmonopolizowały rozgrywki Primera Division, doprowadzając do duopolu obniżającego prestiż ligi wciąż będącej przecież na pozycji nr 1 w rankingu UEFA. Wielu fanów trzyma więc kciuki za Atletico, rozbijające utarty i nudny schemat.

Nikt nie ma pojęcia, ile potrwa ten wzlot, ale jest w nim coś dla hiszpańskiej piłki ożywczego. Latem tonący w długach klub z Vicente Calderon znowu straci zapewne najwybitniejszych graczy, a Simeone stanie przed tym samym wyzwaniem, co po odejściu Radamela Falcao. Jak z osłabionej kadry stworzyć zespół jeszcze silniejszy? Teraz się udało, ale ile razy tak można?

Starcie najlepszego ataku (53 gole w 18 meczach Barcelony) z najlepszą defensywą (11 straconych bramek Atletico) zapowiada się fascynująco. Nie ma pewności, kiedy kibice w Hiszpanii doczekają się kolejnego meczu o taką stawkę, w którym zabraknie jednego z dwóch gigantów tamtejszej piłki. Gdyby jednak patowa sytuacja utrzymała się do 38. kolejki, wtedy rewanż na Camp Nou byłby starciem o mistrzostwo kraju. Taki scenariusz najgorszy byłby dla Realu Madryt.

Oczywiste jest jedno: po raz pierwszy od sezonu 1995-96 królem półmetka w lidze hiszpańskiej będzie drużyna prowadzona przez trenera z Argentyny. Ostatnio był nią Real Madryt pod wodzą Jorge Valdano. Gracze "Królewskich" są oczywiście bardzo zainteresowani wynikiem na Vicente Calderon. Wielu, jak Alvaro Arbeloa, trzyma kciuki za remis, by z 5 pkt ich strata do lidera mogła spaść do trzech.

Dyskutuj z autorem na jego blogu "W polu karnym"

Więcej o: