Liga hiszpańska. 5. kolejka. Betis chce się cieszyć

Real pobił Rayo 6:2, Barcelona zdemolowała Atletico 5:0, ale ligowi giganci wciąż nie dogonili rewelacyjnego lidera z Sewilli, który zagra w poniedziałek z Getafe

Od czterech zwycięstw beniaminek jeszcze nigdy nie zaczął występów w Primera Division. - Nie wiemy, jak długo będziemy liderem, ale zamierzamy się tym cieszyć, nawet jeśli ma się to skończyć po kilku dniach czy tygodniach - mówi prezes Miguel Guillen Vallejo.

Wciąż nikt w nich nie wierzy, ale coraz więcej ludzi docenia. Gdy w styczniu Betis, jeszcze grający w drugiej lidze, pokonał w ćwierćfinale Pucharu Hiszpanii Barcelonę 3:1 (pierwszy mecz przegrał 0:5), szkoleniowiec Katalończyków Pep Guardiola mówił, że to jedna z najlepszych drużyn, z którą zmierzył się w tych rozgrywkach. Trener Valencii Unai Emery powiedział niedawno, ze Betis zasługuje na pierwsze miejsce, styl gry zespołu z Sevilli pochwalił José Mourinho z Realu Madryt, choć zaznaczył, że nie spodziewa się, by beniaminek zdobył mistrzostwo.

Logicznie czterech zwycięstw Betisu wyjaśnić się nie da. A już na pewno nie da się ich wyjaśnić klubowymi pieniędzmi. Roczny budżet drużyny z Sewilii to 46 mln euro, długi wynoszą 85 mln euro. Wierzycielami są kluby, którym nie zapłacono za transfery, byli i obecni piłkarze oraz trenerzy. 40 mln euro wynoszą zaległe podatki.

Długi to pozostałość po byłym właścicielu Manuelu Loperze. 67-letni Hiszpan rządził klubem 18 lat. Kłócił się z trenerami i bez opamiętania zwalniał, choć czasami trafiał na fachowców wybitnych. Bez sukcesu Sevillę opuścili Luis Aragonés, Guus Hiddink i Javier Clemente. W 1998 r. Lopera pobił transferowy rekord świata, gdy zapłacił 21,5 mln funtów za Denilsona. Brazylijski skrzydłowy zagrał w Sevilli 186 meczów, strzelił 13 goli i po siedmiu latach za darmo przeszedł do Bordeaux. W 2000 r. prezes nazwał stadion swoim imieniem. Dziś grozi mu więzienie za defraudację klubowych pieniędzy.

Jego kibice obwiniają o problemy Betisu, który sześć lat temu zdobył krajowy puchar, ale potem z daleka oglądał sukcesy największego rywala - Sevilli, która dwa razy wygrywała Puchar UEFA. Przed sezonem Marcelino, trener lokalnego rywala, ogłosił, że Betisu nie stać na rywalizowanie z jego klubem. Dziś oba zespoły dzieli punkt.

Latem zadłużony klub zatrudniał głównie piłkarzy bez kontraktów i wypożyczał. Na transfery wydał ledwie 1,3 mln euro. Najbardziej znanym zawodnikiem jest Roque Santa Cruz, były napastnik Bayernu Monachium, wynajęty od Manchesteru City. W czwartek Paragwajczyk strzelił dwa gole Saragossie.

Hiszpańska prasa żartuje jednak, że najlepszym transferem Betisu ostatnich lat było zatrudnienie Patricii Ramirez. Psycholożka zaczęła pracę rok temu. Po awansie do pierwszej ligi chciało ją podkupić Atletico Madryt. Została, bo "na Estadio Benito Villamarin czuje się jak w domu". - Nie wierzę w magiczne słowa. Liczą się praca, zaufanie i wiara w zwycięstwo - opowiada Ramirez. Latem zatrudniono jeszcze dwóch psychologów, by pracowali także z juniorami.

Perez wierzy w Mourinho

Gdy w środę Real tylko zremisował w Santander, hiszpańska prasa bliska była ogłoszenia, że klub z Madrytu wpadł w kryzys. Po czterech kolejkach "Królewscy" mieli tylko siedem punktów. Ostatni raz gorzej zaczęli sezon sześć lat temu, gdy drużyna Vanderleia Luxemburga zdobyła w czterech meczach sześć punktów. W sobotę Real, choć przegrywał 0:1, pobił jednak Rayo Vallecano 6:2, a w niedzielę prezes Florentino Perez ogłosił, że wierzy w zespół i "najlepszego trenera na świecie, czyli Jose Mourinho". - Wkrótce spełnimy marzenie kibiców o dziesiątym triumfie w Pucharze Europy - mówił prezes Realu. Największym zmartwieniem Mourinho jest dziś obrona. Z ostatnich ośmiu meczów na Santiago Bernabeu tylko w jednym jego zespół nie stracił gola.

Kibice Barcelony zgodzili się na zerwanie z tradycją ?

Więcej o: