Analiza

Polak jedyną nadzieją słynnego klubu? To może skończyć się katastrofą

Kamil Grabara
fot. Screen: Eleven Sports

Trenerska karuzela bez ładu i składu, setki milionów euro w błocie, sen o wielkości, który zmienił się w koszmar. Tak wygląda rzeczywistość Wolfsburga, który zmierza ku największej katastrofie od trzech dekad. W środku chaosu utknął Kamil Grabara, bez którego fani "Wilków" dawno krążyliby po stadionach 2. Bundesligi. Bo choć na pierwszy rzut oka Polak może sprawiać fatalne wrażenie, rzeczywistość jest dla niego zupełnie odmienna, niż dla reszty drużyny. I oby była taka po sezonie.

Bundesliga bez Wolfsburga? Takiego obrazka wielu kibiców może nie pamiętać, a w XXI wieku nie widział tego jeszcze nikt. "Wilki" grają w Bundeslidze nieprzerwanie od sezonu 1996/97. Przez 30 lat klub należący do Volkswagena przeszedł w lidze praktycznie wszystko. Bił się o podium, walczył o utrzymanie, wegetował w środku stawki, a nawet wywalczył niespodziewane mistrzostwo w 2009 r. Słynny zespół Felixa Magatha napędzany duetem napastników Dżeko - Grafite (łącznie 54 gole) zaskoczył wówczas wszystkich, na czele z Bayernem Monachium, który wyprzedzili o dwa punkty. 

Zobacz wideo Lewandowski królem strzelców Serie A? Żelazny: Robert byłby tam znaczącą postacią

Setki milionów euro i sny o wielkości. A potem pobudka

Dziś fani na Volkswagen Arenie mogą się tylko wzruszyć na wspomnienia o tamtych złotych czasach. Wielu z nich śniło zapewne w życiu koszmary wciąż piękniejsze od tego, co "Wilki" wyczyniają na boisku. A mowa o ludziach obytych z rozczarowaniami, bo od ponad dekady Wolfsburg mierzy wysoko, a kończy niemal zawsze zdecydowanie poniżej oczekiwań. Ich najnowsza historia to historia o przepalaniu pieniędzy oraz nietrafionych decyzjach zarówno na boisku, jak i na ławce. W środku chaosu znajduje się reprezentant Polski Kamil Grabara, któremu żałosna postawa drużyny psuje reputację. Choć wbrew pozorom wcale nie powinna. 

Wolfsburg w ostatnich latach mocno prosił się o kłopoty. Jeszcze nie tak dawno temu, bo w latach 2018-2021, trzykrotnie kończyli ligę w Top 7, a trener Olivier Glasner zrobił z nimi nawet czwarte miejsce (20/21) i awans do Ligi Mistrzów. Po jego odejściu klub wpadł w spiralę problemów. Co pomysł, to gorszy. Co sezon, to większe rozczarowanie. Wszystko zaś na gruncie "podlewanym" pieniędzmi naprawdę dużymi jak na klub z drugiego szeregu Bundesligi.

Ostatnie pięć lat (licząc i lato, i zimę) to według danych portalu Transfermarkt.de wydane ponad 300 mln euro. Najwyższy co prawda "tylko" za 25 mln euro, ale przenosiny Lovro Majera z Rennes w 2023 r. to dobry dowód ogólnej marności transferów na Volkswagen Arenie. 

Efekt tego wszystkiego był taki, że po czwartym miejscu z Glasnerem, Wolfsburg kończył następne sezony kolejno: 12., 8., znów 12. i 11. Marnie jak na klub o ambicjach ponoć sięgających Ligi Mistrzów. Do licznych koszmarnych transferów doszła jeszcze loteria z trenerami. Po Glasnerze, czyli od 1 lipca 2021 r., "Wilki" dziś mają już siódmego zatrudnionego na stałe. Tylko Niko Kovac był w tym okresie w stanie zacząć sezon i go dokończyć. Przy czym to żadna laurka. W ostatnich miesiącach pracy Chorwata wielu mogło modlić się o jego jak najszybsze zwolnienie (potrzeba było jednego zwycięstwa w 15 meczach, by wreszcie go pożegnano). Nie tylko Jakub Kamiński, którego Kovac nie cenił. 

Chaos przebrany za logikę. Grabara nie mógł wiedzieć, co go czeka

Kamil Grabara trafił w centrum tego napędzanego silnikiem Volkswagena chaosu latem 2024 r. z Kopenhagi. Paradoksalnie to wtedy wyglądało na rozsądny ruch. Wolsburg rozczarowywał w kontekście własnych ambicji, ale w skali całej Bundesligi jawił się jako średniak. Na tyle mocny, by jego piłkarzom nie groziło wpisanie spadku z ligi do CV, na tyle słaby, by akurat bramkarz mógł się tam solidnie wykazać. W pierwszym sezonie Polaka w Niemczech to się nawet zgadzało. Grabara był szóstym golkiperem ligi pod kątem liczby obronionych strzałów (ponad 65 proc. skuteczności), najwyżej ocenianym przez "Kickera" piłkarzem swojej drużyny, a Wolfsburg skończył na 11. miejscu. To, co wydarzyło się później, mogło być dla Polaka niczym hiszpańska inkwizycja. Bo nikt się tego nie spodziewał.

Wszystkie problemy, jakie trapiły Wolfsburg na przestrzeni ostatnich lat, zintensyfikowały się i przyszły nękać drużynę jednocześnie. Wybór Paula Simonisa na pierwszego trenera okazał się koszmarny. Holender zdobył osiem punktów w pierwszych dziesięciu spotkaniach ligowych i został wylany. Jego następca Daniel Bauer, trener zespołu do lat 19, dostał nieco dłuższą szansę, bo na jego dorobek złożyło się 15 meczów w Bundeslidze. Efekt? Średnia 0,8 pkt na mecz i również zwolnienie na początku marca. Przy tej okazji władze Wolfsburga wściekły się nie na żarty, bo wraz z Bauerem poleciały także głowy trenera od przygotowania fizycznego Christiana Clarupa oraz znienawidzonego wśród kibiców dyrektora sportowego Petera Christiansena. 

Najgorszy bramkarz w czołowych ligach europejskich? Grabarze trudno zachować dobry PR 

Choćby władze "Wilków" zwolniły każdego pracownika do ostatniej sprzątaczki, to problem leżał jednak przede wszystkim w tych, których w trakcie sezonu nie da się tak po prostu pozbyć. Piłkarze dokonywali na boisku rzeczy absolutnie niegodnych gry w Bundeslidze. W przypadku graczy defensywnych można w tym sezonie mówić o "obrońcach". Koniecznie w cudzysłowie, bo w ich przypadku to jedynie rola teoretyczna. Wolfsburg potrzebował ledwie 30 spotkań, by stracić aż 66 goli. Tyle samo ma Heidenheim, tylko że Heidenheim ma też najniżej wycenianą kadrę w całej lidze (64,05 mln euro vs 234 mln "Wilków"). Choć w przeciwieństwie do Wolfsburga grali w ostatnich latach w europejskich pucharach (w sezonie 2023/24 zajęli ósme miejsce i wywalczyli awans do Ligi Konferencji).

Tu dochodzimy do Grabary. Jeśli spojrzymy na jego statystyki powierzchownie i ograniczymy się tylko do czystych kont oraz wpuszczonych goli, trudno znaleźć kogoś gorszego od niego. Właściwie to w dziesięciu najlepszych ligach Europy trafiłoby się tylko jedno nazwisko. To Martin Dubravka, który strzegąc bramki Burnley (już oficjalnie spadkowicza z Premier League), wpuścił 68 goli. Choć zagrał 34 razy, a nie 31, jak Polak. 

Taki stan rzeczy powoduje, że w oczach wielu Grabara może być postrzegany jako kiepski golkiper. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś, kto nie śledzi na co dzień Bundesligi, sprawdza w sieci jak miewa się Grabara, otwiera Transfermarkt i widzi 66 goli wpuszczonych w 31 spotkaniach oraz tylko dwa czyste konta. Wrażenia raczej nie są za dobre. 

Error 404. Defensywy nie znaleziono (chyba że akurat strzela sobie sama)

Jednak by uzyskać pełen obraz gry bramkarza, trzeba zajrzeć głębiej i w przypadku Grabary okazuje się, że bez niego kibice Wolfsburga już mogliby sprawdzać dojazdy do np. Bochum, Drezna czy Kaiserslautern. Jeśli wyobrazimy sobie bramkarza jako wojownika, a linię obrony przed nim jako jego zbroję, Grabara walczyłby chyba w papierowej. "Wilki" wspinają się w tym sezonie na nowe poziomy absurdu, jeśli chodzi o błędy w defensywie.

Grabara już teraz ma więcej udanych interwencji, niż w całym poprzednim sezonie (123), a ogólnie więcej takowych w całej Bundeslidze ma tylko Moritz Nicolas z Borussii Moenchengladbach (131). Na bramkę Wolfsburga rywale strzelają tak często, jak na żadną inną. Najczęściej musiał bronić też rzuty karne, bo Wolfsburg sprokurował ich 13 (Polak obronił trzy, najwięcej w lidze). Za to, gdy akurat rywale tego nie robią, koledzy lubią sami przetestować naszego rodaka. "Wilki" strzeliły sobie w tym sezonie cztery gole samobójcze. Nikt nie ma więcej, ani nawet tyle samo (Mainz i Augsburg mają po dwa). 

Grabara, a potem długo, długo nikt. Kibice potrafili machnąć ręką nawet na straszny błąd

Polak jest raz za razem wybierany najlepszym lub jednym z najlepszych piłkarzy meczu w Wolfsburgu. Oczywiście to nie tak, że wybielamy go w pełni. Jak każdy bramkarz swoje za uszami też ma. Jak w lutym w meczu z RB Lipsk (2:2), gdy przy stanie 1:0 dla "Wilków" wykopał piłkę wprost pod nogi Brajana Grudy, a temu pozostało już tylko wystawić na pustą do Yana Diomande. Przy czym należy dodać, że po tamtym błędzie Grabara dostał mnóstwo wsparcia od fanów Wolfsburga, którzy skandowali jego nazwisko. Zaś kapitan drużyny Maximillian Arnold po wszystkim powiedział, że komu jak komu, ale Polakowi można to wybaczyć. -  Kamil grał znakomicie przez cały sezon. Moim zdaniem nie ma o czym tu mówić - stwierdził Niemiec. Grabarze spadł też nieco procent wybronionych strzałów, bo ma teraz 62,9 proc., a w zeszłym sezonie to było 65,2 proc., ale to można wytłumaczyć tym, że uderzeń na jego bramkę jest po prostu znacznie więcej.

Dziennikarze za naszą zachodnią granicą też potrafią docenić Polaka, który stara się reanimować trupa, jakim jest gra obronna Wolfsburga. Jego średnia ocen w dzienniku "Kicker" to 2,94. Zajmuje tym samym 21. miejsce wśród wszystkich piłkarzy, jacy grali w tym sezonie w Bundeslidze. To czwarty wynik wśród bramkarzy, a w jego drużynie najlepszy, i to z ogromną przewagą. By znaleźć na liście "Kickera" kolejnego piłkarza Wolfsburga, musielibyśmy dokopać się aż do 132. pozycji i pomocnika Patricka Wimmera (3,64). Grabara potrafił dostać w tym sezonie ocenę niemal idealną (1,5) za mecz, który "Wilki" przegrały z Mainz 1:3, bo bez niego byłoby co najmniej dwa razy wyżej. 

Wolfsburg wisi nad przepaścią. Historyczny dramat jest blisko

Nie ma więc wątpliwości, że szukając winnych tego, jak Wolfsburg w tym sezonie wygląda, Polaka można ustawić na końcu kolejki. To zdecydowanie powinien być też jego ostatni sezon w klubie, nawet jeśli "Wilki" jakimś sposobem by się uratowały. Szanse? Mizerne. W klubie 8 marca wciśnięto czerwony przycisk i sprowadzono doświadczonego Dietera Heckinga, by wrócił po dziesięciu latach (prowadził Wolfsburg w latach 2013-2016) i uratował zespół przed spadkiem z Bundesligi. Zasadniczo to pierwszym w historii, bo odkąd 30 lat temu awansowali, nie zlecieli nigdy. 

Efektów jednak na razie nie ma. Hecking w zeszłym sezonie nie ocalił Bochum i wygląda na to, że tu też nie da rady. W sześciu spotkaniach zdobył na razie tylko pięć punktów, wygrywając jedynie ostatni mecz z Unionem Berlin (2:1). Po którym swoją drogą niemieckie media pisały, że Wolfsburg zawdzięcza je głównie Grabarze, więc niezależnie od wyników, pewne rzeczy się nie zmieniają. Zostały trzy kolejki, a "Wilki" do pierwszej w pełni bezpiecznej 15. pozycji tracą aż sześć punktów. Bardzo dużo, szczególnie że przed nimi m.in. mecz z Bayernem Monachium, który co prawda mistrzostwo już zdobył i będzie świeżo po rewanżowym starciu w półfinale Ligi Mistrzów z PSG. Jednak Bawarczycy nawet grając na pół gwizdka mogą roznieść żenującą obronę Wolfsburga. W pierwszym meczu w pełni skoncentrowani wbili im osiem goli (8:1). Za to w pierwszym meczu po zapewnieniu sobie tytułu nawet gdy po pierwszej połowie przegrywali z Mainz 0:3 do przerwy, to w drugiej połowie jak gdyby nigdy nic wbili 4 gole i wygrali 4:3.

Kamilu, uciekaj stamtąd

Oczywiście VFL może zająć też 16. miejsce, do którego traci teraz jedno oczko i zagrać w barażu o utrzymanie. Ich rywalem byłby wówczas trzeci zespół tabeli 2. Bundesligi. Dziś tę lokatę zajmuje Hannover 96, ale co najmniej matematyczne szanse mają jeszcze trzy drużyny za nim, więc nie podejmiemy się przewidywania, kto to ostatecznie będzie. Historia byłaby po stronie zespołu z Bundesligi, bo ostatni raz barażowy dwumecz drużyna z 2. Bundesligi wygrała w 2019 roku, gdy Union Berlin pokonał VFB Stuttgart. Natomiast bez względu na wszystko, w przyszłym sezonie Wolfsburg będzie musiał zaliczyć twardy reset i zacząć od nowa. Życzymy Grabarze, by on już w tym czasie był na stabilniejszym gruncie w mocniejszym zespole. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...