Drwili i śmiali się z nich w całym kraju. Dziś są postrachem. Najpiękniejszy klub świata

Mało które mistrzostwo Niemiec zostało zdobyte tak spektakularnie, a z pewnością żadne nie było tak wyczekane. Jeśli kochasz futbol, nie cierpisz w nim nudy i sztampy, kochasz Bayer Leverkusen z tego sezonu. To zespół dla romantyków i taktycznych nerdów. Przemiana jest niezwykła: z obiektu drwin w obiekt westchnień, z "Neverkusen" w "Neverloosen".

Świętowanie zaczęło się już wcześniej. 10 minut przed końcem meczu z Werderem Brema, przy wyniku 3:0, kibice zaczęli schodzić z trybun, przeskakiwać przez barierki i walczyć o pole-position tuż za reklamowymi bandami. Gol na 4:0 Floriana Wirtza był jak zapałka wrzucona do beczki prochu. Bandy runęły, stadion eksplodował. Kilkudziesięciu kibiców zaczęło ściskać piłkarzy - bohaterów, którzy wywalczyli pierwsze w 120-letniej historii Bayeru Leverkusen mistrzostwo Niemiec. Stadionowy spiker, Xabi Alosno i sami zawodnicy zaganiali ich z powrotem na trybuny, by można było dokończyć mecz. 

Zobacz wideo Michał Probierz odpowiada na głośny tekst Sport.pl. Mocna polemika. "Dobrze, że się prześlizgnęliśmy"

Po dwóch-trzech minutach się udało. Ale po chwili znów byli na murawie, bo Wirtz strzelił kolejnego gola. Absolutnie ikonicznego, pod każdym względem pasującego, by stać się symbolem tego triumfu: nad polem karnym unosił się czerwony dym z odpalonych flar, tuż za liniami czekał rozemocjonowany tłum, a on wbiegł w sam środek tej imprezy, oddał strzał i trafił. Ustalił wynik na 5:0, skompletował hat-tricka, przypieczętował mistrzostwo. Akurat on - bohater tego sezonu, ulubieniec kibiców, piłkarz o najczystszym talencie. Już nie kilkudziesięciu kibiców, a parę tysięcy fanów chciało go przytulić i wznieść ku niebu. Sędzia machnął ręką na doliczony czas gry, nie upierał się, by znów wyprosić kibiców z murawy. Gwizdnął ostatni raz. Dał sygnał, że można świętować.

Z "Neverkusen" w "Neverloosen"

Piłkarze tonęli w morzu ludzi i ich objęciach. Zostali porwani do tańca. Widzieli łzy wzruszenia, słyszeli podziękowania. Zobaczyli z bliska, ile znaczy to mistrzostwo. Każdy chciał mieć cząstkę tego triumfu dla siebie - kibice podzielili się siatką, niektórzy wyskubywali kępki trawy. Piłkarze spotkali się ze sobą dopiero w szatni - tam polało się piwo, wybrzmiały mistrzowskie pieśni. Kibice dopiero po kilkudziesięciu minutach opuszczali stadion, szli Bismarckstrasse, którą już przed meczem przechrzcili na "Xabi-Alonso-Allee". Niektórzy poszli dalej, inni wsiedli w autobusy na przystanku, którego prawdziwą nazwę również zaklejono i zmieniono na "imienia Xabiego Alonso". Wszędzie niosła się autoironiczna pieśń na melodię kubańskiego hitu Guantanamera: "Nigdy nie zostaniemy mistrzami Niemiec". To przyśpiewka, którą rywale szczypali ich od lat. 

Nazywali ich "Neverkusen" i "Visekusen", bo wydawali się wiecznie niezdolni do ostatecznego triumfu. Marnowali kolejne okazje, wywracali się na ostatniej prostej i płakali jako wiceliderzy. Jak w 2000 r., gdy na kolejkę przed końcem prowadzili z trzema punktami przewagi nad Bayernem i meczem z niewalczącym już o nic SpVgg Unterhaching. Bayerowi do zdobycia mistrzostwa wystarczał remis, a przegrał 0:2 i bilansem bramek oddał paterę Bayernowi. Minęły dwa lata, a ich spotkał jeszcze gorszy koszmar - mieli w składzie Michaela Ballacka, Lucio, Olivera Neuvilla czy młodego Dimitara Berbatowa, przez rok solidnie pracowali na grę o trzy trofea - mistrzostwo Niemiec, Puchar Niemiec i Ligę Mistrzów, by na koniec w dwa tygodnie wszystko przegrać. W ostatniej ligowej kolejce wyprzedziła ich Borussia Dortmund, w finale krajowego pucharu lepsze okazało się Schalke, a na koniec Real Madryt dzięki fenomenalnemu uderzeniu Zinedine’a Zidane’a wygrał finał Champions League. 

Ale teraz są "Neverloosen". Nie znają smaku porażki i zajmują pierwsze miejsce. Przerwali jedenastoletnią dominację Bayernu Monachium w spektakularnym stylu - na pięć kolejek przed końcem, mając najlepszą defensywę i drugi najlepszy atak, ogrywając Bayern 3:0 w bezpośrednim meczu. Ich 79 na 87 zdobytych punktów na tym etapie sezonu to nowy rekord Bundesligi. Nigdy nie było też zespołu, który nie poniósłby porażki aż do 29. kolejki.

Za nowymi rekordami trzeba rozejrzeć się w innych częściach Europy - Bayer jest niepokonany od 43 meczów. Zbudował serię lepszą niż swego czasu Real Madryt (40 meczów bez porażki), Inter Mediolan (40) i Celtic (42). Zrównał się już z Juventusem z lat 2010-2011. Jeśli w czwartek nie przegra z West Hamem w ćwierćfinałowym rewanżu Ligi Europy, będzie samodzielnym liderem. Bayer nie zdobył tego mistrzostwa słabością Bayernu, a wręcz w stylu Bayernu z najlepszych lat. A to nie koniec! Niemieccy dziennikarze żartują, że nie po to Bayer, będący przez lata synonimem porażki, nauczył się wygrywać, by nasycić się już pierwszym triumfem. Za rogiem czekają kolejne - Puchar Niemiec, o który powalczy w finale z drugoligowym Kaiserslautern, i Liga Europy, gdzie po pokonaniu West Hamu 2:0 jedną nogą jest już w półfinale.

Bohaterowie są wszędzie: na boisku, w szatni, w gabinetach

Kibice zdarliby gardła, chcąc wykrzyczeć nazwiska wszystkich bohaterów, którym zawdzięczają to mistrzostwo. Zaczęliby od Xabiego Alonso, o którego dopominali się w pomeczowych relacjach dziennikarze "Bilda", że zasługuje na tytuł honorowego obywatela miasta. W Leverkusen mówią bowiem, że ma coś z Juergena Kloppa - wpływa nie tylko na klub, ale całą społeczność wokół. Sprawił, że ludzie są dumni, że od kilku miesięcy żyją we śnie. Ten Bayer to jego dzieło. Wyrzeźbione spokojnie, a przy tym zaskakująco szybko, bo w niecałe 20 miesięcy. Gdy Xabi w październiku 2022 r. zaczynał pracę, zespół był na przedostatnim miejscu w tabeli. Dotarł do głów i serc piłkarzy. Uwiódł charyzmą, przekonał pomysłami. Miał w składzie magików i bestie. Mówią, że stworzył hydrę, której odcięcie jednej drogi ataku pozwala znaleźć dwie kolejne. Gra w tym sezonie porywająco, nieszablonowo, ale potrafi też przełączyć się w tryb tarana, gdy efekty specjalne znikają, a liczy się wyszarpanie punktów. Podziwiać można piękny Bayer z najlepszych występów, ale też Bayer skuteczny, gdy dopina swego nawet w meczach, które kompletnie się nie układają. Xabiego kochają w Leverkusen, ale szanują w całych Niemczech. Jeszcze bardziej, odkąd zadeklarował, że latem nie zmieni pracy. W Liverpoolu i Monachium muszą poczekać.

Dalej kibice musieliby docenić wszystkich boiskowych bohaterów. I to dopiero byłoby wyzwanie, bo siła Bayeru polegała na tym, że niemal nikt nie zawodził. Piłkarze z trzeciego szeregu wspinali się na wyżyny swoich możliwości tak samo, jak gwiazdy stające na przodzie. Wchodził na boisko Josip Stanisić, którego z Bayernu Monachium wypchnął Thomas Tuchel i którego Bayer wypożyczył tylko dlatego, że Odilon Kossounou wyjechał na Puchar Narodów Afryki, i strzelał temu Bayernowi gola, który otwierał wynik w wygranym 3:0 meczu. Robert Andrich przez kilka miesięcy wydawał się główną ofiarą systemu Xabiego, ale w końcu wszedł do środka pola za kontuzjowanego Exequiela Palaciosa i spisał się tak dobrze, że prawdopodobnie wskoczy też do wyjściowego składu Niemiec na Euro. Patrik Schick zaczynał w cieniu Victora Boniface'a, ale sam rozbłysnął, gdy Nigeryjczyk nabawił się kontuzji. Xabi niemal każdego piłkarza uczynił lepszym. Granice niektórych przesunął nieznacznie, innych nastroił do gry na poziomie, o jaki sami się nie podejrzewali. To zespół z wieloma kluczowymi postaciami - Jonathanem Tahem w obronie, Jeremiem Frimpongiem i Alejandro Grimaldo na wahadłach, Palaciosem w środku pola. Ale kibice pewnie wyróżniliby Floriana Wirtza - strzelca 17 goli i autora 18 asyst i Granita Xhakę, którego Xabi nazwa swoim grającym asystentem, bo jak nikt rozumie jego pomysły i jak nikt potrafi oddziaływać na resztę zespołu. Zaraz po przyjściu do drużyny stał się jej liderem w szatni i spoiwem na boisku.

Ale po trybunach musiałby się ponieść także nazwiska ludzi z gabinetów. Simona Rolfesa, dyrektora sportowego, który podpisał kontrakt z Florianem Wirtzem i Xabim Alonso, a później skroił kadrę idealnie dla niego - sprowadził za darmo, oferując sporą tygodniówkę, Alejandro Grimaldo, który rozegrał najlepszy sezon w życiu (jako wahadłowy strzelił dziewięć goli i miał 13 asyst w 29 meczach Bundesligi). Odpowiedział na prośbę Alonso o kupienie doświadczonych zawodników, mimo że wcześniej Bayer inwestował pieniądze przede wszystkim w młodych zawodników, których talent miał w Leverkusen dopiero rozkwitnąć, a wartość kilkukrotnie wzrosnąć. Sprowadził więc do drużyny Xhakę i Jonasa Hoffmana. Wykazał się też dyrektor odpowiedzialny za rekrutację - Kim Falkenberg, który przekonał Rolfesa, że warto wydać 20,5 mln euro na Boniface'a, mimo jego niewielkiego doświadczenia w Europie. Nigeryjczyk, mimo kontuzji, strzelił 18 goli i miał 10 asyst w 27 meczach Bundesligi, Ligi Europy i Pucharu Niemiec. Tak dobrych statystyk nie ma na razie Nathan Tella, najdroższy piłkarz kupiony latem (23,5 mln euro), ale i on powoli rozwija skrzydła. W klubie są cierpliwi - Tella pierwszy raz opuścił Anglię, zderzył się z inną kulturą i futbolem, a z natury jest nieśmiały.

Współpraca Alonso, Rolfesa i Falkenberga wydaje się wręcz modelowa. Udoskonalili poprzedni model Bayeru, który pozwalał szlifować talenty i sprzedawać je za duże pieniądze - jak Kaia Havertza, Moussę Diaby'ego czy Leona Baileya, ale nie dawał sukcesów. Teraz w gablocie czeka już miejsce na mistrzowską paterę, a w kadrze jest kilku piłkarzy wartych kilkadziesiąt milionów euro. A co najważniejsze: nikt nie pali się do odejścia, bo współpraca z Alonso i bycie częścią tak dynamicznie rozwijającego się zespołu, którego sufitu dziś nawet nie widać, jest szalenie satysfakcjonujące. Stąd przypuszczenia, że Bayer nie będzie wybrykiem, jednorazowym mistrzem rozdeptanym w kolejnym sezonie przez Bayern. To prawdopodobnie dopiero początek.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.