"Złote dziecko" niemieckiego futbolu na zakręcie. "Może skończyć w polskiej lidze"

Antoni Partum
Był złotym dzieckiem niemieckiego futbolu, a dziś jest warty mniej niż milion euro. Max Meyer ma dopiero 26 lat, ale przez pazerność i złe wybory jest na peryferiach wielkiego futbolu. A ci, którzy byli w jego cieniu, dziś błyszczą na salonach. Dlaczego utalentowany pomocnik tak koncertowo zniszczył sobie karierę?

Jeśli grałeś w FIFA  lub Football Managera, to na pewno go kojarzysz. Szukając utalentowanych piłkarzy, którzy mogą się szybko rozwinąć, trudno było przeoczyć Maksa Meyera. Już po kilku rozegranych sezonach Niemiec stawał się jednym z czołowych zawodników obu gier. Urodzony w 1995 roku wszechstronny pomocnik błyszczał także w rzeczywistości. No, przynajmniej na początku.

Zobacz wideo Arabia Saudyjska w teorii najłatwiejszym rywalem Polaków. Ale wcale nie będzie łatwym

W 2012 roku Niemcy przegrali z Holandią finał mistrzostw Europy do lat 17, ale Meyer - grając u boku Niklasa Suele, Leona Goretzki czy Timo Wernera - został królem strzelców turnieju. Pięć lat później został mistrzem Europy do lat 21. Wygrywając turniej w Polsce miał już na koncie ponad 100 meczów w Bundeslidze, występy w Lidze Mistrzów i miano najmłodszego debiutanta w historii niemieckiej kadry. Joachim Loew dał mu szansę niedługo po jego 18. urodzinach. Dziś Meyer ma 26 lat i właśnie zamienił ligę turecką na duńską, podczas gdy jego rówieśnik Goretzka bryluje w Bayernie Monachium.

Meyer szkolił się w rodzinnym Oberhausen, a potem w MSV Duisburg, ale karierę na dobre rozpoczynał w Schalke. I od razu rzucał się w oczy. - Wyróżniała go bardzo dobra technika i fakt, że był obunożny, co jest rzadko spotykane. Miał też smykałkę do gry kombinacyjnej na małej przestrzeni i dużo widział. Więcej niż inni - mówi Sport.pl Tomasz Wałdoch, były reprezentant Polski oraz trener Meyera w akademii Schalke.

- To był superpiłkarz. Nienaganna technika, świetny drybling i dobre podanie. Miał podobną lekkość w ruchach, co Mario Goetze z czasów gry w Borussii. Miał też niesamowite oko do gry. Oko, dzięki któremu widział więcej niż rywale. Dla Meyera nie istniały sytuacje bez wyjścia, zawsze miał jakiś pomysł. Świetnie przewidywał ruchy rywala, jak to mówią Niemcy "antizipieren" - dodaje Krystian Woźniak z "RevierSport".

Słowem, Meyer był urodzoną "dziesiątką". Ale że w nowoczesnym futbolu to powoli wymierający gatunek, kreatywny pomocnik rzucany był też na skrzydła. A nawet próbowany w ataku. W 2017 roku Domenico Tedesco, ówczesny trener Schalke, uznał, że pójdzie zgodnie z duchem czasu i wystawił Meyera tuż przed linią obrony. 22-letni wówczas piłkarz został typowym cofniętym rozgrywającym i choć przestał kolekcjonować gole i asysty, to wciąż był liderem Schalke. A to nie było dzisiejsze Schalke, które walczy na zapleczu Bundesligi, tylko zespół regularnie grający w Lidze Mistrzów.

- Zdziwiłem się, gdy został przesunięty na pozycję "szóstki". Meyer nie był najlepiej zbudowany pod kątem walki fizycznej. I choć brakujące kilogramy i centymetry nadrabiał sprytem, to zawsze uważałem, że więcej dobrego zrobi z przodu, tuż za napastnikami. W środku pola zbyt często przegrywał górne piłki. A jak grał z przodu, to tyle dawał ofensywie, że można było lekko przymknąć oko na grę w obronie - tłumaczy Wałdoch, który rozegrał 249 spotkań w Bundeslidze.

Meyer swój ostatni sezon na Veltins-Arena zakończył jako wicemistrzu kraju. Schalke chciało go zatrzymać. I to bardzo - oferowało mu nawet najlepsze zarobki w zespole (około 5,5 mln euro rocznie), ale Niemiec i jego agent Roger Wittmann chcieli jeszcze większych pieniędzy. Domagali się aż siedmiu milionów rocznie. Straszyli, że odejdą do Juventusu, Atletico Madryt, Liverpoolu lub Arsenalu, ale ostatecznie - na zasadzie wolnego transferu - Meyer trafił do... Crystal Palace, angielskiego średniaka

Christian Heidel, dyrektor sportowy tamtego Schalke, wspominał: - Jego agent powiedział, że Meyer to piłkarz światowej klasy i każdy czołowy klub Europy go chce mieć w składzie. I jeśli Schalke chce go zatrzymać, to ma przedstawić Meyerowi ofertę godną jego talentowi. No to wysłaliśmy ofertę. Ale nie za piłkarza światowej klasy, ale za Meyera, czyli bardzo dobrego zawodnika z Bundesligi, który ma potencjał, by wciąż się rozwijać. Ale to okazało się za mało - tłumaczył Heidel.

Atmosfera zrobiła się gęsta

- Trudno było mi zrozumieć to całe zamieszanie, bo poza boiskiem Max był normalnym, poukładanym chłopakiem. Nic złego nie mogę o nim powiedzieć. Mam wrażenie, że jego agent obrał złą strategie negocjacyjną. Niepotrzebnie podkręcał emocje na linii Meyer - Schalke. Oczywiście, pieniądze się zgadzały przy transferze do Anglii, a to ważny aspekt w rozwoju piłkarza, ale nie najważniejszy. Przykre, że tak się to skończyło - uważa Wałdoch.

Z byłym obrońcą reprezentacji Polski zgadza się dziennikarz "RevierSport". - To był fajny chłopak, ale najwyraźniej odbiła mu sodówka. Jakby jego osobowość zmieniła się o 180 stopni. Skupił się tylko na kasie i dlatego przegrał. Schalke oferowało mu naprawdę ogromne pieniądze, a oni chcieli jeszcze większych.

- Atmosfera zrobiła się gęsta. Choć Meyer wiele nie mówił, to gwizdali na niego kibice. Piłkarz nawet oskarżył klub o mobbing, ale wydaje mi się, że to była gra menedżera, który namówił zawodnika, by poszedł na otwartą wojnę z klubem. Te oskarżenia padły, jak już było wiadome, że obie strony się nie dogadają. Dopełnieniem dziwnego obrazu był ojciec Maksa, Achim Meyer, który woził się po Gelsenkirchen wypasionym Lamborghini i zaczął nagrywać filmiki, w których obrażał Schalke. Nawet jego syn odciął się od słów ojca - przypomina Krystian Woźniak.

W Anglii, przez blisko trzy lata licząc wszystkie rozgrywki, Meyer rozegrał ledwie 56 spotkań. I niczym szczególnym się nie wyróżnił. W Crystal Palace miał zastąpić Yohana Cabaye'a, który czmychnął do Dubaju, ale Niemiec dużo mniej pracował w defensywie niż Francuz. Notował mniej odbiorów i rzadziej przerywał akcje rywali. Nie odnalazł się w silniejszej, fizycznej lidze.

- Natężenie spotkań w Anglii i wyższa intensywność na boisku mogły mu się odbić czkawką. I pewnie dlatego zamiast się rozwijać, notował regres - uważa Wałdoch.

- W Anglii dużo pracował na siłowni, ale to paradoksalnie nie okazało się dobrym pomysłem. Wraz z nabieraniem masy mięśniowej, zatracił swój duży atut, czyli szybkość - dodaje Woźniak.

Powrót do Bundesligi, a potem epizody w Turcji i Danii

Zimą 2021 roku Meyer wrócił z podkulonym ogonem do Niemiec, podpisując kontrakt z Koeln. Tam w pół roku zdołał rozegrać raptem trzy pełne mecze. Na boisku wyglądał nieźle, ale Koeln nie było stać na pomocnika, więc zgłosiło się Fenerbahce. W Turcji jednak nie zachwycił. Kompletnie nie odnalazł się w tamtejszej kulturze. Czuł się obco, nieswojo, w Stambule spędził tylko pół roku. Zagrał sześć meczów, więc nikt za nim płakać nie będzie.

Po odejściu z Fenerbahce po Meyera nikt się specjalnie nie zgłaszał, niemiecki pomocnik zaczął dryfować na peryferie poważnej piłki. Dwa miesiące temu trafił do ligi duńskiej, związując się półrocznym kontraktem z FC Midtjylland. Tuż po przyjeździe zagrał dwa mecze, ale w dwóch ostatnich kolejkach nawet nie wstał z ławki rezerwowych.

- Gdzie był sufit Meyera? - dopytujemy Wałdocha.

- Zapowiadał się na ważnego reprezentanta Niemiec. Ale prowadząc go w juniorach nie dałbym sobie ręki uciąć, że na 100 proc. zostanie liderem kadry. Piłkarze różnie się rozwijają. W drużynie do lat 17 miałem Joela Matipa - nigdy bym się nie spodziewał, że zostanie stoperem światowej klasy. Z kolei Goretzka niby wyróżniał się już w juniorach Bochum i widać było, że zostanie niezłym piłkarzem, ale przecież nikt nie przewidziałby, że zostanie ważnym ogniwem Bayernu - zakończył Wałdoch.

Jaka może być przyszłość Meyera, gracza wciąż ledwie 26-letniego? - Idealna byłaby dla niego piłka holenderska, gdzie preferuje się ofensywny futbol, a poziom nie jest szczególnie wysoki. To chyba ostatnie miejsce, gdzie jeszcze mógłby się odbić - uważa Woźniak.

- Szkoda chłopaka. Miał wszystko, aby zrobić wielką karierę, ale uderzyła mu sodówka i, brzydko mówiąc, teraz się szlaja po Europie. Kto wie, jaki będzie jego następny przystanek. Może skończy w Legii Warszawa albo w Rakowie Częstochowa - uśmiecha się Wożniak.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.