Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Lewandowski miał odpocząć, ale był zmuszony ratować Bayern. Taki mecz musiał nadejść

- Najchętniej spędziłbym pięć dni w kąpieli z lodu - mówił Robert Lewandowski po wyczerpującym meczu o Superpuchar Europy. Spotkanie z Hoffenheim zaczął na ławce rezerwowych, miał odpocząć. Ale już w 56. minucie wszedł na boisko, by ratować wynik. Niczego jednak nie zmienił. Bayern przegrał aż 1:4.

Początek sezonu jest dla piłkarzy Bayernu bardzo trudny: co chwilę mecze, sporo podróży, w dodatku z Sevillą rozegrali dodatkowe 30 minut dogrywki. Lewandowski narzekał po tym spotkaniu: - "Nawet nie świętowaliśmy tej wygranej, bo byliśmy zbyt wyczerpani. W sobotę lecimy na mecz z Hoffenheim, nie mamy dnia wolnego. Najchętniej spędziłbym pięć dni w kąpieli z lodu". Kolejny tydzień będzie równie wyczerpujący. W środę mecz o Superpuchar Niemiec z Borussią Dortmund, w niedzielę ligowe spotkanie z Herthą Berlin, a po nim wyjazd na zgrupowania reprezentacji. - To sytuacja wręcz ekstremalna - zgodził się Hansi Flick.

Zobacz wideo "Bayern sam sobie zawiesił wysoko poprzeczkę"

Lewandowski najlepiej zna swój organizm, najrealniej potrafi ocenić poziom zmęczenia. I skoro on - posądzany o niezniszczalność i chęć gry w każdym meczu - tak dosadnie mówił o wyczerpanych bateriach, to Hansi Flick pozwolił mu usiąść na ławce rezerwowych i odpocząć, a w ataku wystawił 19-letniego Joshuę Zirkzee.

Wejście Roberta Lewandowskiego nic nie zmieniło. Bayern wysoko przegrał

W poprzednim sezonie Bayern zagrał bez Lewandowskiego sześć meczów i wszystkie wygrał. Przeciwko Hoffenheim plan Flicka jednak nie wypalił, bo jego zespół już po 24 minutach przegrywał 0:2. Jeszcze w pierwszej połowie odpowiedział golem Joshuy Kimmicha, ale wyraźnie brakowało mu ognia z przodu, więc Lewandowski już w przerwie zaczął się intensywnie rozgrzewać. W 57. minucie był gotowy do wejścia na boisko. Obok niego, przy linii środkowej, stał Leon Goretzka - kolejny z kluczowych piłkarzy, którzy mieli mieć wolne popołudnie, ale okazali się pilnie potrzebni.

Ich wejście niewiele jednak zmieniło - zawodnicy Bayernu byli wolniejsi od piłkarzy Hoffenheim. Nie dość, że w obronie popełniali proste błędy, to jeszcze mieli problemy z dobrym rozegraniem akcji - może brakowało im Thiago, na pewno brakowało im energii, a i rywal spisywał się znakomicie. W 77. minucie Andrej Kramarić strzelił gola na 3:1, w doliczonym czasie gry z rzutu karnego podwyższył wynik na 4:1, a po drodze nie brakowało szans na kolejne trafienia. Hoffenheim powinien to spotkanie wygrać jeszcze wyżej. Bayern był bezsilny - dosłownie.  

Nie dochodziły podania do Lewandowskiego, skrzydłowym brakowało dynamiki, środkowym pomocnikom opcji rozegrania, a Thomasowi Muellerowi szczęścia, bo chociaż kilka razy był bliski trafienia, ostatecznie piłka nie wpadała do bramki. Lewandowski cofał się do drugiej linii i brał za rozgrywanie - a to najlepiej znany z reprezentacji symptom zniecierpliwienia. Nic dobrego z tego nie wynikało. Gdy już wracał w pole karne, dwa razy wpadał w pułapkę ofsajdową. Bayern był wyraźnie słabszy od swoich rywali, niezależnie od tego, kogo akurat miał na boisku.

Bayernowi przydałaby się szersza kadra

Taki mecz musiał się wreszcie przytrafić piłkarzom Bayernu, bo od czasu wznowienia rozgrywek w maju, grają niemal bez przerwy. Dograli ligę, wygrali Puchar Niemiec, popędzili po Ligę Mistrzów, rozpoczęli następny sezon, zdobyli Superpuchar - wszystko na maksymalnych obrotach. Zadyszka jest więc naturalna, choć dyskusja o wąskiej kadrze Bayernu po tak wysokiej porażce i tak się pojawi. Rozpoczął ją już realizator spotkania z Hoffenheim, który co chwilę zawieszał oko kamery na Hasanie Salihamidziciu, który odpowiada za transfery mistrza Niemiec.