Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Stał się wreszcie Panem Bayernem". Niemcy jeszcze nigdy nie obdarzyli Lewandowskiego takimi pochwałami

To jest piłkarz sezonu - pisze o Robercie Lewandowskim "Sueddeutsche Zeitung". - Piłkarz sezonu - mówi Stefan Effenberg. Wcześniej nie było to takie oczywiste. Ani armaty dla króla strzelców, ani rekordy nie wystarczały Lewandowskiemu, by wygrywać klasyfikację najlepszego w Bundeslidze.

"Napastnicy sami siebie opisują golami i być może to jest w wieku 31 lat najlepszy napastnik Lewandowski, jakiego widzieliśmy" – pisze "Sueddeutsche Zeitung". Być może tak: w wieku 31 lat ma już 31 ligowych goli w tym sezonie, ustanowił swój rekord w Bundeslidze, a jeśli w pozostałych dwóch meczach z Freiburgiem i Wolfsburgiem dołoży jeszcze jakieś bramki, to będzie przekraczał kolejne granice. Jeśli będzie miał 32 gole, będzie najskuteczniejszym strzelcem ligi od 1977 roku. Jeśli uzbiera 35, to na liście piłkarzy, którzy zdobyli najwięcej goli w jednym sezonie Bundesligi, będzie przed nim już tylko Gerd Mueller.

Zobacz wideo Lewandowski uderzony w twarz:

"Pan Bayern". "Więcej niż napastnik". "Stabilny nawet w niestabilnych czasach"

"W szóstym roku w Bayernie stał się wreszcie Panem Bayernem. Uosabia ten ósmy tytuł mistrzowski z rzędu: najwyższy profesjonalizm, totalna identyfikacja i niegasnący głód tytułów" pisze agencja DPA. "Więcej niż napastnik. Stał się piłkarzem zespołowym, po tylu latach. I to jakim. Zmienił styl. Przeciągnął swoją drużynę przez tyle słabszych momentów. Jego gol z Werderem postawił kropkę przy sezonie, który nie przez cały czas był dla Bayernu taki zabawny. Kto miał Bayernowi pomóc w przezwyciężeniu wyczerpania w Bremie jeśli nie środkowy napastnik, który nawet po drobnych naprawach, jak operacja pachwiny czy kontuzja golenia, czy po przerwie na koronawirus, natychmiast wznawia produkcję goli na skalę przemysłową?" – pisze "Sueddeutsche Zeitung" o środowym zwycięstwie 1:0, które przypieczętowało tytuł Bayernu.

"Oczywiście, że mógł tego gola strzelić Goretzka, Kimmich czy Alaba, piłkarze, którzy są symbolami zmian wprowadzonych przez Hansiego Flicka. Ale to wszystko nie byłoby możliwe bez Lewandowskiego. On był piłkarzem sezonu, bez względu na to, kto był trenerem Bayernu. Trafiał w dobrych i złych czasach, był stabilny w najbardziej niestabilnej sytuacji. To, że Bayern jesienią, pod rządami nietolerowanego już Kovaca nie skończył ze stratą nie do odrobienia, zawdzięcza Lewandowskiemu, który w pierwszych jedenastu kolejkach zawsze strzelał. Tego nie zrobił nawet Gerd Mueller". Gdzie nie spojrzeć, deszcz pochwał. Stefan Effenberg też powiedział właśnie, że to Polakowi należy się tytuł najlepszego w Bundeslidze 2019/20.

Tego się nie da wytłumaczyć liczbami. Już prędzej mową ciała

Nie da się tego wytłumaczyć tylko bramkami. Owszem, Lewandowski ma ich wiele, ale przecież miewał już bardzo podobne liczby w poprzednich sezonach. Nie da się też wytłumaczyć asystami – trzy w Bundeslidzie, dwie w Lidze Mistrzów - bo już w niejednym sezonie miał lepsze liczby. Nie można powiedzieć, że właśnie pokazał Bundeslidze, jak pracuje w pressingu, bo pracuje od dawna. Że lubi się cofnąć do rozegrania. Od dawna lubi. Albo, że się dobrze czuje gdy mu się odegra piłkę pod linię boczną, żeby tam mógł zacząć coś zaskakującego dla rywala. Albo, że właśnie zrobił jakiś inny postęp.

Bo - z drobnymi wyjątkami - robi duże postępy co sezon, na tym polega jego siła. O Lewandowskim jako piłkarzu właściwie trudno jest już napisać coś spektakularnie odkrywczego. A jednak w jakimś sensie Niemcy odkryli go na nowo. Dzięki bramkom, asystom, pressingowi, udziałowi w rozegraniu? Wątpliwe. Najważniejsza, tak się wydaje, była tu jednak mowa. Zmiana mowy ciała na boisku, zmiana tonu w wywiadach. Odejście od tego, co się pojawiło w okolicach 2016 roku i zaczęło od drobnych gestów zniechęcenia: wobec sędziego, że znów się pomylił, wobec kolegi, że nie dostrzegł. To był w karierze i życiu Lewandowskiego czas drugiej wielkiej fali zachwytów – pierwsza przyszła po czterech golach z Realem – czas dodającej mu skrzydeł opaski kapitana w kadrze, czas ojcostwa, czas kryzysu we współpracy z wieloletnim menedżerem Cezarym Kucharskim, czas przegranych turniejów z kadrą i półfinałów Ligi Mistrzów z Bayernem, czas niespełnionych ambicji o odejściu do Realu, czas wielkiego zbliżenia do podium plebiscytu "France Football" za 2015, a potem odkrywanie, jak jest daleko do tego podium.

Lato 2018 punktem zwrotnym. "Stare obrazki z machaniem rękami można już zapomnieć"

Dużo tego się zebrało i widać dziś, że nie dało się przez to przejść, nie płacąc ceny. A ceną było ochłodzenie wizerunku. U kibiców Bayernu, którzy mieli już dość sagi o odchodzeniu i skarg, że koledzy nie podawali. U niemieckich dziennikarzy, którzy poczuli się dotknięci, że Robert przestał w pewnym momencie z nimi rozmawiać. U niemieckich ekspertów, z Dietmarem Hamannem na czele. Nawet sędziowie już się przyzwyczaili, że trzeba na Polaka uważać, bo lubi sam posędziować i dodać coś od siebie. Można powiedzieć: typowa burza hormonów, którą musi przejść każdy piłkarz, gdy leci tak ostro w górę. Ale jednak: trzeba było ją kiedyś przejść. Od lata 2018, czyli od rozliczeń po przegranym mundialu, od oczyszczających rozmów z szefami Bayernu po nieudanym odejściu, od wywiadu dla "Sport Bilda", którym Robert kończył ignorowanie niemieckich mediów, od przyjścia Niko Kovaca, który całkiem dobrze rozterki Polaka zdiagnozował i wprowadził go do rady drużyny, to wszystko zaczęło odchodzić w przeszłość.

"Stare obrazki naprawdę można już zapomnieć: Lewandowskiego machającego rękami (…). Lewandowskiego wymieniającego spojrzenia z Robbenem, Lewandowskiego, który chyba uważa, że Bayern jest poniżej jego wartości" – pisze dziś "Sueddeutsche Zeitung". Lewandowski był właśnie na okładce "France Football" z wielkim wywiadem, po którym został przez autora oceniony jako znakomity, cierpliwy rozmówca. Wcześniej był pierwszy raz na gali Złotej Piłki, choć wiedział, że nie będzie tam mieć niczego do odebrania. I może nic tak dobrze jak plebiscytowe migawki nie pokazuje różnicy między obecnym Robertem Lewandowskim a tym z czasów burzy: tu zdjęcia z czerwonych dywanów na gali w Paryżu, tam screeny wpisu z jego oficjalnego konta na Twitterze, że Złota Piłka 2016 to "le cabaret". A to globalne ocieplenie wizerunku w następnym plebiscycie też raczej nie zaszkodzi.

Robert Lewandowski musiał się trochę  zmienić. Ale niemieckie media też

Czy w samej grze Polaka też zaszła aż tak wielka zmiana? "Lewandowski już rękami nie macha, tylko pracuje. Już nie jest solistą, który czeka na dogranie, a zresztą interesu nie chce mieć nic wspólnego. Teraz sam się wziął za prowadzenie całego interesu" – pisze "Sueddeutsche Zeitung", ale akurat z tym zgodzić się nie sposób, od uproszczeń aż zęby bolą. Jeśli Lewandowski był kiedykolwiek czekającym na dogranie solistą, to może u schyłkowego Carlo Ancelottiego. I nie dlatego że Polak chciał, tylko że Bayern zamienił się w FC Laga i próbował trafić w niego piłką z daleka. Czekający soliści nie kwitną u Pepa Guardioli, tylko gasną, a Lewandowski kwitł. Inaczej też się gra, gdy trzeba dzielić zadania w ataku z kimś tak dobrym i tak pazernym na własne gole jak Arjen Robben, a inaczej bez Robbena. Inaczej, gdy ktoś wreszcie zaufa ci na tyle, że masz szansę założyć opaskę kapitana Bayernu. I wreszcie: inaczej, gdy niemieckie media wreszcie doceniają cię bez żadnego "ale".

Robert Lewandowski, do tego sezonu czterokrotny król strzelców Bundesligi, najwyżej notowany piłkarz Bundesligi w Złotej Piłce 2015, 2017, 2019 ani razu nie wygrał jeszcze klasyfikacji „Kickera” na najlepszego piłkarza ligi. To się może wreszcie stać w tym sezonie. Na dwie kolejki przed końcem Polak prowadzi z najlepszą średnią not, przed bramkarzem Bayeru Leverkusen Lukasem Hradeckym i przed Thomasem Muellerem. Średnią ma dużo lepszą od Hradecky’ego: 2,47, a bramkarz 2,75. Ma też największą liczbę nominacji do jedenastki kolejki, aż osiem. Następni na liście Mats Hummels z Borussii Dortmund i Alassane Plea z Borussii Moenchengladbach mają po sześć.

Oczywiście, plebiscyt "Kickera" jest specyficzny, premiuje najbardziej regularnych, daje duży bonus wyróżniającym się bramkarzom. W przypadku Lewandowskiego żadnych bonusów do tej pory nie było. Rok temu nawet nie było go w czołowej trzydziestce ligi, ani nawet w czołowej trójce piłkarzy Bayernu: wyprzedzili go w „Kickerze” Kingsley Coman, Thiago i Serge Gnabry. W 2018 i 2017 był czwarty. W 2014, roku pierwszego tytułu króla strzelców: dziesiąty. W 2013, roku niemieckiego finału LM, był 16., tuż przed Kubą Błaszczykowskim. W 2012, po swoim pierwszym w pełni udanym sezonie Bundesligi, trzynasty, tuż za Łukaszem Piszczkiem i kilka miejsc za Błaszczykowskim. Ten jedyny raz gdy skończył sezon not w "Kickerze" na podium, to był 2016 - rok przełomu u Pepa Guardioli. Przegrał wtedy tylko z Henrikiem Mchitarjanem.

Dziesięć lat w Bundeslidze, ponad 230 goli, osiem mistrzostw, teraz piąty tytuł króla strzelców, jedno podium w "Kickerze" i teraz wreszcie szansa na zwycięstwo. To już chyba łatwiej było zostać Panem Bayernem.

Przeczytaj też: