Robert Lewandowski pobił życiowy rekord! Polak jak piłkarz z logo Bundesligi

Bayern Monachium ma 30. tytuł mistrzowski, a Robert Lewandowski 31. gola w tym sezonie. Tylu nie strzelił jeszcze nigdy, ale ważniejsze było to, że w meczu z Werderem Brema więcej goli nie padło. Jego trafienie zapewniło więc Bayernowi mistrzostwo.

Miała to być formalność. Przedostatni w tabeli Werder Brema przyjmował u siebie rozpędzony Bayern dodatkowo wzmocniony wracającym po jednomeczowym zawieszeniu Robertem Lewandowskim. Polak, w spotkaniu z drugą najgorszą defensywą w Bundeslidze, miał jeszcze poprawić strzeleckie statystyki i poprowadzić Bayern do ósmego tytułu mistrzowskiego z rzędu. Ostatecznie się udało, ale łatwo i przyjemnie nie było. Zespół Hensiego Flicka długo bił głową w mur, a spotkanie kończył w dziesiątkę. Mistrzostwo dał nie tylko gol Lewandowskiego, ale i parada Manuela Neuera. 

Zobacz wideo Bundesliga. "Der Klassiker". Borussia Dortmund - Bayern Monachium 0:1. Gol Kimmicha [ELEVEN SPORTS]

Robert Lewandowski jak piłkarz z logo Bundesligi

Właściwie od początku wszystko było jak zwykle: sporo podań między rozgrywającymi Bayernu, ruchliwi skrzydłowi, wszyscy piłkarze na połowie Werderu i Robert Lewandowski z Thomasem Muellerem tak blisko siebie, jakby tańczyli poloneza w pierwszej parze. Średnie pozycje zawodników wyciągnięte przez realizatora już po kwadransie pokazały, jakiego meczu się spodziewać. Ale piłka do bramki długo nie wpadała i zanim Bayern naprawdę ustawił sobie rywala, minęło kilkadziesiąt minut. Obrońcy Werderu zgadzali się bowiem na to zepchnięcie w pole karne. Tam grali twardo i agresywnie. Tuż przed sobą mieli pomocników, którzy robili wszystko, żeby utrudnić monachijczykom swobodne rozgrywanie piłki. Droga do bramki była więc zamknięta na dwa spusty.

Robert Lewandowski pozostawał odcięty od podań. Był poza grą. Bayern atakował, trafiał w poprzeczkę, ale wszystko działo się obok niego. Dopiero czwarte podanie do Polaka okazało się skuteczne. Pierwsze dwa były zdecydowanie za mocne. Kolejne już teoretycznie bliższe celu, ale gdy tylko piłka odbijała się od mokrej trawy, stała się nie do dogonienia. Aż w końcu Polak dostał podanie w pole karne za linię obrony. Przyjął ją w efektowny sposób - w powietrzu, wyciągniętą do przodu prawą nogą - jak piłkarz uchwycony na logo Bundesligi. Ale wracający za Lewandowskim Theodor Gebre Selassie wyhamował przedramieniem na jego twarzy. Polak był na deskach, ale że wcześniej piłka nieco mu odskoczyła, a cios Czecha nie był celowy, sędzia kazał grać dalej.

W 43. minucie wreszcie wszystko się zgrało: podanie Jerome’a Boatenga było idealne. Wbiegnięcie Lewandowskiego perfekcyjne, w tempo. Przyjęcie klatką piersiową, uderzenie z półobrotu i gol. Rekordowy - 31. w tym sezonie, pierwszy w tym meczu. Dla Bayernu - przyklepujący mistrzostwo. Dla Werderu - najgorszy z możliwych: do szatni, burzący całą strategię na ten mecz.

Lewandowski i Neuer przyklepują mistrzostwo. Taka tradycja

Gospodarze w przerwie nie wymyślili niczego nowego. Bayern na to nie pozwalał, dominował  jeszcze wyraźniej. Dłużej utrzymywał się przy piłce, stwarzał więcej okazji bramkowych, a Werder już tak kąśliwie nie odpowiadał. Nie miał stałych fragmentów gry, po których przeciwnicy Bayernu zawsze wiele sobie obiecują.

Po zmianie stron zadziałała współpraca Muellera z Lewandowskim. Pozostali w swoich rolach: najlepszy asystent tego sezonu podawał wzdłuż bramki, a najlepszy strzelec krzyżakiem wpakował piłkę do bramki przy bliższym słupku. Już kiedyś strzelił takiego gola Werderowi, jeszcze dawniej - w barwach Lecha Poznań - pokonywał tak bramkarza GKS-u Bełchatów. Ale sędzia boczny podniósł chorągiewkę, bo na spalonym był Mueller. Pozbawił tego meczu ozdoby.

Innej już nie było. Po drodze Alphonso Davies dostał drugą żółtą kartkę, Neuer musiał ratować spanikowany w końcówce zespół, ale zwycięstwo zostało dowiezione. Bayern wygrał 1:0 i zdobył 30. mistrzostwo Niemiec w historii. Piłkarze zeszli z boiska mokrzy i szczęśliwi - jak zawsze po mistrzostwie. Tyle że nie od piwa, jak każe tradycja, a od wciąż rzęsiście padającego deszczu. Takie czasy. Przepisy bezpieczeństwa ponad wszelką tradycją. Z jednym wyjątkiem - na końcu tradycyjnie cieszy się Bayern. 

Więcej o: