Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Tomasz Wałdoch trenował zwycięzcę Ligi Mistrzów. "Nigdy bym się nie spodziewał, że zrobi taką karierę"

Tomasz Wałdoch grając w Schalke tylko raz przegrał w derbach z Borussią Dortmund. Był na boisku, gdy Schalke odnosiło najwspanialsze zwycięstwo i zapamiętał przytłaczającą ciszę wielkiego stadionu BVB. Poznał tę rywalizację jak mało kto. Od kilku lat pracuje z młodymi zawodnikami. Opowiada nam o początkach Leroya Sane, Juliana Draxlera i Joela Matipa.

Dawid Szymczak: Kibice mówią, że to najważniejszy mecz, dziennikarze piszą "matka wszystkich derbów". A jak do tego podchodzą piłkarze? 

Tomasz Wałdoch: Jeżeli jest się piłkarzem Schalke lub Borussii, to zna się historię i tradycję tych spotkań. Zawsze pojawia się dreszczyk emocji. Do tego meczu odlicza się dni. Media pomagają budować napięcie. W tygodniu poprzedzającym to spotkanie kibice odwiedzają drużynę na treningach i dodatkowo motywują. Na ostatni trening przychodzą ultrasi z racami i pieśnią na ustach. Chcą zapewnić taki ostatni bodziec motywacyjny. 

Zobacz wideo Bundesliga wraca do gry. "Pierwsze mecze nie będą wyglądały najlepiej"

Wiele jest legend, skąd się wzięła ta wrogość między klubami…

- Przerwę. Nie zgodzę się ze słowem "wrogość". Oczywiście, to jest rywalizacja, są dodatkowe emocje, ale nie wrogość. Ja tego tak nie postrzegam. Kibice normalnie ze sobą żyją, chodzą razem do pracy, mieszają się w mieście, rozmawiają o tym, co się działo na boisku. Rywalizacja sięga nawet tego, kto ma więcej stałych członków klubu kibica. Schalke i Borussia mają bodajże po ponad 150 tysięcy takich członków i różnice zawsze były niewielkie. Raz więcej miało Schalke, raz Dortmund.

Według mnie czuć wrogość, gdy kibice Schalke wywieszają transparent "Wolność dla Siergieja W.", czyli człowieka, który był odpowiedziany za atak na autokar Borussii. Albo, gdy były piłkarz Borussii, Kevin Grosskreutz mówi, że oddałby syna do domu dziecka, jeśli kibicowałby Schalke. Mnóstwo jest takich historii.

- Rzeczywiście, doszło do takich sytuacji, ale mówimy o garstce ludzi. Nie możemy tego przerzucić na wszystkich kibiców. Oni tak tego meczu nie postrzegają. Większość piłkarzy też - my na boisku się znaliśmy, niektórzy byli bliskimi kolegami, spotykali się na zgrupowaniach reprezentacji i dobrze dogadywali. Była rywalizacja na boisku, każdy chciał wygrać, mieć satysfakcję i dać ją kibicom, bo to najważniejszy mecz w sezonie. Ale nie każdy jest jak Kevin Grosskreutz, który tak do tego podchodził. A może tylko podkręcał atmosferę? Nie znam go osobiście, więc nie wiem, jaki jest naprawdę. Wiele razy tak było, że zawodnicy dodatkowo się nakręcali przed meczem podobnymi wypowiedziami. I zawsze działało to w dwie strony. Jakiś rywal tak się wypowiedział, a później my w szatni o tym dyskutowaliśmy i jeszcze się tym dodatkowo motywowaliśmy.

Zastanawiałem się właśnie, ile zostanie z tej otoczki, gdy stadion będzie pusty.

- Sam się zastanawiam. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem, bo nawet na mecze sparingowe zawsze przychodziło parę osób. A tutaj ten ogromny stadion będzie puściutki. Atmosfery nie będzie, dopingu nie będzie, a to jednak wciąż będą derby. Po meczu pewnie piłkarze opowiedzą, jak im się grało. Chętnie posłucham.

Da się w czasie pandemii wyczuć, że atmosfera w mieście powoli gęstnieje?

- To widać przede wszystkim w telewizji. Bardzo dużo mówi się o tym meczu, przypomina najważniejsze wyniki, pokazuje reportaże czy różne sytuacje. Wypowiadają się byli zawodnicy. Ale media skupiają się przede wszystkim na tym, że Bundesliga wraca jako pierwsza w Europie i teraz wszystkie oczy będą zwrócone na nią. W mieście kibiców kręci się oczywiście mniej, ja też niewiele mogę zobaczyć, wyskakując tylko szybko do sklepu. Ale rzeczywiście akurat dzisiaj zwróciłem uwagę, że pojawia się coraz więcej kibiców w koszulkach Schalke albo Borussii. Więcej ludzi zakłada czapeczki z herbami czy szaliki.

Pana najlepsze wspomnienie z derbów to ta wygrana 4:0 w Dortmundzie?

- Nie da się ukryć. Dla Borussii przegrać u siebie czterema bramkami było czymś upokarzającym. W ogóle bilans przeciwko Borussii już od czasów Bochum mam całkiem dobry. W jednym z meczów strzeliłem nawet gola i wygraliśmy 1:0, więc to też bardzo miłe wspomnienie. Ale jednak to 4:0 wygrywa. Tego meczu nie zapomnę. Po czwartym golu stadion zastygł. Osiemdziesiąt tysięcy kibiców zamilkło. Coś niesamowitego. Przytłaczająca cisza. No i ta radość po meczu z naszymi kibicami... Coś pięknego.

A tę jedyną porażkę w derbach pan pamięta? 

- Oczywiście, że takie mecze też się pamięta. Mniej chętnie się o nich opowiada. 

Zdobył pan wtedy bramkę, więc jakiś pozytyw był.

- W jeszcze jednym spotkaniu byłem blisko gola. Jakby wtedy był system VAR, to pewnie by go zaliczyli. W tamtym spotkaniu rzeczywiście zdobyłem bramkę, ale przegraliśmy. Cóż, taka piłka. Wszystko trzeba przeżyć. Oni cierpieli po 0:4, my po 1:2 w Gelsenkirchen. 

Porażka w takim meczu boli dłużej? W szatni lecą łzy?

- Płaczu nie było, bo wszyscy byliśmy profesjonalistami. Przegrywasz i już nic nie możesz zmienić. Boli na pewno.

A jak pan obejrzy ten nadchodzący mecz? Okiem kibica czy okiem trenera?

- Jednym okiem kibica, drugim trenera. Wiadomo, że jestem kibicem Schalke i podczas tych meczów odczuwam emocje, ale zawsze zwracam też uwagę na to, co przygotowali trenerzy. Jakim systemem wychodzą, gdzie będą zakładali pressing, gdzie ustawią defensywę. Spoglądam analitycznie, bo to może się przydać do mojej pracy.  

Bundesliga, dzięki tym derbom, będzie miała mocne otwarcie. Pańskim zdaniem plan wypali i uda się ten sezon dograć?

- Potrzebowałbym szklanej kuli, żeby to stwierdzić. Obawa jest na pewno. Jako kibic cieszę się, że Bundesliga wraca, ale patrząc nieco z perspektywy - też zastanawiam się, czy nie jest za wcześnie. Wszystkim klubom zależało na tym, żeby wrócić, bo potrzebne są pieniądze od sponsorów czy z praw telewizyjnych. Na pewno kluby też mają obawy. Sytuacja nie będzie normalna, bo chociażby rezerwowi i trenerzy będą przez cały czas w maseczkach. Potrzebna będzie ostrożność, ale liczę, że wszystko się uda. Również, że kibice wysłuchają tych wszystkich apeli, pozostaną w domach i nie będą się spotykać pod stadionami.

Przygotowania pierwszej drużyny do startu Bundesligi dotknęły też rezerw, w których pan pracuje? 

- Tak, dwóch zawodników dołączyło do pierwszego zespołu i razem z nim trenuje, żeby stanowić alternatywę na wypadek jakiejś kontuzji lub zakażenia któregoś z podstawowych piłkarzy. Piłkarze są skoszarowani w hotelu położonym bardzo blisko naszego ośrodka treningowego. Na treningi wychodzą przebrani, później wracają i myją się już w swoich pokojach. Wszelkie procedury bezpieczeństwa są zachowane, kontaktu ze światem zewnętrznym właściwie nie mają. Musi to tak wyglądać. Natomiast reszta naszych zawodników od dwóch miesięcy dostaje rozpiskę indywidualnych treningów do wykonania w domu i widzimy się z nimi tylko na wideo czatach. Nie spotykamy się, żeby unikać zagrożenia. Oni muszą być zdrowi, gdyby musieli uzupełnić kadrę pierwszej drużyny.

Trenował pan już dzieci, później coraz starszych juniorów, dzisiaj pracuje pan z dorosłymi piłkarzami z drugiego zespołu. Czuje pan, że przybliża się do spełnienia marzenia o poprowadzeniu pierwszej drużyny?

- Każdy może mieć marzenia. Kiedyś marzyłem, żeby zagrać w Realu Madryt lub Barcelonie, ale się nie udało. Schalke to mój zespół. Tutaj grałem, teraz tutaj pracuję, realizuję się w drugiej drużynie. Ale marzenie mam, pewnie. Obserwuję przecież ten pierwszy zespół na co dzień, widzę zmieniających się trenerów. Nie zastanawiam się jednak, czy to marzenie się oddala, czy przybliża. Jestem coraz bardziej doświadczony, widzę, jaka jest tendencja w zatrudnianiu trenerów. W futbolu wiele może się zmienić z dnia na dzień. Cieszę się z tego, co mam teraz. Pracuję z młodymi zawodnikami, którym też bardzo odpowiada, że trenują ich byli piłkarze. My sami doświadczyliśmy gry w piłkę, byliśmy w Bundeslidze, a teraz możemy im to wszystko przekazać. Jestem zdrowy, więc pewne rzeczy pokazuję, prezentuję, wykonuję niektóre ćwiczenia razem z nimi. Obserwuję ich rozwój i to daje mi satysfakcję. Nie narzucam sobie, że w ciągu trzech lat muszę poprowadzić zespół w Bundeslidze. A tym bardziej Schalke.

Łatwiej pewnie wejść do Ekstraklasy. Jak pan się zapatruje na pracę w Polsce?

- Ciężko będzie mnie wyciągnąć z Schalke, bo czuję się tutaj świetnie, rodzina też. Nie wiem, co musiałoby nastąpić, żeby klub z Ekstraklasy mnie skusił. Tutaj mam bezterminową umowę i bardzo ją szanuję. Cieszę się z tego, co robię. Nie muszę spełniać swoich ambicji, które miałem dwanaście czy trzynaście lat temu. Ten czas jest już za mną. 

Pracował pan z kilkoma znakomitymi piłkarzami. Pojawiła się już w akademii kolejna perełka na miarę Juliana Draxlera czy Leroya Sane?

- Trzeba być bardzo ostrożnym w takich prognozach. Nigdy bym się nie spodziewał, że taką karierę zrobi choćby Joel Matip, który był u nas w drużynie U-17, a w zeszłym sezonie zdobył z Liverpoolem Ligę Mistrzów. Z kolei po Draxlerze, Sane czy Meyerze od razu było widać, że mają wielkie talenty i mogą zajść daleko. Wciąż mamy w akademii bardzo dobrych zawodników. Z każdego, który dochodzi do pierwszego zespołu, jesteśmy zadowoleni i dumni, ale dzisiaj nie ma sensu strzelać i rzucać nazwiskami, którzy to będą.

Kilka lat temu pomagał pan ściągać Arkadiusza Milika do Górnika Zabrze, a niedawno pojawiły się plotki, że mógłby trafić do Schalke. Z czasem przycichły. Coś rzeczywiście było na rzeczy? Klub próbował jakoś pana w tę sprawę zaangażować?

- Nie wiem, czy to była prawda. Sam jestem ciekawy. Nic mi na ten temat nie wiadomo, nikt ze mną na ten temat nie rozmawiał. A szkoda, bo cieszyłbym się z kolejnego Polaka w Schalke.