Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Red Bull buduje imperium. Chce zawstydzić Manchester City i jego grupę

Meczem z SC Freiburg zespół RB Lipsk rozpocznie walkę o dogonienie Bayernu Monachium w ligowej tabeli. Jeden z najlepiej rozwijających się klubów w Europie chce wreszcie odebrać Bawarczykom to, czego odebrać nie zdołał im nikt od siedmiu lat. Poza sukcesem sportowym, byłby to ogromny sukces marketingowy i finansowy. Idealny na uczczenie 15-lecia działalności firmy Red Bull w piłce nożnej.

Pięć punktów – tyle wynosi aktualnie strata RB Lipsk do pierwszego w tabeli Bundesligi Bayernu. Jeden z najprężniej rozwijających się klubów w Europie marzy o tym, by wyrwać Bawarczykom trofeum, które od siedmiu lat co 12 miesięcy wędruje do Monachium. Poza ambicjami sportowymi, zdobycie mistrzostwa Niemiec byłoby idealnym uczczeniem 15-lecia działalności Red Bulla w piłce nożnej. Działalności, która daje niezwykłe efekty, a wciąż jest jeszcze na początku swojej drogi.

Zobacz wideo Bundesliga wraca do gry. "Pierwsze mecze nie będą wyglądały najlepiej"

Sportowa inteligencja

Ta droga rozpoczęła się wspomniane 15 lat temu, w 2005 roku w Austrii. Wówczas Red Bull, który już wtedy znany był z inwestowania w różne, zazwyczaj ekstremalne dyscypliny sportu, kupił pierwszy klub piłkarski. Wybór padł na Austrię Salzburg. Mimo kibicowskich protestów, przedsiębiorstwo Dietricha Mateschitza weszło do Salzburga jak do siebie. Błyskawicznie porzuciło fioletowo-białe barwy, odziewając piłkarzy w biało-czerwono-żółte trykoty, z herbem przedstawiającym dwa byki. Takie same, jakie możemy zobaczyć na każdej puszcze najsłynniejszego napoju energetycznego na świecie.

Ojczyzna Mateschitza, podobnie jak w przypadku rozwoju jego przedsiębiorstwa, miała być tylko pierwszym przystankiem. O ile na wyjście napoju energetycznego na rynki zagraniczne trzeba było poczekać kilka lat, w przypadku futbolu potężne przedsiębiorstwo tak długo nie czekało. Bo już zaledwie po 12 miesiącach kupiło kolejny zespół sportowy. Tym razem wybór padł na New York MetroStars, które stało się New York Red Bulls. W Stanach Zjednoczonych, gdzie kibicowskie zwyczaje są nieco inne, bardziej uzależnione od marketingu, w którym ludzie Mateschitza są niemal perfekcyjni, protestów tak dużych nie było. Nie było ich niemal wcale. Zamiast tego był szał i ciekawość. Na pierwszym meczu zespołu z Nowego Jorku pod nowym szyldem  pojawiło się 36 tys. osób. Jak na amerykański „soccer”, całkiem nieźle. – Pierwszy mecz był marketingowym majstersztykiem. Shakira śpiewała hymn, Wyclef Jean (muzyk i producent filmowy) prowadził tzw. half-time show (w prostym tłumaczeniu, studio w przerwie meczu, ale robione z prawdziwą pompą). Ambasadorem spotkania był Pele. - To był właśnie Red Bull. Kiedy jego ludzie już coś robią, robią to tak, jak trzeba - opowiadał jakiś czas temu Andrew Sparkes, trener bramkarzy Southampton, który wcześniej pracował w akademiach Red Bulla w Salzburgu i właśnie Nowym Jorku.

Red Bull w tamtym czasie marketingowo był mistrzem. Ale nie było tak, że podchodził do pozyskiwania klubów na zasadzie „zmieniamy szyld i jedziemy dalej”. Do klubu wnosił ogromne pieniądze, ale także ogromną wiedzę. Bo – jak pisał James Ayles z „Daily Mail” – „Dla Red Bulla sportowe imperium nie opiera się tylko na pieniądzach, ale także na sportowej inteligencji”.

I ta sportowa inteligencja w kilku pierwszych latach działalności w Austrii i Stanach Zjednoczonych przyniosła mnóstwo sukcesów (do dziś Salzburg ma na koncie 10 mistrzostw Austrii, a NY Red Bulls stali się jednym z najlepszych klubów w USA).

Klejnot koronny

Na tym Red Bull się jednak nie zatrzymał, bo od początku jego głównym celem było wejście na niemiecki rynek piłkarski. A to łatwe nie było. Wystarczy powiedzieć, że pierwszy raz od ściany odbił się w 2006 roku. Wówczas przedsiębiorstwo chciało wykupić klub z Lipska, ale nie zgodziła się na to niemiecka federacja. Rozważano więc wykupienie licencji HSV, St. Pauli czy Fortuny Duesseldorf, ale Red Bull chciał w Niemczech zbudować coś od nowa, jednocześnie nie zaczynając od zera. Nie miał jednak innego wyjścia.

Dążąc do niemieckiej ekspansji, firma w 2007 roku kupiła jeszcze klub w Brazylii, tworząc tym samym Red Bull Brasil. Cel wciąż miała jednak inny – mieć swój klub w Bundeslidze. Aby obejść nieprzychylne zasady DFB (niemiecki związek piłki nożnej) wymyślono więc inny sposób – RB wykupił klub z 5. Ligi, SSV Markranstadt, z siedzibą położoną zaledwie 13 km od Lipska. Firma nie była jednak zainteresowana nim, a jego licencją, która - ze względu na niską ligę - nie zależała bezpośrednio od federacji. I tak Markranstadt przekształcił się w RB Lipsk, rozpoczynając drogę do ekstraklasy. Przepisy prawa wciąż uniemożliwiały jednak używanie nazwy Red Bull, jako nazwy klubu, dlatego wymyślono, że używany będzie skrót tej nazwy – RB. Piłkarsko rozwijany jako RasenBallsport.

Droga z Oberligi Sud do Bundesligi trwała 7 lat. W 2016 roku RB po raz pierwszy pojawił się w najwyższej klasie rozgrywkowej, budząc ogromne kontrowersje – finansowanie małego klubu, który jeszcze kilka lat wcześniej tak naprawdę nie istniał, nie budziło sympatii u kibiców rywali. Zresztą nie tylko u kibiców. „Berliner Kurier” nazywał RB zespołem sprzedawców puszek, a szefowie innych klubów patrzyli z pogardą na to, jak budowana jest drużyna z Lipska. Choć może to nie była do końca pogarda, a coś, co miało sprawiać jej pozory, naprawdę będąc zwykłą zazdrością. Red Bull, mając ogromne zasoby finansowe, nie budował bowiem sukcesu galaktycznymi transferami. Budował je wychowywaniem talentów i płynnością pracowników. Idealnym przykładem tej płynności jest trener Jesse Marsch, który najpierw pracował w roli trenera w NY Red Bulls, później był asystentem w RB Lipsk, a obecnie prowadzi RB Salzburg. Taką drogę przebył zresztą nie tylko on, ale wielu pracowników, od trenerów drużyn młodzieżowych, przez marketingowców, po osoby odpowiedzialne za finanse klubów.

Szkoła trenerów

Bo Red Bull w ogóle słynie z seryjnej „produkcji” trenerów. Marsch to tylko jeden przykład, ale redbullowska fabryka dała już światu znacznie więcej utalentowanych trenerów. Marco Rose do Borussii Moenchengladbach, z którą obecnie zajmuje 4. miejsce w tabeli Bundesligi, trafił po dwóch znakomitych sezonach w RB Salzburg. Również w Salzburgu uczył się i rozwijał Oliver Glasner, obecny trener Wolfsburga. Adi Huetter (Eintracht Frankfurt) i Achim Beierlorzer (FC Koeln) to kolejne przykłady. Mało kto już pamięta, że nawet Niko Kovac, to trenerski efekt akademii Red Bulla - najpierw szkolił on bowiem juniorów w RB Salzburg, a później był asystentem trenera w pierwszym zespole.

Właściwie tylko raz Red Bull złamał zasadę wyciągania trenerów znikąd i pokazywania ich światu. Zrobił to w lipcu 2019 roku, gdy zatrudnił rewelacyjnego Juliana Nagelsmanna. 32-latek już wtedy uważany był za trenerską perłę w Niemczech, choć z pewnością na pracy w Red Bullu skorzysta. Firma musiała mu zresztą rozrysować całkiem niezły plan rozwoju, skoro wolał on Lipsk od Bayernu Monachium który także widział go w roli trenera.

Red Bull znajduje trenerskie diamenty i znajdować je będzie pewnie przez cały czas. Jego kluby są jednymi z nielicznych na świecie, które tak mocno naciskają na kursy i szkolenia. Właściwie każdy może się zapisać na kurs. Red Bull zbiera chętnych, a potem wyławia z nich tych najbardziej utalentowanych, rzucając ich do pracy w przeróżnych miejscach i szczeblach klubu. Ci, którzy poradzą sobie najlepiej, później dostaną prawdziwą szansę.

Farma talentów

Red Bull opracował niezwykły system pozyskiwania i wymiany informacji. Poza know-how swoich pracowników, często zaprasza trenerów i specjalistów z różnych kontynentów, a ci specjaliści uczą później klubowych pracowników podejścia do piłkarzy z różnych regionów świata, ich wymagań treningowych czy cech psychologicznych. To wszystko przekłada się na wychowywanie nie tylko wspomnianych wyżej trenerów, ale także znakomitych piłkarzy, którzy najpierw pomagają klubom Red Bulla osiągać dobre wyniki sportowe, a później generują ogromne zyski finansowe. Valentino Lazaro, Bernardo, Naby Keita, Sadio Mane, Joshua Kimmich czy Erling Braut Haaland to tylko niektórzy z nich. W kolejce czekają następni, tacy jak Dayot Upamecano czy Timo Werner, o których już teraz walczy pół Europy.

Red Bull zbudował farmę talentów, sprawnie przerzucając je między swoimi klubami. Nie tylko tymi najbardziej znanymi. W Austrii, gdzie Salzburg uważany jest za pierwszy przystanek „redbullowej” kariery, firma ma teraz jeszcze jeden klub, FC Liefering, który jest traktowany jako zaplecze i przedsionek poważnego futbolu. Tam przesiewa się talenty, które później mogą awansować do RB Salzburg, a następnie mogą iść już w świat (jak Haaland) czy przeskoczyć o jeszcze jeden poziom, do Lipska. - Niektórzy ludzie ich nienawidzą, bo są mądrzy i działają z długoterminową wizją, traktując swoje kluby jako marketingowe ramię firmy - o szefach Red Bulla w rozmowie z portalem Copa90 powiedział dziennikarz i autor kilku książek, Raphael Honigstein.

Lepszy niż City Football Group

Red Bull na rynku ma jednego poważnego konkurenta - City Football Group. CFG, w przeciwieństwie do Red Bulla, jest finansowane z państwowych pieniędzy, przekazywanych głównie przez Abu Dhabi United Group, którą rządzi Mansour bin Zayed Al Nahyan, członek rodziny królewskiej Zjednoczonych Emiratów Arabskich. I te pieniądze grają w CFG główną rolę.

Holding przez ostatnie lata nie zgromadził zbyt dużego zaplecza wiedzy, opierając się na pompowaniu fortun w swoje kluby, głównie Manchester City. Na jego wzmocnienia w trakcie 12 lat (oficjalnie Mansour rządzi Manchesterem od września 2008 roku) wydano ponad miliard euro. W tym samym czasie wszystkie kluby należące do Red Bulla wydały niecałe 500 mln euro. Sam Lipsk 334, Salzburg 127.

Obydwa kluby dzieli zresztą nie tylko podejście do pozyskiwania nowych graczy. Dzieli też podejście do trenerów. Podczas gdy Red Bull wychowuje sobie ich sam, dając w dodatku szanse tym, którzy pochodzą z kraju danego klubu (Marsch i NY Red Bulls, Rose i RB Salzburg, Nagelsmann i RB Lipsk), City woli zatrudniać uznane marki. Od początku władzy szejków, Manchester prowadzili już Mark Hughes, Roberto Mancini, Manuel Pellegrini i Pep Guradiola. O ile podczas pierwszych 125 lat istnienia klubu, w City nie było żadnego trenera spoza Wielkiej Brytanii, to pod rządami CFG są tylko tacy.

Multisportowy Red Bull

Inną różnicą jest fakt, że o CFG nie słyszał prawie nikt, kto nie interesuje się mocno piłką nożną. O Red Bullu słyszeli natomiast prawie wszyscy. Bo Red Bull to nie tylko piłka nożna. To nawet nie tylko słynne napoje energetyczne. To także inwestowanie, od wielu lat, w mnóstwo dyscyplin sportu. Ich lista jest bardzo długa:

  • Red Bull Racing (F1, właściciel)
  • Team Peugeot-Hansen (Rallycross, sponsor)
  • EKS Audi Sport (Rallycross, sponsor)
  • Red Bull KTM Factory Racing (Moto GP)
  • Red Bull KTM Tech 3 (Moto GP2/Moto2)
  • EHC Red Bull Monachium (Hokej)
  • Red Bull Extreme Sailling Team (Żeglarstwo)
  • Red Bull Skate Team (Skateboarding)
  • Red Bull Surfing Team (Surfing)

Do tego dochodzi bardzo widowiskowa, napakowana adrenaliną i emocjami nisza, czyli sporty ekstremalne.

Podobieństwo do rywala?

Do wspomnianego wcześniej CFG podobieństw Red Bulla mimo wszystko da się jednak kilka znaleźć. To przede wszystkim podobne brandowanie wszystkiego, do czego nabyło się prawa. Poza wydarzeniami, obydwie firmy robią tak ze swoimi klubami. Herby RB Lipsk, RB Salzburg, RB Brasil czy New York Red Bulls są niemal identyczne. Stroje także.

I podobnie jest w City Football Group. Zespoły, których holding jest właścicielem (Manchester City, New York City, Melbourne City, Yokohama Marinos, Montevideo City Torque) mają bliźniaczo podobne herby i barwy. Wyjątkiem jest hiszpańska Girona, w której CFG posiada 44 proc. udziałów. Można się jednak spodziewać, że jeśli zespół Josepa Lluisa Martiego wróci do Primera Division, CFG poszerzy pakiet udziałów i będzie dążyć do zmiany nazwy i barw. To jednak Manchester City jest w całym projekcie City Football Group najważniejszy.

Dla Red Bulla najważniejszy jest natomiast Lipsk, to klejnot koronny w kolekcji jego klubów, dający największe nadzieje sportowe. I przy okazji marketingowe.

Przeczytaj także:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .

Więcej o: