Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Dlaczego taki porządny Hopp, właściciel Hoffenheim, stał się wrogiem kibiców Bundesligi?

Paweł Wilkowicz
Jak to jest, że Dietmar Hopp za obsypywanie pieniędzmi szpitali dostaje ordery, a za sypanie pieniędzy do futbolu jest wyzywany na stadionach? I dlaczego przerywanie meczów w Bundeslidze w obronie czci Hoppa spotkało się z większym aplauzem za granicą niż w Niemczech?

Dietmar Hopp, witany na niemieckich stadionach transparentami: "sukinsyn"!, najbardziej lubi słowo: mecenas. Der Mäzen. Nie inwestor, nie przedsiębiorca, tylko właśnie mecenas. Od kiedy w 1988 informatyczna firma SAP, dzieło jego życia, weszła na giełdę i wyrosła na światowego giganta, Hopp wydał setki milionów euro na dobroczynność. Na szpitale, domy opieki, hospicja, na prace nad nowymi lekami, na przedszkola, na wychowanie młodzieży w swoim rodzinnym Hoffenheim i okolicach. Na leczenie syna Franza Beckenbauera, o którego życie walczył dwa lata, bez powodzenia. Na tablicę na ratuszu Hoffenheim, upamiętniającą z imienia i nazwiska wszystkich wypędzonych z tej wioski Żydów. Na nagradzany na festiwalach film o żydowskiej rodzinie, którą Niemcy z Hoffenheim wydali na zagładę.

Klub Dietmara Hoppa z ulicy Dietmara Hoppa

Być może ta mała tablica, której przez dziesięciolecia nikt w Hoffenheim nie chciał, ani władze, ani mieszkańcy, jest w jakimś sensie dziełem życia Dietmara Hoppa. Ale o tym później. Najpierw o tym dziele, o którym jest najgłośniej. O TSG Hoffenheim: drużynie, która za pieniądze Dietmara Hoppa rozrosła się przez lata tak, że z małego stadionu imienia Dietmara Hoppa w Hoffenheim musiała się przenieść na duży stadion w pobliskim Sinsheim. Też zbudowanego przez Dietmara Hoppa i leżącego przy ulicy Dietmara Hoppa. A do nazwy TSG Hoffenheim dopisano dla przydania szlachectwa 1899 rok.

To był rok powstania sekcji gimnastycznej TSG, sekcja piłkarska pojawiła się dopiero w 1945. A wielki futbol – dopiero w XXI wieku. Gdy firma SAP, należąca do Hoppa i jego trzech wspólników – czwarty odszedł wcześniej – wchodziła na giełdę, TSG Hoffenheim spadało właśnie do Kreisligi A, czyli na ósmy szczebel rozgrywek w Niemczech. To zawsze była drużyna amatorska, dla miejscowych. Dietmar Hopp grał w niej kiedyś w piłkę, a gdy został milionerem, postanowił pobawić się w futbol i spłacić kolejny dług wobec swoich rodzinnych stron. Zaczął od kupowania klubowi piłek i strojów, od remontu boiska, ale z każdym kolejnym sezonem wciągał się w to coraz mocniej. Kolejne awanse wymagały coraz większych nakładów, ale i jego też na coraz więcej było stać. Jeździł na mecze wyjazdowe z paczką przyjaciół, zabierając wszystkich do jednego busa.

Zobacz wideo Bundesliga. Hoffenheim - Bayern Monachium 0:6. Kibice Bayernu rozwiesili skandaliczny transparent. [ELEVEN SPORTS]

Bayern otwierał stadion Hoppa, Klismann pisał mu program szkolenia

Gdy w 1999 roku w Hoffenheim stanął stadion imienia Dietmara Hoppa, na ponad 6 tysięcy widzów, drużyna była w piątej lidze. A na otwarcie przyjechał Bayern Monachium. Ówczesny prezes Bayernu Franz Beckenbauer to przyjaciel Hoppa, od lat łączy ich golf. Juergen Klinsmann opracowywał dla Hoppa koncepcję szkolenia młodzieży w ośrodku, który miliarder ufundował w 2001 roku. Taki był pomysł Hoppa na futbol w trzytysięcznym Hoffenheim: siać, podlewać, wychowywać, zbierać pomysły ze świata, patrzeć jak rośnie. Gdy w 2001 zatrudniał Hansa-Dietera Flicka, dzisiejszego trenera Bayernu, a w międzyczasie m.in. asystenta Klinsmanna w niemieckiej kadrze, dał mu obietnicę dziesięcioletniej pracy. Krótko mówiąc, piłkarska bajka na łąkach Badenii-Wirtembergii.

Ale obietnica dana Flickowi została wypełniona w połowie. Trener, który w ostatnią sobotę podczas meczu Hoffenheim – Bayern był jednym z tych, którzy najzacieklej przekonywali kibiców Bayernu do schowania transparentu obrażającego Hoppa (po odmowie drużyny dokończyły mecz, ale podając sobie piłkę jak na treningu przez ostatnich kilkanaście minut), został zwolniony jesienią 2005 roku, bo nie zanosiło się, że drużyna pod jego wodzą wywalczy kolejny awans. A właściciel już zachorował na sukces i chciał skończyć sezon promocją do drugiej ligi. Od pewnego momentu Hoppowi przestało już wystarczać szkolenie, remontowanie, budowanie i lokalność. W 2002 przyszli do TSG pierwsi dwaj piłkarze z przeszłością w Bundeslidze. Od 2004 TSG nie ma już nic wspólnego z amatorstwem, od tego momentu wszyscy piłkarze są tu na kontraktach zawodowych. A po budowaniu z Flickiem przyszedł etap rewolucji z Ralfem Rangnickiem, czyli znienawidzonym wizjonerem niemieckiej piłki.

"Hasta la vista, Hopp". On jest na celowniku już od 2008 roku

Najpierw nienawidziło go środowisko trenerów, bo wszystko robił inaczej, nie miał wielkiej piłkarskiej przeszłości i mądrzył się w studiach telewizyjnych. Dziś nienawidzą go niemieccy kibice-tradycjonaliści, bo przyłożył rękę do budowy dwóch nowych sił: najpierw Hoffenheim, a potem RB Leipzig (dziś odpowiada za futbol w całej grupie klubów Red Bulla). W Hoffenheim dostał pieniądze na transfery wcześniej w niższych ligach Niemiec niewyobrażalne. I dał Hoppowi sukces. W 2008 roku TSG Hoffenheim zaczynało wiosnę na ósmym miejscu w drugiej Bundeslidze, a kończyło rok jako lider pierwszej Bundesligi, oblegany przez ekipy telewizyjne z całego świata. I lżony przez kibiców wszystkich innych drużyn Bundesligi. Najmocniej – przez kibiców Borussii Dortmund, którzy już jesienią 2008 na pierwszym meczu z Hoffenheim  wywiesili transparent, który krąży po niemieckich stadionach do dziś: portret Hoppa na celowniku snajpera. I napis z „Terminatora”: „Hasta la vista, Hopp”. To prezes Borussii Dortmund Hans Joachim Watzke najmocniej krytykował Hoppa i Hoffenheim jako klub z próbówki, kaprys miliardera, zagrożenie dla niemieckiej piłki. Przyznał potem w swojej autobiografii, że się zapędził, rozhuśtał emocje wokół człowieka, którego ocenił powierzchownie, a po bliższym poznaniu zmienił zdanie. Tłumaczy, że to był element strategii: chciał, żeby było głośno o Borussii i o nim samym, bo wtedy zaczynał karierę w Bundeslidze i był trochę onieśmielony tym, że inni prezesi są od lat ludźmi futbolu, a on takich referencji nie ma. Ale co się wtedy stało, to się nie odstanie. Już wtedy właściciel Hoffenheim został nazwany „sukinsynem”. A im bardziej z tym walczył, tym częściej tego „sukinsyna” słyszał z trybun.

Hopp jest człowiekiem pamiętliwym, drażliwym, nie odpuszcza w sporach ani z piłkarzami (w Hoffenheim kazał kiedyś utworzyć „Trainingsgruppe 2”, z piłkarzami odsuniętymi od drużyny, których chciał zmusić do odejścia – jak Józef Wojciechowski w Polonii swoim „Klubem Kokosa”), ani kibicami. Pozywa do sądów, instaluje na stadionie sprzęt do zagłuszania obraźliwych okrzyków i specjalne czujniki, by lepiej wychwytywać tych, którzy mu urągają. A to jeszcze bardziej nakręca drugą stronę. Już wtedy, jesienią 2008, niemiecka federacja piłkarska (DFB) zaniepokojona skalą wrogości wobec Hoppa ogłosiła, że być może w przypadkach szczególnie uporczywego obrażania kogoś na trybunach nie wystarczy polegać na zwykłych sądach, ale musi też wkroczyć komisja dyscyplinarna DFB i wymierzać swoje kary. Kibice wydrwili to jako „Lex Hopp” i szukali każdego sposobu, by te wytyczne ośmieszyć.

Bundesliga, liga innych wartości. A Hopp i kibice walczą w imię zasad

Dietmar Hopp jest na salonach Republiki Federalnej Niemiec człowiekiem sukcesu, dobroczyńcą, nagradzanym, dekorowanym odznaczeniami. A dla trybun stadionów Bundesligi jest ciałem obcym, najeźdźcą, który zaatakował podstawowe wartości niemieckiej piłki. Oczywiście, niemiecka federacja piłkarska tak nie uważa, dla niej Hopp to biznesowy partner, sponsor rangi Premium, człowiek który przy budowie wielkiego Hoffenheim często sięgał po ludzi związanych wcześniej i później z DFB, nie tylko wspomnianych Flicka i Klismanna, ale też np. psychologa kadry Hansa Dietera Hermanna. Ale w oczach protestujących kibiców DFB, Hopp i niektórzy prezesi klubów Bundesligi to jedna klika, liga kolesi którzy sprzedali futbol dla biznesu i o prawdziwe wartości sportu muszą za nich walczyć trybuny.  A ruch kibicowski w Niemczech pod tym względem jest bardzo radykalny, tak jak radykalnie amatorski był przez lata tamtejszy futbol. Kluby wykiełkowały z towarzystw gimnastycznych, parafii, z biesiad piwnych i przez dziesięciolecia ta zasada zakorzenienia społecznego i umiarkowania była święta. Bundesliga powstała bardzo późno w porównaniu z najsilniejszymi ligami kontynentu, dopiero w latach 60. Niemiecki futbol bardzo długo miał limity płac, które w zestawieniu z tym, jak płacono we Włoszech czy Hiszpanii, były drakońskie (gdy Gerd Mueller przeniósł się do Bayernu Monachium w 1965 roku, musiał początkowo dorabiać na drugim etacie w firmie meblarskiej), a za ich łamanie groziła degradacja (i była wykonywana, spadła za oszustwa np. Hertha Berlin). Mimo dekad piłkarskiego turbokapitalizmu w niemieckiej piłce przetrwała zasada, że żaden sponsor czy inwestor nie może mieć większości głosów w klubie. I np. w sektorze najbardziej zagorzałych kibiców Bayernu regularnie pojawiają się transparenty wytykające władzom tego klubu wyprzedawanie wartości. Protesty przeciw podpisywaniu umów sponsorskich z Katarem, przeciw zbyt wysokim cenom biletów itd. A całe środowisko kibicowskie łączy sprzeciw wobec klubów, które omijają tę wspomnianą wcześniej zasadę, że 50 procent głosów plus jeden w klubie musi zawsze należeć do członków klubu, a nie sponsorów, patronów i mecenasów. Ta zasada ma chronić niemieckie kluby przed staniem się zabawką miliarderów, porzuconą przy pierwszych kłopotach. I o tę zasadę toczy się między Hoppem a kibicami walka na wyzwiska i procesy.

Dobry Hopp, zły Hopp

Hopp uważa, że jego TSG Hoffenheim nie uchybiło wartościom niemieckiej piłki, bo wyrosło jak należy: z pasji chłopaka z tej wsi. A że akurat jednego z najbogatszych w Niemczech? Hopp jest przekonany, że miał święte prawo, dokładając do piłki amatorskiej nieprzerwanie od 1989 roku, zachorować w pewnym momencie na zawodowy futbol i wydawać coraz więcej. Oczywiście, że przy okazji zasadę 50+1 zamienił w jej parodię, bo wprawdzie dochowywał litery przepisu, ale obudował Hoffenheim tyloma spółkami ze sobą w roli głównej (spółka budująca stadion, spółka przeprowadzająca transfery, a to tylko początek wyliczanki), że mając zaufanego człowieka na stanowisku prezesa, był de facto jedynowładcą.  Ale robił to, w swojej opinii, tylko dla dobra lokalnej społeczności. Dla kibiców, dla młodzieży, która dostała dowód, że i w Hoffenheim można się wyuczyć na reprezentanta Niemiec (przez akademię TSG przeszedł choćby Nicklas Suele, dziś stoper Bayernu). Hopp mówi w wywiadach: TSG to nie RB Lipsk. Oni są czystym marketingiem, a ja wsparłem mój klub, zacząłem od szkolenia młodzieży, jesteśmy po prostu jednym z wielu klubów Bundesligi. Zresztą, Hopp dostał już oficjalne pozwolenie na przejęcie większości głosów w klubie, bo można takie pozwolenie wydać inwestorowi, który jest zaangażowany w klub przez ponad 20 lat. Dla Hoppa to powtórzenie, we współczesnym wariancie, drogi jaką przeszły kiedyś drużyny przyzakładowe, które wyrosły na potęgi: Bayer Leverkusen czy VfL Wolfsburg, honorowane jako wyjątki od zasady 50+1, a kiedyś też mocno krytykowane.

Ale zwalczający go kibice uważają, że wielka piłka może być tylko tam, gdzie jest w stanie wyrosnąć dzięki sile wspólnoty, a nie sile jednego czy kilku bogaczy. Że musi być na nią prawdziwe zapotrzebowanie, a nie wykreowane wśród łąk z trzema tysiącami mieszkańców. Dla wielu krytyków Hopp jest nie mecenasem, ale graczem, który tworzy jeden klan z władcami niemieckiej piłki. Zarzucają mu, że oplótł swoimi wpływami media, zwłaszcza koncern Springera i Sky Deutschland. Że zatrudniał w swoich fundacjach polityków, którzy potem robili kariery i byli mu przychylni. Że jest pieniaczem, który potrafi pozywać i wyciszać nawet blogerów, którzy go atakowali.

Kibice: Hopp ma prawo się gniewać, pozywać. A my mamy prawo protestować

Jest wielu protestujących kibiców, którzy mówią, że dla nich to niej jest spór o Hoppa. Że on już jest tylko symbolem. Że tak naprawdę przy agresywnym inwestowaniu w futbol Red Bulla, Hopp wydaje im się nawet sympatyczny. Przyznają, że transparenty z napisem "sukinsyn" ("Hurensohn") są niesmaczne, że rysowanie czyjejś twarzy z celownikiem snajpera też jest niesmaczne (ale nie jest ich zdaniem wezwaniem do mordu, bo wówczas za takie należałoby uznać zwroty z mediów, że „ktoś znalazł się na celowniku służb czy władz”). Atakują Hoppa jako symbol zmowy elit, które chciałyby wyciszyć głos trybun. Wielu kibiców uważa, że Hopp miał prawo czuć się urażony wyzwiskami i pozwać do sądu obrażających go. Ale nie miał prawa swoimi koneksjami wpłynąć na to, żeby DFB złamała obietnicę odstąpienia od kar zbiorowych i wydawała zakazy wyjazdowe na całe sektory. Bo o to się dziś toczy ta wojna. Trwa od 2008, więc dlaczego wzmogła się teraz tak, że pod znakiem zapytania stanęło dokańczanie najbliższych kolejek Bundesligi? Bo w 2018 po kolejnych wyzwiskach w Hoffenheim kibice Borussii dostali zakaz wyjazdowy na mecze do Hoffenheim, w zawieszeniu do 2022, ale w 2019 naruszyli warunki tego zawieszenia. I w lutym 2020 zakaz wszedł w życie. Kibice uważają, że DFB ich oszukała obietnicami o karaniu konkretnych osób, a nie grup. I że federacja nie jest tak wyrywna do karania za rasizm, jak do kar za obrażanie wspierającego ją bogacza. Ci którzy kary wymierzają, uważają że kibice Borussii nie zostawili im innego wyjścia.  A opinia publiczna w Niemczech jest w tej sprawie mocno podzielona, media również.

Hopp lubi poklask, ale też drogę pod prąd

Hopp jest przeczulony na własnym punkcie, lubi poklask, ale gdy się na coś uprze, to opinii publicznej o zdanie nie pyta. Gdyby było w Hoffenheim głosowanie mieszkańców, czy należy zawiesić tablicę pamięci wypędzonych stąd Żydów, to szanse na nią byłyby pewnie niewielkie. Miejscowy pastor walczył o taką od połowy lat 80. i niewiele wskórał. Ocaleńcy nie byli tu początkowo zbyt serdecznie przyjmowani, gdy pierwszy raz przyjechali zobaczyć co się dziś dzieje z rodzinnym domem. Ale w XXI wieku to się zaczęło zmieniać. Rodzina Hoppów nawiązała kontakt z Menachemem Mayerem i Fredem Raymesem, braćmi-ocaleńcami, których druga wojna światowa odłączyła od rodziców i rzuciła w różne strony świata. Menachem, dawniej Manfred Mayer, trafił do Izraela. Fred, dawniej Heinz Mayer, do USA. Napisali książkę o swoich wojennych losach, potem na podstawie tej książki powstał film „Menachem i Fred”.

Rodzina Mayerów mieszkała w Hoffenheim przy synagodze. W poranek po Nocy Kryształowej w listopadzie 1938 synagoga została spalona, a ich dom splądrowany. Dowódcą oddziału SA, który kierował akcją, był nauczyciel z ich szkoły. Jego córka Karola chodziła do klasy z Heinzem. Rodzina Meyerów musiała znaleźć schronienie u krewnych poza Hoffenheim, a w 1940 została deportowana do Francji. Tam w obozie dla Żydów rodzice uznali, że trzeba się rozdzielić, żeby zwiększyć szanse dzieci na przeżycie. Synowie trafili do sierocińca prowadzonego przez francuskie władze, zostali rozdzieleni i spotkali się ponownie dopiero po 26 latach. Rodzice zginęli w Auschwitz.

Książka ze wspomnieniami braci została wydana w Niemczech za pieniądze rodziny Hoppów. Film nakręcony na jej podstawie – również. Karola, koleżanka Heinza z klasy, to Karola Hopp, siostra Dietmara i Ruedigera Hoppów. Dowódcą oddziału SA, który spalił synagogę i wypędził Mayerów był ich ojciec, Emil Hopp. Był po wojnie skazany za to, co zrobił w Noc Kryształową, ale ta część rodzinnej historii została zepchnięta w niepamięć. Dietmar Hopp urodził się w 1940 roku, przeszłość ojca poznał późno. W 2002 rodzinę Hoppów skontaktowała z braćmi znajoma z Hoffenheim, która dowiedziała się o ich książce i o roli jaką na jej kartach odgrywa Emil Hopp. Dietmar Hopp był początkowo za tym, żeby sfinansować wydanie książki, ale w zamian poprosić o zapewnienie sprawcy anonimowości. Bracia Menachem i Fred się zgodzili. Ale ich dzieci zaprotestowały: skoro ofiary tej historii mają nazwiska, to sprawcy też muszą mieć. Dietmar Hopp uznał ich racje. Wydał książkę o winach ojca, ufundował tablicę pamięci wypędzonych, zasponsorował film. Zaprzyjaźnił się z braćmi. Gdy Hoffenheim awansowało do Bundesligi, zapraszał ich na mecze. Po jednym z nich Manfred, czyli Menachem powiedział o zwycięstwie TSG „wygraliśmy”. A Dietmar Hopp pewnie miał prawo poczuć, że najważniejszą bitwę o szacunek dla własnego nazwiska ma właśnie za sobą.