Aplikacja
Aplikacja Sport.pl LIVE
  POBIERZ

Bundesliga. Rana w sercu nie zmieni filozofii Guardioli

Klęska Bayernu w Champions League wywołała dziką satysfakcję u tych wszystkich, którym Pep Guardiola zalazł za skórę. Czy wielki trener powinien zmienić swoją filozofię gry?

"Jeśli chcemy być mistrzami Hiszpanii, musimy jechać na Bernabeu" - mówił Pep Guardiola. Zbliżał się 2 maja 2009 roku, Barcelona gnała po tytuł mistrzowski, na jej drodze został ostatni ważny przystanek - stadion odwiecznego rywala z Madrytu. Kiedy przed meczem zapytano Raula Gonzaleza "kto jest faworytem" powiedział, że grając u siebie, z całą pewnością Real. Pięć lat zatarło w pamięci kilka szczegółów: "Królewscy" zaczęli rzeczywiście jak faworyci, Ramos ograł słabego wtedy Abidala i Higuain zdobył prowadzenie. Messi, już wtedy wielka gwiazda Barcy, miał na boisku za dużo miejsca, stąd wzięła się błyskawiczna odpowiedź Katalończyków - czyli asysta Argentyńczyka przy bramce Thierry'ego Henry'ego.

W Realu grał wtedy Arjen Robben, asystujący przy drugiej bramce dla "Królewskich" długowłosego Sergio Ramosa i Jerzy Dudek oklaskujący swoich kolegów z ławki dla rezerwowych mając u boku Roystona Drenthe. Najlepszy na boisku okazał się jednak Xavi Hernandez asystujący przy czterech bramkach dla Barcelony (Puyola, dwóch Messiego i drugiej Henry'ego). Skończyło się na historycznym zwycięstwie Barcy 6-2, przy czym jeden gol dla Katalończyków padł po stałym fragmencie gry, reszta po szybkich akcjach, wręcz kontratakach, bo prowadzeni przez Juande Ramosa "Królewscy" grali naprawdę odważnie, często podejmując tego dnia ryzyko.

Minęło niespełna pięć lat i na Allianz Arena Real odegrał się na Guardioli, bijąc Bayern Monachium 4-0 w półfinale Champions League, co stało się impulsem do powszechnej debaty nad śmiercią futbolowych pomysłów Katalończyka. - Chce mi się wymiotować, kiedy patrzę, jak został potraktowany ten zespół i jego trener - powiedział Kerl-Heinz Rummenigge. Nie był pierwszy, po fali krytyki kilku szkoleniowców stanęło po stronie Guardioli. Pierwszy był Carlo Ancelotti, który wyśmiał sugestie, że wysokie zwycięstwo jego drużyny jest epitafium dla stylu gry opartego na posiadaniu piłki.

Mówiono już o tym w maju 2010 roku, kiedy Barcelona odpadła z Interem w półfinale Ligi Mistrzów. Drugi raz dwa lata później, gdy przegrała na tym samym poziomie z Chelsea. Trzeci raz 12 miesięcy temu - Bayern, wtedy jeszcze wyznawca tradycyjnej niemieckiej szkoły reprezentowanej przez Juppa Heynckesa, pobił Katalończyków w dwumeczu 7-0.

Pogrzebów tiki-taki mieliśmy więc w ostatnich latach kilka. Zwykle następowało jednak szybkie zmartwychwstanie. Kiedy Xavi z Iniestą przepadli w półfinale Champions League zatrzymani przez Inter Jose Mourinho, natychmiast wzięli rewanż z drużyną narodową na mundialu w RPA. To samo wydarzyło się dwa lata później podczas Euro 2012, gdy w finale w Kijowie mistrzowie świata rozbili Włochów 4-0.

Porażka 0-4 Bayernu z Realem na Allianz Arena nie jest więc prawdopodobnie końcem jednego stylu gry ani początkiem innego. Wyniki, tytuły i mistrzostwa zależą także od formy i klasy piłkarzy, a nie wyłącznie od pomysłów ich trenerów. Ciekawie byłoby zetknąć ze sobą Barcelonę 2009, z Realem 2014, a może jeszcze bardziej fantastyczny okazałby się mecz, w którym Bayern 2013 zmierzyłby się z Bayernem 2014. Ale jak wiemy, jest to fikcją.

"0-4 pozostanie raną w moim sercu na zawsze, ale mojej filozofii gry nie zmieni - powiedział Guardiola. Tak jak Mourinho się nie zmienił po klęsce 0-5 na Camp Nou 29 listopada 2010.

Więcej o: