Wreszcie jest! Aplikacja Sport.pl LIVE w wersji na Androidy. Ściągnij i oceń!
Żadnej wyraźnej granicy między epokami, rzecz jasna, nie wytyczymy, nie wiemy nawet, czy w ogóle nadejdą, chodzi raczej o powszechne wyczucie zmieniających się trendów. Barcelona i Real Madryt reprezentują tutaj nie tylko siebie, lecz także przewodzącą rankingowi UEFA ligę hiszpańską. Bayern Monachium i Borussia Dortmund też nie reprezentują wyłącznie siebie, lecz jeszcze wspinającą się na szczyt rankingu Bundesligę, rozgrywki z najokazalszymi perspektywami.
Powtórzę: niewykluczone, że giganci hiszpańscy zaraz znów rykną i przerażona reszta świata zastygnie, odnoszę się wyłącznie do dynamiki wydarzeń, która skłania nas do dostrzeżenia w obu drużynach wad. Katalończycy już nie obijają wielobramkowo zagranicznych przeciwników, a Real nie musi nawet barykadować przedpola, by Barcę złamać. Madrycką wrażliwość na ciosy widzieliśmy natomiast w starciach z Niemcami - w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów piłkarze José Mourinho przegrali półfinałowy dwumecz z Bayernem, w obecnej przegrali grupowy dwumecz z Borussią.
W moc dortmundczyków nadal wątpię. Ich podstawową jedenastkę od rezerw dzieli zbyt wiele, środowa nieobecność Hummelsa nie tyle nadwątliła defensywę, ile okaleczyła ofensywę - niemiecki stoper, wymarzony łup transferowy dla Barcelony, wyprowadza piłkę z bezcenną precyzją i wizją, operujący na monachijskim stadionie w jego rewirze Subotić i Santana ryzykowali przy każdym podaniu do przodu, skandalicznie często niecelnym. Nie widać też alternatywy dla Roberta Lewandowskiego, który tym razem Bayernu ani nie drasnął. Nie zdołał zaangażować się w grę, znikał na długie minuty, nie wytłumaczymy go wyłącznie nadmiernie ostrożnym stylem gry i w ogóle brakiem werwy całej drużyny. A jednak trener Jürgen Klopp nie miał ruchu.
Borussia nie obroni ani mistrzostwa Bundesligi, ani Pucharu Niemiec. Czeka ją ciężka przeprawa z Szachtarem w rewanżu 1/8 finału LM. Trzymanie się wąskiej grupy ludzi jej nie służy, o znużenie - tak fizyczne, jak mentalne - mamy powody podejrzewać nie tylko naszego eksploatowanego ponad miarę Piszczka (też nie stoi za nim choćby ćwierćzmiennik), zwycięstwa, punkty i gole wydziera z coraz większym wysiłkiem. Przy dortmundzkich ograniczeniach finansowych trudno stale rozbudowywać kadrę - nie każdy wychowanek wydorośleje na niezawodnego wyczynowca, nie każdy tani transfer przyniesie niewspółmierne do inwestycji zyski, jak: Hummels, Kagawa czy Lewandowski.
Bayern odzyska mistrzostwo Bundesligi, mknie ku Pucharowi Niemiec, zasadza się na triumf w Champions League. Jest doskonale wyposażony wszędzie, po ostatni fotelik dla rezerwowych. W czołówce międzynarodowej wyróżnia się brakiem solisty ponad wszystkich, którego nagła utrata powodowałaby drastyczną utratę jakości. Nie polega na odpowiedniku Messiego, Ronaldo czy van Persiego - łatwo wyobrazić sobie, że bez nich Barcelona, Real i Manchester Utd ucierpiałyby już przed meczem, psychologicznie. Bawarczycy w środę nie odczuli nieobecności Ribéry'ego, mnie dopiero po ostatnim gwizdku oświeciło i zorientowałem się, kogo szlagier z Borussią ominął.
U lidera Bundesligi golami dzieli się wielu graczy, a strzelają je na wiele sposobów. Barcelonę klasyfikujemy jako specjalistkę od ataku pozycyjnego, a Real jako specjalistę od ataku szybkiego, tymczasem monachijczycy umieją wszystko. Piłkę trzymają najdłużej po Katalończykach, tylko im ustępują dokładnością podań; wibrujący na skrzydłach Ribéry czy Robben są w stanie wystrzelić z piekielnie szybkim kontrnatarciem; nad wszystkimi formacjami górują ludzie świetni w walce powietrznej (van Buyten, Dante, Javi Martinez, Mandžukić, Gómez), co wykorzystują przy rzutach rożnych i wolnych (własnych i wrogich); po stracie agresywnie naciskają rywala; nie sposób ocenić, czy groźniej nacierają bokami, czy środkiem. Wielogłowym potworem powozi Jupp Heynckes, któremu nie brakuje osobowości, by utrzymywać rygor (sławne grzywny nałożone na Schweinsteigera i Kroosa za założenie na trening białych skarpetek), zdolności do reagowania na przebieg gry, doświadczenia - mistrzostwo świata i kontynentu zdobywał jeszcze jako zawodnik, a trenerem z Pucharem Europy zostawał, gdy Mourinho robił za tłumacza i krzyczał z balkonu na placu Sant Jaume, że Barcelonę będzie miał w sercu zawsze.
Czytam tu i ówdzie, że Pep Guardiola przyjdzie latem na gotowe. Myślę inaczej - podejmie cholernie trudne wyzwanie, zwłaszcza w przypadku ewentualnego zdobycia przez monachijczyków trzech trofeów. Teraz pożera przeciwników Bayern dyszący wściekłością (po sezonie drugich miejsc), po wywarciu zemsty wróciłby absolutnie usatysfakcjonowany. Znaczy ten najbardziej niebezpieczny. Dla samego siebie?