Liga angielska. Liverpool widzi dno

Drużyna z Anfield Road marzyła o powrocie do Ligi Mistrzów, a na razie bliżej jej do strefy spadkowej niż do czwartego miejsca w Premier League. W środę ?The Reds? polegli u siebie 0:1 z przesiadującym w dole tabeli Wolverhampton.

Wyobraź sobie, szanowny czytelniku, że kibicujesz klubowi, który uzbierał trzy razy więcej mistrzostw kraju od Chelsea i Manchesteru City. Z wyższością patrzysz na Arsenal i Manchester United, bo twoi ulubieńcy pięć razy zdobywali Puchar Europy (Ligę Mistrzów). Częściej najcenniejsze klubowe trofeum wznosili tylko piłkarze Milanu i Real Madrytu. Wspaniałe wieczory w Europie są dla ciebie historią najnowszą, w ostatnich pięciu latach dwa razy kibicowałeś swojej drużynie w finałach.

Teraz wyobraź sobie, że w środę na twój ukochany stadion przyjechał główny kandydat do spadku z ligi i odniósł pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w sezonie. Po połowie rozgrywek drużyna, której kibicujesz, ma ledwie trzy punkty przewagi nad strefą spadkową, tak złego początku nie przeżyłeś od 56 lat, gdy spadaliście z ligi.

Już? Czujesz się więc jak fani Liverpoolu.

Początki zapaści kibice obserwowali w poprzednim sezonie, gdy klubem rządzili znienawidzeni Tom Hicks i George Gillett, a piłkarze dowodzeni przez Rafę Beniteza nie zakwalifikowali się do Ligi Mistrzów. Odejście hiszpańskiego trenera i przepędzenie amerykańskich właścicieli miało być początkiem zmian.

Roy Hodgson okazał się jednak szkoleniowcem z najbardziej mrocznych koszmarów bywalców trybuny "The Kop". Dla nich wzór relacji z kibicami napisał w latach 60. Bill Shankly. Człowiek, który doskonale rozumiał robotniczy Liverpool, najbiedniejszym fanom kupował bilety, sam odpisywał na ich listy.

Hodgson specyfiki pracy na Anfield zdaje się nie rozumieć. Po porażce z Wolverhampton narzekał, że kibice nie wspierają drużyny, gdy ta najbardziej tego potrzebuje. Fani wybuczeli piłkarzy, wznosili nazwisko klubowej legendy Kenny'ego Dalglisha, który latem chciał zastąpić Beniteza, a Hodgsonowi ironicznie życzyli pracy z reprezentacją Anglii. - Nie przegrywamy meczów celowo. Wiecie, że piłkarze nie grają tak, jak potrafią, więc nadszedł czas, by kibice nam pomogli - mówił 63-letni trener. Kibice się wściekli. W blogach piszą, że trener przekroczył kolejną granicę - zaczął obwiniać o wyniki fanów, a poparcie dla niego właśnie wyrżnęło o dno. Starsi próbują sobie przypomnieć, kiedy widzieli piłkarzy w czerwonych koszulkach grających gorzej, przeczesują już czasy, gdy w futbolu nie było żółtych kartek (przed mundialem w 1970 r.).

Trudno im zrozumieć, dlaczego drużyna pełna piłkarzy, których chętnie przywitaliby faworyci LM (Reina, Gerrard, Kuyt, Torres), zupełnie nie funkcjonuje. Transfery? Były, ale większość (Cole, Poulsen, Konchesky) skończyła się klapą. W zimowym oknie transferowym do wydania będzie skromne 15 mln funtów, więc o rewolucji nie ma mowy.

Eksperci słabe wyniki tłumaczą błędami trenera, zarzucają mu bojaźliwą taktykę, zwłaszcza na wyjazdach. W sześciu sezonach pracy w Premier League drużyny Hodgsona uciułały ledwie 13 zwycięstw na stadionach rywali, Liverpool poza Anfield wygrał za jego kadencji raz. Pozytywy? Awans do 1/16 finału Ligi Europejskiej z pierwszego miejsca w grupie.

Kryzys na razie wytrzymuje nowy właściciel klubu John Henry, pewnie także dlatego, że - jak sam mówi - na futbolu się nie zna. Przekartkowanie piłkarskiego abecadła wystarczyło jednak, by kilka tygodni temu Amerykanin obwieścił trenerowi, że wyniki zespołu są nie do zaakceptowania. Co pomyślał po porażce z Wolverhampton?

Sport.pl na Facebooku! Sprawdź nas ?

Więcej o: