Premier League. Osierocona Chelsea

Frank Arnesen, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Romana Abramowicza, uznawany na Stamford Bridge za nietykalnego, odchodzi z Chelsea. W niedzielę mistrzowie Anglii zremisowali z Newcastle 1:1. Nowym liderem został Manchester United

Londyńczycy nie wygrali czterech z pięciu ostatnich meczów w lidze. Stracili pierwsze miejsce, choć jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że nic nie odbierze im drugiego z rzędu mistrzostwa.

Od tego czasu klub opuścił dyrektor sportowy Ray Wilkins, asystent trenera Carlo Ancelottiego. Włoch narzekał, że decyzję podjęto bez pytania go o zdanie, media twierdzą, że klub szykuje już listę jego następców. Głównym kandydatem jest Pep Guardiola z Barcelony.

Niewielu rozumie zmiany w klubie, odejście Arnesena uznawane jest za niespodziankę. Sprowadzenie Duńczyka było jednym z najbardziej spektakularnych transferów Abramowicza, przebijającym nawet wyczyny bogaczy z Manchesteru City. Pięć lat temu Rosjanin zapłacił 8 mln funtów, by Tottenham puścił swojego dyrektora sportowego. Choć Arnesen uchodził za specjalistę wybitnego, który do PSV ściągnął Ronaldo, Ruuda van Nistelrooya, Jaapa Stama i Arjena Robbena, suma szokuje do dziś.

W Chelsea Arnesen miał się zajmować transferami i budową "najlepszej piłkarskiej szkółki na świecie", której wychowankowie zastąpią sprowadzane za dziesiątki milionów funtów gwiazdy. Jej siedzibę Abramowicz wybudował za 11 mln funtów. Przychodził do niej, by dyskutować o piłkarzach, domagał się raportów o postępach. Nigdy nie oszczędzał na utalentowanych dzieciach i nastolatkach z całego świata. Szacuje się, że wydał na nich ponad 60 mln funtów. Najlepszym płacił nawet 150 tys. funtów rocznie. Kilka razy więcej niż Manchester United czy Arsenal.

Wszystkich ściągał Arnesen, nie zawsze legalnie. Oskarżano go, że 15-letniemu Nathanowi Porrittowi z Middlesbrough chciał zapłacić 150 tys. funtów. Gdy podebrał dwóch 16-latków ze szkółki Leeds, klub oddał sprawę do sądu. Skończyło się ugodą, za którą Chelsea zapłaciła 5 mln funtów.

Abramowicz ufał jednak dyrektorowi sportowemu bezgranicznie. Utrzymywał armię 50 skautów poleconych przez Duńczyka, czekał, aż inwestycje się zwrócą. Nie słuchał, gdy trenerzy narzekali, że przy kilku kontuzjach w pierwszej drużynie nie mają kim uzupełnić kadry, bo wynalazki Arnesena nie prezentują odpowiednich umiejętności.

Duńczyk okazał się niezatapialny. Wygrał wojnę o władzę z José Mourinho, który chciał samodzielnie decydować o transferach. Pierwszy raz pokłócił się z nim przy zakupie Khalida Boulahrouza. Arnesen uważał, że zamiast Holendra Chelsea powinna ściągnąć z wypożyczenia do PSV Aleksa. Tę bitwę Mourinho wygrał, ale z czasem zależało od niego coraz mniej. Abramowicz słuchał Arnesena.

Po odejściu Portugalczyka Duńczyk uchodził za jedną z najpotężniejszych osób na Stamford Bridge. I wciąż rósł. Gdy pokłócił się z szefem klubu Peterem Kenyonem, odejść musiał ten drugi. Duńczyka zatrzymała dopiero kolejna afera. Rok temu FIFA ukarała londyńczyków rocznym zakazem transferów, bo Chelsea namówiła 18-letniego Gaela Kakutę, by zerwał kontrakt z Lens. Francuski klub stracił piłkarza i nie dostał za niego ani grosza. Ostatecznie zakaz cofnięto, a Arnesen wrócił do łask.

W maju juniorzy Chelsea zdobyli pierwszy od 39 lat prestiżowy młodzieżowy Puchar Anglii, a trener Carlo Ancelotti włączył pięciu wychowanków do kadry pierwszego zespołu.

W tym roku w lidze debiutowali 20-letni Patrick van Aanholt, 19-letni Jeffrey Bruma i 17-letni Josh McEachran. Pięć lat temu Arnesen obiecał Abramowiczowi, że od 2010 r. jeden wychowanek rocznie będzie trafiał do pierwszej drużyny. W sobotę uznał, że jego misja jest zakończona.

Polski dylemat Borussi  ?

Więcej o: