Premier League. Mandarynkowy dziwoląg Blackpool

Dziewięć lat temu Blackpool grało w czwartej lidze, trzy lata temu w trzeciej. Dziś ma najmniejszy stadion w Premier League i bardzo nie chce zostać najgorszą drużyną w jej historii

Blackpool przypomina malucha, który stanął do wyścigu z bolidami Formuły 1. Gdy w maju po 39 latach awansował do ekstraklasy, jej władze zażądały spotkania z szefami ośmiu najważniejszych działów w klubie. Prezes Karl Oyston odpowiedział, że w Blackpool nie ma działów, o szefach nie wspominając, a za administrację odpowiada on i sekretarz, który jest jednocześnie rzecznikiem prasowym.

Tak jest od lat. Bez wielkich pieniędzy, nowoczesnego stadionu i kibiców klub z jednego z najbiedniejszych miast w Wielkiej Brytanii pnie się coraz wyżej, choć zawsze jest skazywany na klęskę.

Rok temu w drugiej lidze był beniaminkiem i głównym kandydatem do spadku. Żaden klub nie wydawał mniej na płace, tylko na jeden stadion przychodziło mniej widzów. Na etatach zatrudniano tylko pięciu trenerów, nie było pralni, zawodnicy sami czyścili stroje. Transfery? Rekord pobito rok temu, gdy za 0,5 mln funtów kupiono z Glasgow Rangers Charliego Adama. Marzące o powrocie do Premier League Nottingham zapłaciło za Radosława Majewskiego ponad dwa razy więcej. Blackpool nie mogłoby kupić polskiego pomocnika, bo zatrudnia jednego skauta, który za granicą piłkarza szukał raz. Rok temu wrócił z Węgier z niczym.

Klub z północno-zachodniej Anglii nie oszalał nawet po dorwaniu się do skarbca ekstraklasy. Poprzednicy zadłużali się na potęgę i przepłacali za piłkarzy, licząc, że zapewni im to utrzymanie. Gdy spadali, wysokie kontrakty wpędzały ich w kłopoty.

Blackpool 90 mln funtów, które zarobi dzięki awansowi, zainwestuje w infrastrukturę. Latem powiększyło stadion, sprzedało aż 14 tys. karnetów (po 360 funtów każdy - droższe abonamenty są nawet w czwartej lidze), chce też zbudować centrum treningowe. Przed transferami wciąż ogląda każdego pensa. Napastnikowi Marlonowi Harewoodowi oferowało 8 tys. funtów tygodniowo. Tyle samo, co Huddersfield, ale ambitny trzecioligowiec obiecywał, że w razie awansu, pensja wzrośnie do 12 tys., a Blackpool chciało, by po ewentualnym powrocie do drugiej ligi spadła do 4 tys. Harewooda skusiła gra w elicie, ale przy takiej polityce trudno zbudować drużynę, zdolną sprawić niespodziankę w Premier League.

Trener Ian Holloway uważa nawet, że ma gorszy skład niż rok temu, a z tymi piłkarzami nie tylko nie zdołałby awansować do pierwszej ligi, ale także utrzymać się w drugiej. 47-letni szkoleniowiec jest uwielbiany przez dziennikarzy, jego konferencje przypominają występy komika (patrzcie niżej). Piłkarze doceniają go za umiejętność motywacji i ofensywny styl gry, z którego nie rezygnuje nawet, gdy mierzy się z najlepszymi.

Po mundialu zdecydował, że jego drużyna będzie grać jak Hiszpania. Chce, by piłkarze kopiowali styl gry Barcelony polegający na wymienianiu setek krótkich podań i utrzymywaniu się przy piłce. - Musimy ją pieścić, kochać i nie pozwalać dotykać nikomu innemu - powtarza trener.

Z mocarzami Premier League Blackpool łączą tylko problemy z właścicielami. W 1988 r. klub kupił Owen Oyston, jeden z najbogatszych ludzi w Wielkiej Brytanii. Gdy za zgwałcenie modelki na trzy lata wylądował w więzieniu, klubem zajął się jego syn Karl, fan rugby, niemający o futbolu zielonego pojęcia. Sprzedał połowę akcji łotewskiemu biznesmenowi Waleriemu Belokonowi, przyjacielowi poszukiwanego przez Interpol Maksima Bakijewa, syna byłego prezydenta Kirgistanu. Karl Oyston utrzymywał, że Bakijew nigdy nie miał z klubem nic wspólnego, a przed sezonem ogłosił bankructwo i zrezygnował.

Dziś klubem rządzi Belokon i marzy o awansie do Ligi Europejskiej. Piłkarzom na razie wystarczy, że nie zostaną najgorszą drużyną w historii Premier League. Po sobotnim zwycięstwie z Newcastle 2:0 są bardzo blisko celu. Dwa lata temu Derby wygrało jeden mecz, zdobyło ledwie 11 punktów. Blackpool ma już siedem.

Wybór mądrości Iana Hollowaya

- Nie rozumiem, dlaczego piłkarze nie mogą zdejmować koszulek po strzeleniu gola. Podejrzewam, że większość kobiet przychodzących na mecze chce ich oglądać bez ubrania. Oczywiście nie mówię o meczach Blackpool, bo moi piłkarze są brzydcy jak noc.

- Paul Furlong nie kosztował nic, a jest moim rolls royce'em. Wypolerowaliśmy go, mechanicy wciąż nad nim pracują. Musimy o niego dbać, bo jeździmy nim codziennie, a nie tylko na śluby

- Potrzebujemy dużego, brzydkiego obrońcy. Taki poradziłby sobie w akcji przy pierwszym golu. Usunąłby piłkę, napastnika i trzy pierwsze rzędy trybun

Więcej o: