Sport.pl +

Jacek Laskowski: Kolebka futbolu i jego twórcy wpadli w pułapkę pychy i samozachwytu

Jacek Laskowski, TVP Sport
Olivier Giroud z Arsenalu i Puchar Anglii za 2015 rok
Fot. Catherine Ivill / AMA / PRESSFOCUS

Z Pucharem Anglii w piłce nożnej - poza analogią do średniowiecznej katedry - jest też tak, jak z angielskim trawnikiem. Najtrudniejsze jest pierwsze sto lat, potem już sam rośnie - pisze Jacek Laskowski z TVP Sport w felietonie "Sport w 4K".

Komentowanie piłkarskiego Pucharu Anglii jest jak zwiedzanie średniowiecznej katedry. Wchodzisz do środka i już od pierwszej chwili czujesz respekt przed potęgą tych murów i ich trwałością, czujesz podziw dla fantazji i głębi wiary wizjonerów, którzy postanowili ją wybudować i tę budowę sfinansować, zachwycasz się inwencją pomysłodawców, twórców epokowych rozwiązań, które w wielu przypadkach były podwalinami pod wszystko to, co później wydarzyło się w architekturze. Gdy tylko nabierzesz głębiej powietrza, czujesz zapach historii, każdej epoki, każdego historycznego przełomu, który dotknął tę starą konstrukcję, a ona każdemu takiemu atakowi dzielnie się oparła. Zdajesz sobie sprawę, że gdyby nie powstała ta właśnie świątynia, jakże ciężko byłoby utrzymać wiarę w coś, co od początku w niej czczono.

Pierwszego zwycięzcę Pucharu Anglii wyłoniono w 1872 roku, raptem rok po tym jak na kontynencie zakończyła się wojna francusko-pruska. A przecież wszystko to, co najgorsze w najnowszej historii Europy i świata, miało dopiero nadejść. Jak każda katedra FA Cup ma swoją główną kaplicę - to oczywiście Wembley, ma także swoją sakrę - to udział w najważniejszych meczach przedstawicieli królewskiej rodziny. Ma wreszcie ten niezwykły czar przeniesiony do wszystkich innych krajowych pucharów, że szansę na zdobycie tego trofeum ma szansę dosłownie każdy, kto się do tej rywalizacji zgłosi. Dziś wszystko, co związane z piłką nożną, wszystkie rozgrywki, wszystkie zasady, wydają się nam oczywiste. Jednak 150 lat temu trzeba było naprawdę mieć fantazję, żeby uganianie się za piłką ująć w jakieś ramy organizacyjne, stworzyć reguły i uparcie rok po roku nadawać temu wszystkiemu coraz większą rangę.

Kolebka futbolu i jego twórcy wpadli jednak w pułapkę pychy i samozachwytu. Owszem, wypuścili w świat całe zastępy piłkarskich misjonarzy, zakładających kluby i nauczających, jak się powinno grać praktycznie w każdym dostępnym zakątku świata. Ale jednocześnie obrazili się na to, że cały świat coraz lepiej tę piłkę kopie, ba, ma do tego czelność zorganizować zawody mające wyłonić najlepszych, choć przecież najlepsi są oczywiście tam, gdzie futbol wymyślono.

Zobacz wideo Łukasz Piszczek ambasadorem Sport.pl+!

Za tę pychę przyszło Anglikom płacić w najprzeróżniejszy sposób od momentu, kiedy jednak łaskawie przyłączyli się do mundialowej rywalizacji. Jako pierwsi upokorzyli ich piłkarze Stanów Zjednoczonych w 1950 roku. A potem - długo można wymieniać. Ćwierćfinał z Niemcami w Meksyku, Lubański w Chorzowie i Tomaszewski na Wembley już na etapie eliminacji, boska ręka Maradony, prowokacja Simeone na Beckhamie, strzał Ronaldinho za kołnierz Seamana, przegrywane regularnie w najważniejszych meczach konkursy rzutów karnych, wreszcie ta nieszczęsna jedenastka Kane’a w Katarze. Los uśmiechnął się do nich tylko raz i to tylko wtedy, gdy sami sobie mistrzostwa zorganizowali w 1966 roku. Dzięki bramce-niebramce Hursta mogą się tym jednym jedynym tytułem mistrza świata poszczycić.

Wracając do Pucharu Anglii, to najnowsza historia futbolu oczywiście odmieniła także te najstarsze rozgrywki. Brytyjskie do szpiku kości przez całe epoki, teraz mają - jak wszystko - jakże internacjonalny charakter. Witający się przed meczem z trenerami i piłkarzami obu finalistów dynasta może za każdym razem zastanawiać się "a gdzie, u licha, wśród nich wszystkich są moi poddani?" Nawet brexit nie był w stanie pod tym względem niczego zmienić.

Ale finał Pucharu Anglii to już w zasadzie zwiedzanie w tej starej katedrze okolic samego ołtarza w głównej kaplicy. A przy ołtarzu nieważne są języki oraz narodowości kapłanów i wyznawców. Liczy się tylko tradycja, historia, a przede wszystkim wiara w to, że pomyślny wynik pewnej grupie ludzi przynajmniej na rok zapewni szczęście. I tak to wszystko się kręci już od ponad półtora wieku. Ale z Pucharem Anglii w piłce nożnej - poza analogią do średniowiecznej katedry - jest też tak, jak z angielskim trawnikiem. Najtrudniejsze jest pierwsze sto lat, potem już sam rośnie.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...