Koszmar kopciuszka w półfinale FA Cup. W 79. minucie jeszcze prowadzili

Dopiero w 79. minucie kibice zebrani na Wembley podczas półfinału FA Cup byli świadkami trafienia. I dość zaskakująco oddało je Southampton. Drużyna, w której w przeszłości występował Jan Bednarek, była bliska sprawienia sensacji. Ale tym golem tylko podrażniła Manchester City, który w końcu zaczął być skuteczny. Cztery minuty zadecydowały o tym, kto awansował do finału Pucharu Anglii.
FA Cup
Screen z TV

Manchester City rozgromił aż 4:0 Liverpool i awansował do półfinału Pucharu Anglii. Tam czekał na niego Southampton. Teoretycznie nie powinien być to wymagający rywal dla piłkarzy Pepa Guardioli, w końcu gra w Championship. Ba, w tym sezonie zajmuje dopiero 5. miejsce. A jednak, to właśnie ta drużyna sprawiła wielką sensację w ćwierćfinale, bo wyeliminowała... wicelidera Premier League, Arsenal (2:1). Manchester musiał więc mieć się na baczności.

Zobacz wideo Kosecki szczerze o swojej karierze: Po każdej kontuzji wracałem gorszy... Wybierz serwis

Manchester zawiódł w pierwszej połowie. Bez bramek na Wembley

Pierwsza połowa przebiegała pod dyktando City. Dłużej utrzymywali się przy piłce i oddali zdecydowanie więcej strzałów - sześć, z czego jeden był celny. Rywale nie potrafili za to ani razu uderzyć na bramkę, choć w 12. minucie umieścili piłkę w siatce. Trafienie Leo Scienzy nie zostało jednak uznane, bo piłkarz został złapany na spalonym. Manchester powoli się rozkręcał, ale brakowało dokładności. Odczuwalny był też brak Erlinga Haalanda, który rozpoczął mecz na ławce. I tak pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0.

Southampton zaskakuje, a potem... Dwa ciosy w cztery minuty

W drugiej odsłonie działo się zdecydowanie więcej, a przede wszystkim kibice na Wembley zobaczyli gole! Manchester coraz mocniej napierał na rywali. Po 80 minutach miał aż 14 strzałów, z czego dwa celne. Rywale mieli ledwie trzy uderzenia, ale jeden z nich zatrzepotał w siatce. Faworyci zostali zaskoczeni w 79. minucie. Wówczas Southampton odebrało piłkę rywalom i ruszyło do kontrataku. Po chwili Finn Azaz przyjął podanie od Kuryu Matsukiego, obrócił się z piłką i wykończył akcję strzałem. Jak się okazało, był on celny, piekielnie mocny i nie do zatrzymania przez Jamesa Trafforda, który tego dnia stanął w bramce Manchesteru.

Wydawało się, że znów Southampton może doprowadzić do wielkiej sensacji, eliminując kolejną drużynę z czołówki Premier League. Radość z prowadzenia długo nie trwała. Manchester przeprowadził dwa piorunujące ataki. Najpierw w 83. minucie wyrównał Jeremy Doku, oddając strzał z krawędzi pola karnego, a cztery minuty później na listę strzelców wpisał się Nico. Hiszpan zdobył piękną bramkę z dystansu. Huknął nie do obrony tuż pod poprzeczkę! - Niesamowite, co on zrobił? - krzyczeli rozemocjonowani komentatorzy.

Zobacz też: To pytanie rozzłościło Flicka. Natychmiast wypalił: "Nie pytajcie mnie". 

To trafienie zadecydowało o wyniku spotkania. Więcej goli już nie padło i zgodnie z oczekiwaniami ekspertów Manchester wygrał 2:1. Nie można jednak zaprzeczyć, że było blisko sensacji i była drużyna Jana Bednarka tak łatwo awansu do finału nie oddała. A z kim City zagra o tytuł? Rywalem będzie Chelsea lub Leeds United - ten mecz zaplanowano na najbliższą niedzielę.

Więcej o: