Słowa Salaha zatrzęsły całą Premier League. Oto nadszedł koniec ery

Mohamed Salah
fot. Screen: https://x.com/MoSalah/status/2036511680725704967

- Witam wszystkich. Niestety, ten dzień nadszedł - takimi słowami zaczęła się wypowiedź Mohameda Salaha w wideo, które opublikował pod koniec marca. Fani Liverpoolu wiedzieli już, co powie dalej. Egipcjanin ogłosił, że po dziewięciu latach opuści Liverpool. Zrobił to tak, jak dwa lata wcześniej Juergen Klopp. Dał fanom czas, by się z tym oswoili. Oni dobrze wiedzą, że to koniec ery, która wygasała już od kilku lat. Ery rock n' rolla i "pier****nych mentalnych potworów".

"Mo Salah! Mo Salah! Mo Salah! Running down the wing. Mo Salah la-la-la la-ahh, The Egyptian King!" - gdyby kibic Premier League dostawał pięć funtów za każdym razem, gdy ta przyśpiewka niosła się po Anfield, to mógłby zapewne sam sobie takiego Salaha kupić. Starożytni Egipcjanie postawili piramidy, które przetrwały na wieki. Tysiące lat później ich potomek dokonał czegoś równie trwałego, tyle że w Liverpoolu. 

Zobacz wideo Żelazny: Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Lewandowski sam zrezygnuje. Jest pazerny

Mo Salah i Liverpool Kloppa, czyli właściwe miejsce, właściwy czas

Gdy Mo Salah w 2017 roku przychodził do Premier League z AS Romy, wiele osób zapewne patrzyło na ten transfer z zaciekawieniem. Egipcjanin odbił się co prawda kiedyś od Chelsea, ale tym razem powracał po znakomitym sezonie 16/17 w Serie A (15 goli, 13 asyst). Spodziewano się potencjalnie dobrych rzeczy. Natomiast nikt nie miał prawa oczekiwać tego, co potem stało się rzeczywistością. 

Klopp budował wówczas zespół, który później oczarował całą Europę. Trenerem Liverpoolu był od października 2015 roku. Przejmował wielką markę, ale zakurzoną. Bez mistrzostwa kraju od 1990 roku, po zaledwie szóstym miejscu w Premier League sezon wcześniej. Wystarczyło spojrzeć na skład: Simon Mignolet - Nathaniel Clyne, Martin Skrtel, Mamadou Sakho, Alberto Moreno - Lucas Leiva - Adam Lallana, James Milner, Emre Can, Philippe Coutinho - Divock Origi. Taką jedenastkę wystawił Klopp w debiucie z Tottenhamem (1:1). Oczywiście nie brak tu ciekawych nazwisk. Jednak gwiazdy na skalę światową? Nie. To nie był ten czas w historii "The Reds".

Zresztą tak zbudowany zespół dojechał w lidze na miejscu... ósmym. Gorszym niż Brendan Rodgers sezon wcześniej. Władze "The Reds" wiedziały jednak, co potrafi Klopp. Pokazał to w Borussii Dortmund. I z Borussią Dortmund, bo ćwierćfinałowy rewanż Ligi Europy 2015/16 wygrany przez Liverpool 4:3 (jeszcze w 65. minucie było 1:3), do dziś uważany jest za jeden z najlepszych meczów w dziejach tych rozgrywek. To był pierwszy prawdziwy pokaz piłkarskiego rock 'n' rolla, z którego "The Reds" mieli potem zasłynąć.

"Mentalne potwory", które straszyły pół Europy

Zaufali mu, a Niemiec niczym szalony naukowiec mógł w kolejnych latach dokładać kolejne komponenty do swej machiny. Sadio Mane, Georginio Wijnaldum, Andrew Roberston, Virgil Van Dijk, Alisson, Fabinho, właśnie wspomniany Mohamed Salah. Zastał już Roberto Firmino, Jamesa Milnera, Jordana Hendersona. Wszystko powoli składało się w całość. 

- Nie obchodzi mnie, czy mnie za to ukarzą, po prostu muszę to powiedzieć. Ci goście to pie****ne mentalne potwory! - mówił rozemocjonowany Juergen Klopp po słynnym zwycięstwie Liverpoolu nad  Barceloną w rewanżowym półfinale Ligi Mistrzów 2018/2019. "The Reds" odrobili wówczas na Anfield trzybramkową stratę z pierwszego meczu i weszli do finału. Tamten rewanż z Katalończykami na zawsze postawił stempel na wszystkim, co niemiecki trener zbudował na czerwonym brzegu rzeki Mersey. Nawet bardziej niż sam finał, wygrany potem 2:0 z Tottenhamem. 

Guardiola vs Klopp. Premier League już może czegoś takiego nie zobaczyć

Zrobili to w szalonych okolicznościach. Paradoksalnie bez Salaha, który nie grał z uwagi na uraz. Podobnie zresztą jak Firmino. Mimo to obejrzeliśmy dwa dublety: Georginio Wijnalduma i Divocka Origiego. Ten drugi później trafił też w finale i choć ogólnie rzecz ujmując, był w Liverpoolu tylko rezerwowym napastnikiem, postawił sobie tam pomnik smykałką do arcyważnych goli. "The Reds" wygrali "uszaty puchar" szósty raz w historii i odwdzięczyli się pięknym za nadobne Manchesterowi City.

"The Citizens" zabrali im wówczas mistrzostwo kraju, mimo że Liverpool zdobył w lidze aż 97 punktów (rywale 98). To do dziś - a niewykluczone, iż na zawsze - najwyższy dorobek punktowy w dziejach angielskiej piłki, który nie dał mistrzostwa. Za to City pod wodzą Pepa Guardioli marzyło wówczas o jednym: o wygraniu Ligi Mistrzów właśnie. 

We wspaniałej rywalizacji Guardiola vs Klopp więcej tytułów mistrza Anglii ma ten pierwszy, ale marzenia fanów szybciej spełnił Niemiec. Wygrał w końcu mistrzostwo w pandemicznym sezonie 19/20, przywracając Liverpool na tron po trzech dekadach (Katalończyk Ligę Mistrzów z City zwyciężył dopiero w 2024 roku). Zrobił wówczas to, po co przyszedł. A wizję tę spełnił zespół, którego wówczas już bała się cała Europa.

Zabójczy tercet w rytmie... "Sugar Sugar"

Zespół nie do złamania. Szalony w pressingu, kreatywny, arcymistrzowski w szybkim ataku. Tylko jak miałoby być inaczej, gdy w ataku dysponowali najpotężniejszą wówczas bronią na świecie. Trio Salah - Firmino - Mane siało spustoszenie na angielskich i europejskich boiskach. Mózg całego ataku Firmino, niezmordowany Mane oraz niebywale skuteczny Salah. Do tego mieli wsparcie ofensywnie usposobionych, biegających jak najzdrowsze konie bocznych obrońców, czyli Trenta Alexandra-Arnolda i Andrew Roberstona. 

Liverpool zwłaszcza w latach 2018-2021 nie musiał się przejmować, ile goli straci. W większości umiał strzelić więcej. Ten tercet doczekał się nawet swej własnej... piosenki. Piosenki, nie przyśpiewki. Przeróbki słynnego "Sugar Sugar" od The Archies, autorstwa jednego z kibiców

 

Przychodzili i odchodzili, a władza faraona trwała

Salah był jego najbardziej zabójczym ostrzem. Czterokrotnie zdobywał koronę króla strzelców. W erze Premier League równie wiele razy dokonywał tego tylko Thierry Henry. Zresztą lista rekordów, które Egipcjanin wyrównał lub ustanowił, jest niesamowicie długa. Najwięcej goli w debiutanckim sezonie w Liverpoolu? Salah (44). Najwięcej goli spośród afrykańskich piłkarzy w Premier League? Salah (na razie 189). Najwięcej tytułów gracza miesiąca w jednym sezonie? Salah (3). Najwięcej goli dla Liverpoolu w Lidze Mistrzów? Salah (na razie 51). A to tylko kropla w morzu. Egipcjanin nigdy nie był przesadnie efektownym skrzydłowym. Owszem popisywał się świetnymi dryblingami, ale nie bazował na żadnej brazylijskiej fantazji. On miał jeden cel: strzelać gole. I robił to wybitnie.

Salah zresztą został w Liverpoolu nawet wtedy, gdy budząca grozę drużyna zaczęła powoli się rozpadać i musiała ewoluować. "The Reds" stopniowo opuszczały kolejne filary. Obrona się trzymała, bo jeszcze w zeszłym sezonie z wyjściowej jedenastki Liverpoolu na finał LM z Tottenhamem brakowało tylko Joela Matipa. Za to Wijnaldum, Fabinho, Henderson, Mane, Firmino, Milner, Origi, nawet Xherdan Shaqiri. Oni wszyscy prędzej czy później kończyli przygodę z Liverpoolem. 

Sam Klopp radził z tym sobie dość różnie. Był sezon 2022/23 i dopiero piąte miejsce, choć tam przede wszystkim kłopotem była fala kontuzji w obronie. Tak poważna, że "The Reds" zimą 2023 roku awaryjnie ściągali Ozana Kabaka z Schalke, by miał kto grać na stoperze. Po tamtym sygnale, że coś się skończyło, Klopp został jeszcze na kolejny rok, aby osobiście przeprowadzić choć część rewolucji. Zwłaszcza w środku pola. Tylko latem 2024 roku na Anfield zawitali Dominik Szoboszlai, Alexis MacAllister i Ryan Gravenberch, dziś kluczowe postacie drużyny. Efekt? Trzecie miejsce po walce o mistrzostwo niemal do samego końca. 

Rock 'n' roll Kloppa stawał się melodią przeszłości

W końcu jednak odszedł i ON. Juergen Klopp jeszcze przed końcem sezonu 2023/24 ogłosił kibicom, że po dziewięciu latach jest wypalony i musi odpocząć. Na swojego następcę sam w pewnym sensie namaścił Arne Slota. Holender też ma dziś swoją przyśpiewkę, a wymyślił ją... Klopp. Niemiec zaprezentował ją światu podczas swojego pożegnania z klubem na Anfield. Jose Mourinho był "The Special One". Kloppa nie bez przyczyny nazywano "The Normal One". Bo czy Liverpool wygrywał Ligę Mistrzów, czy finiszował piąty, Niemiec nigdy się nie zmieniał. 

 

Już wtedy można było mówić o końcu ery. Jednak w drużynie dalej nie brakowało tych, których niemiecki trener zbudował. Alexander-Arnold, Roberston, Van Dijk, Alisson, czy przede wszystkim Salah. Egipcjanin zresztą, zamiast osłabnąć bez legendarnego trenera, jeszcze bardziej włączył tryb "zniszczenie" i zeszły sezon miał najlepszy w życiu. W samej Premier League strzelił 29 goli i zanotował 18 asyst. Zaś pozbawiony Kloppa Liverpool... zdobył mistrzostwo kraju. Zdaniem niektórych, udało się to trochę na fali entuzjazmu, zbudowanego jeszcze przez Niemca. W tym sezonie te opinie tylko nabrały rozgłosu, biorąc pod uwagę kryzys "The Reds". 

Czas dopadł Salaha. Wątpliwości ws. przyszłości też

Latem zeszłego roku drużynę opuścił jednak kolejny filar "mentalnych potworów". Trent Alexander-Arnold wybrał Real Madryt kosztem przedłużenia umowy z macierzystym klubem. Wielu fanów go za to znienawidziło. Znów bolesne odejście, ale Salaha zdawało się to wszystko nie dotyczyć. On wręcz przedłużył umowę z klubem. Egipski faraon postanowił kontynuować swe rządy, choćby nie wiadomo co.

Jednak jest rywal, z którym się nie wygra. Możesz być najlepszy, ale on cię dopadnie. Czas. 33-letni Salah to w tym sezonie cień samego siebie. Jak dotąd w 34 meczach ma 10 goli i dziewięć asyst we wszystkich rozgrywkach. Dla większości niezłe liczby. Dla niego wręcz dramat. Podkręcony jeszcze kryzysem całej drużyny, która jest obecnie dopiero piąta w Premier League. Sam Salah wywołał też w pierwszej fazie sezonu niemałą burzę, oskarżając Arne Slota i cały klub o brak szacunku (po serii słabszych spotkań zasiadł na pewien czas na ławce). Pierwsze pęknięcie na żelaznej relacji się pojawiło.

Salah znów wziął przykład z Kloppa. Niemiec nie ma wątpliwości ws. jego odejścia

Co prawda tamta sytuacja już została opanowana, ale mimo to wtorek 24 marca 2026 roku przyniósł prawdziwą bombę. Salah ogłosił, że dogadał się z klubem na przedterminowe zakończenie kontraktu i jest to jego ostatni sezon w Liverpoolu. Tak, jak dwa lata wcześniej Klopp, tak teraz on dał fanom "The Reds" czas na oswojenie się z tą myślą. 

Przy czym tym razem koniec ery jest już absolutnie pełny. Wie to nawet sam Niemiec, który przy okazji niedawnego pokazowego meczu legend Liverpoolu i Borussii Dortmund wypowiedział się o odejściu Salaha. Miał pewną radę dla zarządu klubu. 

- Ten typ zawodnika jest nie do zastąpienia. Ktoś w te buty wejdzie, ale nowy Mo Salah? Nie jestem pewien, czy ktoś taki w ogóle istnieje. Dlaczego więc w ogóle próbować znaleźć nowego? Sprowadźcie innych i wokół nich zbudujcie futbol, który da wam sukces. Tak to wygląda. Odszedł Sadio Mane, piłkarz, o którym śpiewano piosenki. Odszedł Firmino, o Boże co za piłkarz! W dniu, w którym odszedł Wijnaldum, pewnie aż tak wielu pomyślało, że to wielka strata. Aż zaczęło go brakować na boisku. Przyszli jednak nowi. MacAllister, Szoboszlai, Gravenberch. Nie gońcie więc za cieniem. Znajdźcie nową drogę i grajcie! - powiedział w rozmowie z "The Times". 

Zbudować się? Trudne. Zbudować się na nowo? Jeszcze trudniejsze

1 lipca 2026 roku będzie pierwszym dniem od dokładnie 11 lat, w którym w kadrze klubu nie będzie już nikogo z tercetu Salah - Firmino - Mane. Nie będzie też już Hendersona, Milnera, Alexandra-Arnolda, Fabinho i innych. Z "mentalnych potworów" zostaną już tylko Van Dijk, Joe Gomez, Alisson i Robertson. Przy czym ci dwaj ostatni wcale nie muszą zacząć nowego sezonu w barwach Liverpoolu. Robertsonem, który ma następcę w postaci Milosa Kerkeza, już zimą interesowały się inne kluby. A Alisson jest coraz częściej kontuzjowany i nie da się wykluczyć, że też odejdzie. 

Dlatego właśnie odejście Salaha uderza podobnie mocno, a może i mocniej, niż to Kloppa. Bo już wkrótce nie będzie nie tylko trenera. Nie będzie też już jego najgroźniejszej broni. Symbolu potęgi Liverpoolu w ostatnich latach. Nie jest przesądzone co prawda, że "The Reds" czekają znów mroczne czasy. Na Anfield chyba znaleźli złoża ropy albo Złoty Pociąg, bo dość oszczędny przez lata klub nagle latem zeszłego roku wydał ponad 400 milionów euro. Okienko w stylu Manchesteru City. Bez Salaha będzie potrzebował kolejnych wielkich wydatków, by bolało jak najmniej. Egipcjanin opuści klub jako trzeci najlepszy strzelec w jego dziejach (ma 255 goli, więcej tylko Roger Hunt - 285 i Ian Rush - 346). Mistrzostwa już nie zdobędzie, Liverpool traci 21 pkt do Arsenalu. Natomiast w Lidze Mistrzów "The Reds" są już w ćwierćfinale (zmierzą się z PSG).

Jednak bez względu na to, kogo sprowadzą, Liverpoolu Juergena Kloppa, kapeli grającej piłkarskiego rocka, już nie będzie. Być może Arne Slot lub jego następca, bo coraz głośniej mówi się o zwolnieniu niemającego pomysłu na wyjście z kryzysu Holendra, również stworzy zespół gotowy straszyć Europę. Natomiast będzie to się musiało odbyć już bez ofensywnego "spadku" po Niemcu.

Co zaś z Salahem? Kluby z Arabii Saudyjskiej już wcześniej miały go kusić. Jest najlepszym piłkarzem z muzułmańskiej części świata w dziejach futbolu. Można więc zakładać, że Saudyjczycy przyjdą do niego, dadzą kontrakt, a w rubryczce na zarobki i inne bonusy każą wpisać cokolwiek Egipcjanin uzna za stosowne. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...