Arsenal może sprawić, że o tegorocznych rozgrywkach nie zapomni żaden kibic Kanonierów. Drużyna Mikela Artety prowadzi w Premier League, jest faworytem do triumfu w Lidze Mistrzów, dotarła do ćwierćfinału Pucharu Anglii, a już w marcu mogła zdobyć Puchar Ligi Angielskiej.
Rywal był jednak z najwyższej półki. Manchester City również jest w grze o mistrzowski tytuł, chociaż strata aż dziewięciu punktów do Arsenalu w ligowej tabeli przy jednym meczu rozegranym mniej sprawia, że ciężko myśleć o podopiecznych Pepa Guardioli jak o faworycie do mistrzostwa Anglii.
Na boisku przez długi czas działo się mniej niż niewiele. Pierwsza połowa wyglądała, jakby obie drużyny bały się przegrać. Nieco więcej z gry miał Arsenal, jednak na tablicy wyników widniał bezbramkowy remis - rezultat idealnie oddający realia tej części spotkania.
Zobacz też: Polak czaruje w Niemczech! Jest wiceliderem klasyfikacji strzelców
Po przerwie działo się już znacznie więcej. Od samego początku przycisnął Manchester City. Kolejne strzały - czy to Haalanda, czy Cherkiego, czy Rodriego były jednak blokowane przez obrońców Arsenalu. Przełamanie nastąpiło w 60. minucie. Piłkę z rąk po dośrodkowaniu z prawej strony boiska wypuścił Arrizabalaga. W polu bramkowym odnalazł się Nico O'Riley, który strzałem głową wyprowadził City na prowadzenie.
Podopiecznym Pepa Guardioli było jednak mało i wciąż atakowali. Efekt był widoczny niemal natychmiast, bo już w 64. minucie wynik podwyższył O'Riley, po raz kolejny skutecznie główkując. Dopiero po tej bramce do głosu doszedł Arsenal, ale ataki Kanonierów były zbyt anemiczne, a strzały - niecelne. Nie można powiedzieć jednak, że Kanonierzy nie próbowali - poprzeczkę obili Calafiori oraz Gabriel Jesus. Na więcej nie było ich jednak stać.
W pojedynku dwóch hiszpańskich szkoleniowców górą - po raz kolejny - był mistrz, a nie uczeń. Pep Guardiola zwyciężył już po raz piąty w Pucharze Ligi Angielskiej, dokładając kolejne trofeum do swojego bogatego zbioru. Mikel Arteta znów musiał obejść się smakiem.