Już wydawało się, że Liverpool powoli wychodzi z kryzysu z końcówki ubiegłego roku (m.in. w listopadzie trzy porażki z rzędu). Drużyna Arne Slota nie przegrała dziewięciu ostatnich meczów ligowych, ale z drugiej strony wygrała tylko cztery z nich.
Liverpool w sobotnie popołudnie zmierzył się przed własną publicznością z przedostatnim zespołem Premier League i beniaminkiem - Burnley, który w dotychczasowych 21 spotkaniach zdobył zaledwie 13 punktów. Gospodarze byli zdecydowanymi faworytami.
Potwierdzili to w pierwszej połowie, w której oddali aż 15 strzałów i prowadzili po niej 1:0. Gola w 42. minucie zdobył Florian Wirtz mocnym strzałem pod poprzeczkę z 12 metrów.
Liverpool powinien prowadzić wyżej, ale dziesięć minut wcześniej Dominik Szoboszlai z rzutu karnego trafił w poprzeczkę.
W drugiej połowie gospodarze dominowali, a tymczasem goście wyrównali. W 65. minucie zagrali piękną, zespołową akcję, w której mieli mnóstwo podań, a sfinalizował ją precyzyjnym strzałem w długi róg Marcus Edwards.
Liverpool atakował, oddał aż 32 strzały (11 celnych, rywale tylko 7 i jeden celny!), ale nie potrafił zdobyć zwycięskiej bramki. Mecz zakończył się remisem 1:1 i sensacja stała się faktem. Kto wie, czy znów nie wróci temat zwolnienia trenera Slota, o czym mówiło się pod koniec ubiegłego roku.
Zobacz także: Ależ błąd! Zabrali gola Lewandowskiemu. Hiszpanie pokazali
Liverpool po 22 kolejkach ma 36 punktów i jest na czwartym miejscu w Premier League. Do prowadzącego Arsenalu traci aż 13 punktów i ma jeden mecz rozegrany więcej.