Dajcie spokój z tym "upadkiem Cristiano Ronaldo". Na zimno buduje swoją legendę

Michał Kiedrowski
Odklejony od rzeczywistości narcyz, który niszczy własną legendę - tak można podsumować znakomitą większość komentarzy po wywiadzie Cristiano Ronaldo, w którym Portugalczyk atakuje trenera, działaczy i cały Manchester United. A co, jeśli właśnie w ten sposób Ronaldo tę legendę buduje? - pyta Michał Kiedrowski ze Sport.pl.

Gdybym nie interesował się w ogóle piłką nożną i zobaczył ostatnie komentarze o Cristiano Ronaldo, to miałbym przeświadczenie, że właściwie nic - no, może poza dobrą prezencją - Portugalczyk w futbolu nie osiągnął. Jeśli jeden wywiad udzielony bulwarowej prasie, jeśli jeden słaby sezon w Manchesterze United powoduje, że on niszczy własną legendę, to musiała mieć ona bardzo kruche podstawy. 

Zobacz wideo Co musi zrobić Lewandowski, żeby zostać sportowcem roku?

Odklejony od rzeczywistości narcyz to niemal każda gwiazda piłki

Oczywiście, Ronaldo wielkim piłkarzem jest, był i będzie. I to nie opinia, a fakt. Jego dokonania na boisku mówią same za siebie i nawet mało chlubny schyłek kariery tego nie zmieni. Choć jest i inna oczywistość: burza medialna po słowach Portugalczyka musi przejść. Takie są prawa rynku. I nikogo nie powinny dziwić słowa takie jak: narcyz, upadła legenda, rozmienianie się na drobne itd. Trzeba mówić mocno, z emocjami, niekoniecznie adekwatnie.

Swoim wywiadem Ronaldo nie zrobił jednak nic niekonwencjonalnego. To sytuacja, z jaką w zawodowej piłce nożnej mamy do czynienia niemal co chwilę. Jest narcyzem? Oczywiście, jak większość piłkarskich gwiazd, które uważają, że gra drużyny powinna być ustawiona pod nie. Jest oderwany od rzeczywistości? To prawda, jak znakomita większość zawodowych piłkarzy, którzy trwonią pieniądze na lewo i prawo i gdy przychodzi koniec kariery, nie bardzo wiedzą, jak i za co żyć. Dba przede wszystkim o swój własny interes? Brawo, postępuje zgodnie z naczelną zasadą w biznesie. 

Emocje rozgrywane na zimno

Trudno nie wierzyć w zranione uczucia Portugalczyka. Fakt, że siedzi na ławce, powoduje, że czuje on frustrację. 37-latek wie, że marnuje czas, a ma go przed sobą bardzo mało, jeśli chodzi o dalszą karierę. Degradacja sportowa powoduje, że czuje brak szacunku ze strony całego klubu, włączając trenera, działaczy i kolegów z zespołu - zwłaszcza tych młodszych. To zrozumiałe. 

Gdy się jednak dokładnie przyjrzeć, to w jego postępowaniu widać, że nawet te emocje rozgrywa na zimno. To, co robi w United, to powolna eskalacja konfliktu, którego finałem ma być transfer. Pierwszy krok to plotki o tym, że Ronaldo chce grać w klubie, który wystąpi w Lidze Mistrzów. A Manchester United do niej się nie zakwalifikował. Potem niekończące się przecieki o kolejnym transferze dopiętym na 99 procent. Były jeszcze opuszczone sparingi i 45 minut z Atletico Madryt, po których Ronaldo udał się do domu, nie czekając na drugą połowę. Portugalczyk umiejętnie eskalował konflikt z klubem, czekając na moment, w którym Manchester United będzie miał dość.  

Nie był w tym specjalnie oryginalny. Portugalczyk nie doszedł przecież do momentu, gdzie byli inni gracze o mniejszej sławie, którzy potrafili w ogóle zniknąć z klubu jak Ousmane Dembele z Borussii Dortmund, albo Gareth Bale z Tottenhamu. Potem okazało się, że ich wizerunkowy upadek i narcyzm z tamtego okresu kariery nie miały żadnego znaczenia na późniejszym etapie. 

Gdyby Lewandowski powiedział to samo o Bayernie, byłby u nas osobowością roku

Konflikt o odejście z Bayernem Monachium eskalował też Robert Lewandowski. On też chciał wymusić transfer, mówiąc, że chciałby spróbować, gdzieś indziej, że "coś w nim zgasło". Do poziomu eskalacji, na który wstąpił Ronaldo, Polak wejść nie musiał, bo Bayern zgodził się na transfer. A i Bawarczycy dobrze na tym wyszli, zarabiając niezwykłe pieniądze, jak na 34-latka. Gdyby jednak Lewandowski, chcąc wymusić transfer, powiedział o Bayernie to samo, co Ronaldo o Manchesterze United, to zapewne nikt między Wisłą i Odrą nie pisałby o wizerunkowym upadku oderwanego od rzeczywistości piłkarskiego narcyza, ale raczej o wielkiej osobowości światowej piłki, która nie boi się mówić prawdy, choć wiele będzie ją to kosztowało. 

W przeciwieństwie do historii z Lewandowskim, Manchesterowi United bardziej zależy, aby postawić na swoim niż w lecie Bayernowi Monachium. Ronaldo to widzi, więc postanowił odpalić jeszcze jeden ładunek. I wybrał na to czas doskonały. Skończyły się właściwie tegoroczne rozgrywki klubowe, a mundial w Katarze jeszcze nie zaczął. Portugalczyk znów będzie w centrum uwagi co najmniej kilka dni. Następna taka okazja przyjdzie dopiero w styczniu. Jeśli Manchester United znów pozostanie głuchy na prośby o transfer Portugalczyka, to Ronaldo znów podostrzy konflikt. Jeśli więc teraz "wypisał się z poważnej piłki" i "zaliczył totalny upadek wizerunkowy", to co będzie wtedy? Aż strach pomyśleć. 

Największy ubaw będzie jednak wtedy, gdy Ronaldo dopnie swego i przejdzie np. do Sportingu. Wtedy nagle się okaże, że napisał piękną historię, gdy bogacz zrezygnował z milionów, by wrócić tam, gdzie się wszystko zaczęło. Albo, gdy wyląduje w Realu; wtedy rzuci wyzwanie legendzie Michael Jordana, by zatańczyć swój "Last Dance". Gdy znajdzie się w PSG razem z Messim? Znów przepiękna historia o tym, że dwie największe legendy grają w jednej drużynie. Gdy wyląduje w każdym innym klubie z pensją dużo niższą niż w Manchesterze United: oto prawdziwa gwiazda, która po prostu chce grać w piłkę, a miliony ją nie interesują.

Narracji o zwycięstwie sportu nad pieniądzem i tym podobnych niezwykłości będzie do wyboru sporo. Tak Cristiano Ronaldo wciąż będzie budował własną legendę.  

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.