Najdroższy bramkarz świata był pośmiewiskiem. Nagle przyszła szansa. "Światowa klasa"

Konrad Ferszter
Cztery lata temu Kepa Arrizabalaga został najdroższym bramkarzem w historii futbolu. Ale zamiast stać się też jednych z najlepszych, bliżej mu było do pośmiewiska. 28-latek jednak się nie załamał i ostatnio przypomina, czemu Chelsea zapłaciła za niego kosmiczne 80 mln euro.

W 21. minucie niemal z linii pola karnego strzelał John McGinn. Sekundę później z 11. metrów dobijał Jacob Ramsey, a po nim z bliska poprawiał jeszcze Danny Ings. Mimo że piłkarze Aston Villi w jednej akcji ostrzelali bramkę Chelsea, to gola nie strzelili, bo przed linią bramkową cuda wyczyniał Kepa Arrizabalaga. 

Zobacz wideo Lewandowski kochany w Hiszpanii, aż tu nagle: Trzeba to jasno powiedzieć

- Ile strzałów mógłby jeszcze odbić? To było wybitne! - emocjonował się komentator. To i tak było niczym w porównaniu do interwencji, jaką Hiszpan popisał się 10 minut później. Interwencji, która z pewnością będzie mogła kandydować do najlepszej w sezonie.

Bo chyba tylko Kepa wie, jakim cudem odbił piłkę nad poprzeczkę po strzale głową Ingsa z czterech metrów. - Przecież to wydawało się niemożliwe! Kolejny popis Kepy w tym meczu! - wykrzykiwał komentator.

Hiszpan zachwycił w niedzielnym meczu Chelsea z Aston Villą (2:0). Mimo że oba gole dla drużyny Grahama Pottera strzelił Mason Mount, to nikt nie miał wątpliwości, że zawodnikiem meczu był Kepa. W głosowaniu kibiców Hiszpan zebrał dwa razy więcej głosów od Anglika. 

- To był występ światowej klasy - podsumował po meczu Potter. Ale to nie był przypadek. Po dwóch sezonach spędzonych na ławce Kepa wreszcie zachwyca i przypomina, dlaczego Chelsea uczyniła z niego najdroższego bramkarza na świecie.

Światowe pośmiewisko

Po meczu na Villa Park to Hiszpan najdłużej dziękował kibicom, którzy przyjechali do Birmingham wspierać Chelsea. Liam Twomey z "The Athletic" napisał, że Kepa "zdawał się upajać momentem, który w trakcie jego pobytu w Londynie miał już nie nadejść".

Bo przecież jeszcze dwa miesiące temu hiszpański bramkarz był przez wielu skreślany i wydawało się, że jego odejście z klubu zdawało się kwestią dni. Kepę chciało wypożyczyć Napoli, ale nie porozumiało się z Chelsea w kwestii podziału jego tygodniówki wynoszącej 150 tys. funtów. Ta czyni Hiszpana jednym z najlepiej zarabiających zawodników w drużynie Pottera.

Kepa otrzymał taki kontrakt latem 2018 r., kiedy przychodził do Chelsea z Athletiku Bilbao za kosmiczne 80 mln euro. Londyńczycy opłacili klauzulę znajdującą się w jego umowie, czyniąc go najdroższym bramkarzem w historii. Kepa na Stamford Bridge miał zastąpić Thibauta Courtoisa, który chwilę wcześniej odszedł do Realu Madryt. Miał, ale zawiódł na całej linii.

O jego błędach, słabiutkich statystykach i nieposłuszeństwie wobec Maurizio Sarriego w finale Pucharu Ligi napisano niemal wszystko. Kepa miał dorównać najlepszym i być bramkarzem Chelsea na lata, a stał się pośmiewiskiem na oczach świata. Wyszydzany był też klub, bo kto za takiego nieudacznika płaci takie pieniądze?

W lutym 2020 r. ówczesny trener Chelsea Frank Lampard  stracił cierpliwość do Kepy i posadził go na ławce rezerwowych. Na kilka tygodni do bramki wszedł blisko 40-letni Willy Caballero. Latem tego samego roku na Stamford Bridge trafił Edouard Mendy, przez co Kepie została rola wiecznego rezerwowego.

Jeszcze przed rozpoczęciem obecnego sezonu próżno było szukać kogoś, kto uważał, że kariera Hiszpana w Chelsea nie byłaby skończona. A przecież przed chwilą Kepa skończył zaledwie 28 lat, a jego kontrakt ważny jest jeszcze przez ponad 2,5 roku.

Bramkarz przeklęty

W Hiszpana nie wierzył już nikt, bo nawet kiedy bronił dobrze, dawał powody do krytyki. Momentami można było mieć wrażenie, że to bramkarz przeklęty. Na początku poprzedniego sezonu był bohaterem meczów z Villarrealem o Superpuchar Europy oraz z Aston Villą i Southampton w Pucharze Ligi. We wszystkich błyszczał w serii rzutów karnych.

Ale co z tego, skoro kilka miesięcy później wszyscy i tak drwili z jego "popisu" przeciwko Liverpoolowi w Pucharze Ligi? Kepa wszedł na boisko na serię rzutów karnych i znów miał być bohaterem. Miał, ale puścił wszystkie 11 strzałów. Sam też spudłował w ostatniej serii, posyłając piłkę w trybuny Wembley. Angielskie brukowce przez kilka dni wypominały Hiszpanowi nie tylko tragiczny strzał, ale też jego prowokacje na linii bramkowej, które w żaden sposób nie zdeprymowały przeciwników. 

- Wiem, że nie jest zadowolony, bo nie grał tyle, ile by chciał. Ja jednak jestem szczęściarzem, że mam tak dobrych dwóch bramkarzy. Jego przyszłość zależy od niego samego, ale ja chciałbym, żeby z nami został. To kapitalny człowiek i bardzo ważna część drużyny. Pracuje pokornie i ciężko i naprawdę nigdy nas nie zawiódł - mówił Thomas Tuchel na koniec poprzedniego sezonu.

Z opinią Niemca częściowo zgadzali się też kibice Chelsea. Kepa, mimo że nie grał, zawsze pokazywał wielką klasę. Hiszpan nigdy nie skarżył się na swoją sytuację, nie wymuszał transferu, nie psuł atmosfery w drużynie. Wręcz przeciwnie. Robił wszystko, by być w najwyższej formie w momencie, w którym nadejdzie kolejna szansa. I ta w końcu nadeszła.

Dołączy do najlepszych w lidze?

Na początku września Mendy doznał kontuzji kolana, która wykluczyła go na kilkanaście dni. Kepa wszedł do bramki na mecz z Dinamem Zagrzeb (0:1) i od tamtej pory utrzymuje miejsce w składzie. Jego sytuacji nie zmienił ani powrót Mendy'ego, ani to, że zwolnionego Tuchela zastąpił Potter.

Nowy trener Chelsea nie miał powodów, by sadzać Kepę na ławce. Hiszpan bronił dobrze, czego w ostatnim czasie nie można było powiedzieć o Mendym. Senegalczyk, bohater Chelsea ze zwycięskiego sezonu w Lidze Mistrzów, ostatnio grał niepewnie, a do tego zdarzyło mu się kilka koszmarnych błędów w grze nogami. Większość z nich kończyła się golem dla rywali.

A Kepa rósł z meczu na mecz. Niedzielny występ przeciwko Aston Villi był najlepszym podsumowaniem jego ostatniej formy. Kepa obronił w tym meczu siedem strzałów, czym wyrównał swój rekord w Premier League w meczu, w którym nie puścił gola. A według statystyki oczekiwanych bramek powinien puścić co najmniej dwie. 

Mecz z Aston Villą był czwartym z rzędu, w którym Kepa zachował czyste konto. W siedmiu występach stracił tylko trzy bramki. - Jestem nim zachwycony. Miał tu bardzo trudny czas, ale dziś zawdzięczmy mu zwycięstwa - powiedział Potter.

- Wygląda na bardzo spokojnego i pewnego siebie. Wcześniej mu tego nie brakowało, ale momentami nie panował nad emocjami, przez co tracił koncentrację. Nie widzę powodów, dla których w najbliższym czasie nie miałby stać się jednym z najlepszych bramkarzy w lidze - skomentował ekspert "The Athletic" Matt Pyzdrowski.

Co na to sam Kepa? - Przede wszystkim jestem bardzo szczęśliwy, że mogę pomagać drużynie. Czuję się dobrze i pewnie. Cały czas wierzyłem, że praca, jaką wykonałem, miała sens. Miałem wzloty i upadki, ale takie jest życie. Pracowałem ciężko i dziś mogę się cieszyć grą - powiedział z szerokim uśmiechem po meczu z Aston Villą. Uśmiechem, który na Stamford Bridge dawno nie był widziany.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.