"Uwiedzeni" miliarderzy kupują kluby piłkarskie? Nie, w tym nie ma magii i miłości

Jeśli ktoś wysłuchał rozmowy Igora Janke i Michała Okońskiego na temat "Po co bogacze kupują kluby piłkarskie?" w audycji "Układ Otwarty", to na tytułowe pytanie usłyszał odpowiedź, że są to albo naiwniacy spełniający dziecięce marzenia, albo cynicy, którzy pod płaszczykiem sportowych inwestycji załatwiają swoje ciemne interesy. Tymczasem odpowiedź powinna być zupełnie inna.

Całej tej audycji wysłuchałem z dużym rozczarowaniem, choć "Układ otwarty" cenię i słucham prawie każdego jego odcinka. Tym razem jednak w obu rozmówcach zwyciężył duch kibicowski i romantyczne patrzenie na ukochany sport. Na końcu audycji Michał Okoński z "Tygodnika Powszechnego" powiedział niejako w podsumowaniu: - Jest to opowieść o uwiedzeniu rozsądnych skądinąd i chłodno rozumujących ludzi z jednej strony, a z drugiej strony jest to opowieść o tych, którzy mają swoje interesy do załatwienia na boku. Interesy, dla których są w stanie pogodzić się z tym, że ten klub nie zarabia. 

Zobacz wideo

Nie ma trzeciej drogi? Są tylko naiwni romantycy i cynicy? Nie ma biznesmenów, którzy chcą na klubach zarobić? Moje wieloletnie przyglądanie się temu, jak działa zawodowy sport, utwierdza mnie w przekonaniu, że tych, którzy są w nim dla pieniędzy, jest zdecydowana większość.  

Klub za 50 mln dolarów jest dziś warty 8 miliardów

Na początek historyjka, którą w ostatnich latach media w USA powtarzają do znudzenia. W 1983 r. Donald Trump dostał ofertę kupienia klubu ligi futbolu amerykańskiego – NFL – Dallas Cowboys za 50 mln dolarów. Biznesmen, który został potem prezydentem USA, odrzucił ofertę. W dodatku jego tłumaczenie było kuriozalne: – Żal mi tego biedaka, który kupi Dallas Cowboys. To sytuacja bez szans na sukces. Jeśli Cowboys znów będę wygrywać, to ludzie powiedzą: "No cóż, żadna jego zasługa, wygrywali przecież przez lata". Ale jeśli będą przegrywać – co wydaje się bardziej prawdopodobne, bo mają mnóstwo problemów – cały świat będzie miał go za przegrywa. 

Klub ostatecznie kupił w 1989 r. Jerry Jones za 140 mln dolarów i jest właścicielem Kowbojów do dziś. Drużyna z Dallas jest warta obecnie 8 miliardów dolarów i jest najcenniejszym klubem sportowym na świecie, choć ostatni raz w Super Bowlfinale ligi NFL i największym wydarzeniu medialnym roku w USA – grała 27 lat temu. 

Tę anegdotkę przytaczam tym razem nie po to, by – jak to robią przeciwnicy Trumpa – udowodnić, jakim były prezydent był biznesowym dyletantem, ale by unaocznić, jaką perspektywę mają amerykańscy miliarderzy, którzy inwestują w kluby sportowe. 

 

Amerykanie rzucili się na inwestycje w piłkę nożną

A tak się składa, że paru kolegów Jonesa z NFL zainwestowało również w kluby piłkarskie. Rodzina Glazerów z Tampa Bay Buccaneers to właściciele Manchesteru United, Shahid Khan z Jacksonville Jaguars ma Fulham, a Stan Kroenke z Los Angeles Rams zawiaduje Arsenalem. Zwłaszcza ten ostatni miliarder to ciekawa postać, jeśli chodzi o inwestycje sportowe. Ma jeszcze klub NBA (Denver Nuggets), drużynę NHL (Colorado Avalanche) i zespół MLS (Colorado Rapids) oraz kilka innych drużyn w mniej renomowanych ligach. Łączny majątek Kroenkego szacowany jest na 10,7 miliarda dolarów. O właścicielu Arsenalu trudno powiedzieć, że został "uwiedziony" przez magię piłki nożnej czy innego sportu. On na zimno realizuje swoje interesy. A o jego wyrachowaniu najbardziej przekonali się kibice w St. Louis, gdy przeniósł Rams z tego miasta do Los Angeles, gdzie wybudował za 5 mld dolarów najdroższy stadion świata.

Do grona amerykańskich inwestorów w europejskich klubach dołączył niedawno Todd Boehly, który za 2,5 miliarda funtów kupił Chelsea od Romana Abramowicza. Z nowego właściciela londyńskiego klubu żartował w "Układzie otwartym" redaktor Okoński, że się "podpalił" i jego zapędy na rynku transferowym musiał powściągać trener Thomas Tuchel.  

Moim zdaniem z "podpaleniem się" działania Boehly'ego nie miały nic wspólnego. Akurat doskonale pamiętam, co zrobił, gdy został współwłaścicielem baseballowej drużyny Los Angeles Dodgers. Zespół, który przez poprzedniego właściciela – Franka McCourta (obecnie w Olympique Marsylia) – został postawiony w stan upadłości, dosłownie szalał na transferowym rynku. Budżet na płace zawodników skoczył z 95 mln dolarów w 2012 r. do 216,5 mln w 2013. Rok później Dodgers byli najlepiej płacącą drużyną w lidze z budżetem na pensje na poziomie 235 mln dolarów. Taką strategią biznesową mieli Boehly i spółka. Przyniosła sukces. Co roku drużyna gra w play-off i jest zawsze przedsezonowym faworytem do wygrania World Series. Od 10 lat Dodgers mają też najlepszą frekwencję na trybunach w całej lidze. Klub, który Boehly i spółka kupili za 2 miliardy dolarów, warty jest dziś 4 miliardy.  

Innym baseballowym właścicielem klubu piłkarskiego w Anglii jest John Henry, którym ma Liverpool w Premier League i Boston Red Sox w MLB. Angielski klub kupił za 300 mln funtów. Dziś The Reds warci są według wyceny biznesowego magazynu "Forbes" 3,6 miliarda funtów.

Nie, to nie są chłopcy spełniający dziecięce marzenia

Wszyscy ci ludzie nie mieszczą się w obrazie, który nakreślił w "Układzie otwartym" Michał Okoński, który mówiąc o różnych powodach kupowania klubów piłkarskich, stwierdził: - Cześć z nich [miliarderów kupujących kluby – red.] zamienia się w chłopców spełniających swoje dziecięce marzenia i wtedy to się kończy bardzo źle. Niektórzy kupują sobie dzięki temu rodzaj luksusowej zabawki, co poprawia ich wizerunek, ale wielu z nich załatwia przy okazji jakieś swoje interesy. Niezwykłym przypadkiem jest tu Roman Abramowicz, który kupił Chelsea.  

I oczywiście zgadzam się: są właściciele klubów piłkarskich, którzy pod ich przykrywką budują sobie sieci wpływów i wybielają swój wizerunek jak Katarczycy w PSG. Ale to są naprawdę nieliczne wyjątki. I nie wiem, jak mogło to umknąć tak cenionym skądinąd dziennikarzom, że ów przywołany jako przykład piłkarskiego utracjusza Roman Abramowicz zrobiłby na Chelsea doskonały interes, gdyby nie wojna na Ukrainie. 

Przecież Rosjanin kupił w 2003 r. angielski klub za śmieszne jak na dzisiejsze czasy pieniądze: 60 mln funtów. Do tego spłacił 80 mln funtów długów drużyny. Potem tak hojnie wspierał klub, że Chelsea miało wobec niego dług w wysokości 1,5 miliarda funtów. Ostatecznie jednak zespół został sprzedany za 2,5 miliarda. I gdybyśmy odliczyli sumę, za jaką Abramowicz kupił klub i dług, jaki Chelsea miała wobec niego, to i tak Rosjaninowi zostałoby w kieszeni jakieś 500 czy 600 mln funtów czystego zysku, odliczając jeszcze podatki i koszty prawne. Całkiem nieźle jak na "najgorszy interes na świecie", którym miałyby być kluby piłkarskie. Oczywiście Abramowicz tych pieniędzy nie dostanie, bo – jako zaufany prezydenta Rosji Władimira Putina – jest objęty sankcjami

Chelsea? Amerykanin kupił klub za półdarmo?

Jeśli więc miałbym udzielić odpowiedzi na pytanie, dlaczego bogacze kupują kluby piłkarskie, to powiedziałbym, że dla pieniędzy. Owszem, jeśli spojrzymy na roczny bilans przychodów i wydatków drużyn w piłce nożnej, to bardzo często właściciele klubów muszą na bieżąco do nich dokładać, ale dopóki przychody i wartość drużyn rosną, to robią to lekką ręką.  

Zresztą podejrzewam, że z perspektywy amerykańskich inwestorów europejskie kluby są wciąż niedoszacowane. Gdy Joe Tsai kupował w 2018 r. klub NBA Brooklyn Nets, zapłacił 3,2 miliarda dolarów, czyli 10,5 razy więcej niż roczne przychody klubu. Rok wcześniej Tilman Fertitta kupił Houston Rockets (NBA) za 2 miliardy dolarów, co stanowiło 7,4-krotności przychodów. Pod tym względem najwięcej warci byli Los Angeles Clippers. Kupieni w 2014 r. za 2 miliardy dolarów, czyli 13,7 razy więcej niż przychody. Na tym tle Chelsea była tania. Boehly zapłacił tylko nieco więcej niż pięciokrotność przedpandemicznych przychodów londyńskiego klubu. W porównaniu do Nets czy Clippers kupił drużynę za półdarmo.

Oczywiście w NBA właściciel klubu ma większą kontrolę nad rentownością swojej drużyny dzięki ograniczeniu budżetu na płace (salary cap) i umowie zbiorowej, jaką liga zawiera ze związkiem zawodowym koszykarzy. Jednak i w piłce nożnej podobne propozycje wciąż są na stole. Co prawda nie wypaliła na razie Superliga, ale to projekt, który prędzej czy później powróci, choć pewnie w nieco innej formie i z błogosławieństwem UEFA. Europejska federacja współpracuje bowiem z najbogatszymi klubami w dziele ciągłej oligarchizacji europejskich rozgrywek. Przecież finansowe fair play, czy wcześniejsze zwolnienie drużyn z najlepszych lig z eliminacji do Ligi Mistrzów, właśnie temu służy. Bogaci stają się jeszcze bogatsi. Niedługo – po rozszerzeniu Champions League do 36 drużyn - chcą przeforsować pomysł, by jedną z dróg kwalifikacji do fazy grupowej był tzw. ranking historyczny. Byłaby to doskonała furtka, aby utytułowane drużyny grały w Lidze Mistrzów non stop, niezależnie od wyników w krajowych ligach. Lepszą rentowność klubom ma natomiast zapewnić nowa forma finansowego fair play wprowadzona przez UEFA, która ograniczy budżet na płace i transfery do 70 procent przychodów.  Jeśli to się uda, takie kluby jak Liveprool, Chelsea czy Manchester United jeszcze zyskają na wartości.

Taką perspektywę mają bogacze, którzy kupują piłkarskie kluby. Z zabawą i realizacją dziecięcych marzeń nie ma to nic wspólnego. 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.