"Przeklęty klub. Największy upadek w historii". Teraz wracają do żywych, po 23 latach

Konrad Ferszter
Do trzeciej ligi spadli jako pierwszy w historii zdobywca Pucharu Europy. W awansie do Premier League nie pomogły ani kuwejckie, ani greckie pieniądze. Dwa lata temu miejsce w barażu stracili po samobójczym golu w 96. minucie. W ciągu ostatnich dwóch dekad Nottingham Forest zapracowało na miano klubu przeklętego. Łatkę może odczepić już w niedzielę.

"23 lata. Długie 23 lata minęły od spadku Nottingham Forest z Premier League. Od tamtej pory zmieniło się mnóstwo rzeczy. Jedne pokolenia odeszły, inne się narodziły. Powstały nowe kraje. Odkryto nowe planety. Jedna rzecz się nie zmieniła: fani w Nottingham są wiecznie rozczarowani" - napisał na portalu "The Athletic" Nick Miller. 

Zobacz wideo Ondrasek deklaruje walkę o powrót do ekstraklasy. "Nigdzie się nie wybieram"

Na City Ground, stadionie Nottingham Forest, wciąż żyje się głównie przeszłością i drużyną Briana Clougha, która na przełomie lat 70. i 80. minionego wieku święciła największe triumfy w historii klubu. Nic dziwnego, od tamtej pory kibice nie mieli wielu powodów do radości.

Obecne Nottingham Forest w żaden sposób nie może równać się z drużyną sprzed ponad 40 lat. W niedzielę drużyna Steve'a Coopera może zapisać nową kartę w historii klubu. Od upragnionego awansu do Premier League dzieli ją już tylko jeden mecz. W finale baraży na Wembley Nottingham Forest zagra z Huddersfield Town.

- Mam 35 lat, więc gdy spadaliśmy z Premier League, byłem wystarczająco duży, by rozumieć, co się stało. Całe moje dorosłe życie związane z tym klubem było wiecznym rozczarowaniem. Stoimy przed tak wielką szansą, że aż nie wiem, jak się zachować. Emocje i nerwy sprawiają, że czuję się chory. Staram się twardo stąpać po ziemi, by znów się nie rozczarować, ale to bardzo trudne. Na ten jeden dzień całe miasto będzie zjednoczone. Po latach upokorzeń, sukcesu pragniemy jak tlenu - powiedział Arun Verma z radia BBC Nottingham.

Największy upadek w historii

W 1977 r. awans na najwyższy poziom rozgrywek w kraju. W kolejnym sezonie mistrzostwo Anglii. W następnych dwóch triumfy w Pucharze Europy, poprzedniku Ligi Mistrzów. Do tego Superpuchar Europy i dwa puchary ligi angielskiej. Niezwykłe lata drużyny Clougha opowiedziano już na tysiące sposobów. Ale to już historia. 

Od tamtych wydarzeń minęło tak dużo czasu, że tylko w Nottingham nie są one powodem do żartów i ironicznych przyśpiewek. "Nie jesteście i już nigdy nie będziecie wielcy. Zresztą wtedy i tak nie było was na świecie, więc nie macie pojęcia, o czym śpiewacie" - nucili kibice w Walsall, Swindon, Scunthorpe, Oldham, Gillingham czy Yeovil, w miasteczkach, gdzie Nottingham Forest grywało swoje mecze w League One, czyli na trzecim poziomie rozgrywkowym w Anglii. Żaden z wcześniejszych zdobywców Pucharu Europy nie stoczył się tak nisko.

Upadek klubu z City Ground był spektakularny. Anglicy uważają go nawet za jeden z największych w historii. Wszystko, co złe z Nottingham Forest zaczęło się dziać w latach 90. To wtedy drużyna balansowała między Premier League a Division 1 (obecna Championship). Huśtawka nastrojów w klubie była potężna: w 1993 roku spadek z Premier League, rok później awans, w kolejnym trzecie miejsce.

Po następnym spadku i awansie sytuacja się ustabilizowała. Na nieszczęście klubu i jego kibiców Nottingham Forest utknęło na zapleczu Premier League. Tam zaczęły się problemy finansowe, które po sześciu latach sprawiły, że w 2005 r. klub nie tylko spadł do League One, ale był też o krok od bankructwa.

Nie pomogły pieniądze z Kuwejtu

W trzy lata udało się jednak nie tylko wyprostować sytuację finansową, ale też zbudować zespół, który awansował na zaplecze Premier League. Na tym optymizm w ostatnich latach się jednak kończył, a awans wywalczony 14 lat temu był ostatnim momentem prawdziwej radości dla kibiców Nottingham Forest.

Od tamtej pory klub albo miał bardzo nieudane sezony, albo spektakularnie wywracał się w decydujących momentach. Tak było w 2010 r., kiedy Nottingham Forest przegrało z Blackpool w półfinale baraży o awans do Premier League i rok później, kiedy na tym samym etapie lepsze było Swansea.

Potężnym rozczarowaniem były też rządy Fawaza Al-Hasawiego z Kuwejtu, który przejął klub w lipcu 2012 roku. Chociaż nowy właściciel zapowiadał, że w ciągu 3-5 lat Nottingham Forest nie tylko wróci do Premier League, ale i ustabilizuje w niej swoją pozycję, to jego kadencja była nieporozumieniem.

- W ostatnich latach w Nottingham zawsze były wielkie plany, ale rzadko szły za nimi odpowiednie ruchy - mówi nam Tomasz Zieliński, komentator stacji Eleven Sports. - Al-Hasawi otaczał się mnóstwem doradców, słono im płacił, a później w ogóle ich nie słuchał. Jego czas w klubie to był koszmar - opowiadał były piłkarz i trener Nottingham Forest, Frank Clark.

Wagony nowych piłkarzy, 11 trenerów w pięć lat - tak wyglądał klub zarządzany przez Kuwejtczyków. Al-Hasawi nie tylko podejmował niezrozumiałe decyzje, ale też praktycznie nie interesował się klubem. W Anglii bywał rzadko, kibice Forest zarzucali mu, że zajmują go jedynie biznesy w ojczyźnie. W efekcie tylko raz w ciągu pięciu lat zespół zakończył ligę w pierwszej 10.

Symboliczny był też moment rozstania. W 2017 roku Nottingham Forest utrzymało się w Championship tylko dzięki lepszemu bilansowi bramek. Po ostatnim meczu kibice byli w ekstazie, tysiące z nich z radości wbiegło na murawę. - Już nie mogę patrzeć na ten klub, bo pęka mi serce. Zamiast ze wściekłością oczekiwać lepszych czasów, ci ludzie cieszą się, że w ogóle mogą grać w Championship. Nie mogę tego zaakceptować - pieklił się legendarny zawodnik klubu Stuart Pierce.

Ostatni sezon ostatecznie zniechęcił mocno znudzonego Al-Hasawiego. Na odchodne Kuwejtczyk postanowił zabrać z klubu replikę Pucharu Anglii z 1959 roku, co rozjuszyło społeczność klubu, a sprawa zakończyła się w sądzie.

"Niekończąca się udręka. Piekło"

Jeśli kibice Nottingham Forest liczyli, że nowy właściciel - Evangelos Marinakis - nie będzie oznaczał jeszcze większych rozczarowań, to byli w błędzie. Tego, co wydarzyło się 22 lipca 2020 roku, po prostu nie da się logicznie wyjaśnić.

Po dwóch przeciętnych sezonach za kadencji Marinakisa Nottingham Forest szykowało się do pierwszych od dziewięciu lat baraży o Premier League. Wystarczyło jedynie nie zepsuć sytuacji w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego. A trzeba podkreślić, że by ją zepsuć, trzeba było wyjątkowych umiejętności. Idealne zadanie dla Nottingham Forest.

Przed ostatnią kolejką zespół był na szóstym miejscu, miał trzy punkty przewagi i o pięć goli lepszy bilans bramkowy od Swansea. W ostatnim meczu Nottingham Forest grało z utrzymanym już w lidze Stoke City. Gospodarzom wystarczał remis, nie przeszkodziłaby im nawet minimalna porażka.

Wyniki? Porażka Nottingham Forest 1:4 i takie samo zwycięstwo Swansea z Reading sprawiły, że klub z City Ground spadł na siódme miejsce i pożegnał się z marzeniami o awansie przez gorszy o jednego gola bilans bramkowy. Jakby tego było mało, decydujące trafienia w obu meczach padały w doliczonym czasie gry. W 91. minucie Swansea objęło prowadzenie 4:1, a w 96. minucie Nottingham Forest straciło bramkę na 1:4 po samobójczym golu Nuno Da Costy.

- W ostatnich latach widzieliśmy kilka spektakularnych upadków, ale to, co wydarzyło się w ostatnich minutach tego meczu, mogło spotkać tylko Nottingham Forest. Starsi ludzie powiedzą, że ostatnich 20 lat minęło im bardzo szybko. Dla kibiców tego klubu to jednak niekończąca się udręka. To piekło - komentował Colin Fray z BBC Nottingham.

"Jeden z najlepszych zwrotów akcji w historii"

Chociaż Marinakis, tak samo jak Al-Hasawi, nie oszczędzał kolejnych trenerów, to Sabri Lamouchi, który doprowadził do tamtej klęski, utrzymał posadę. Francuz nie był już jednak w stanie odbudować zaufania drużyny i raptem trzy miesiące wyleciał z klubu. Jego następca - Chris Hughton - poprzedni sezon ukończył dopiero na 17. pozycji.

- Hughton utrzymał drużynę, i to było najważniejsze. Na nikim wrażenia nie zrobił, ale liczono, że nowy sezon będzie nowym otwarciem. Czyli jak co roku w Nottingham. Przed obecnymi rozgrywkami drużyna Hughtona była wymieniana w szerokim gronie kandydatów do gry w barażach. Początek sezonu sprawił jednak, że nikt w ogóle o tym nie myślał. Atmosfera momentalnie stała się fatalna - opowiada Zieliński.

Hughton został zwolniony we wrześniu po sześciu porażkach i remisie w siedmiu pierwszych kolejkach. To najgorszy start rozgrywek w wykonaniu Nottingham Forest od 1913 r. Hughton zostawił zespół na przedostatnim miejscu w tabeli. Kolejne rozczarowanie? Nie tym razem. W Nottingham w końcu podjęto doskonałą decyzję. Miejsce Hughtona zajął Cooper, a zespół rozpoczął efektowny marsz w górę tabeli. "To jeden z najlepszych zwrotów akcji w historii tej ligi" - czytamy na "The Athletic".

- Zatrudnienie Coopera od razu wyglądało na kapitalną decyzję. W ostatnich dwóch latach prowadził Swansea, które mimo bardzo przeciętnego składu doprowadził do baraży. Zresztą to pierwszy od 1966 r. trener, który z jakąkolwiek reprezentacją Anglii sięgnął po mistrzostwo świata. To wciąż młody szkoleniowiec, który naprawdę może daleko zajść - zauważa Zieliński.

Największym sukcesem w dotychczasowej karierze Coopera jest wspomniane mistrzostwo świata z 2017 r., jakie 42-latek zdobył z kadrą do lat 17. - Jeśli doprowadzi misję do końca i awansuje z Nottingham Forest do Premier League, to bez cienia wątpliwości będzie to jego największe osiągnięcie - przekonuje Zieliński.

Efektowna przemiana

Przemiana zespołu z City Ground była naprawdę efektowna. Pod wodzą Coopera w sezonie zasadniczym Nottingham Forest przegrało sześć z 38 meczów, czyli tyle samo, ile w pierwszych siedmiu kolejkach.

- Jak wracam pamięcią do tego, co działo się z tą drużyną we wrześniu, to jej dzisiejsze miejsce wydaje mi się nierealne. Kiedy Cooper zaczynał pracę w Nottingham, nikt w ogóle nie mówił o awansie. Jeśli stawiano mu jakiekolwiek cele, to było to bardziej utrzymanie w lidze niż jakiekolwiek marzenia o Premier League - mówi Zieliński.

Jak Cooper odmienił Nottingham Forest? - Kluczowa okazała się zmiana ustawienia. Zespół za kadencji Hughesa grał w klasycznych ustawieniach 4-4-2 albo 4-2-3-1. Cooper przestawił drużynę na system z trójką środkowych obrońców, przez co wyciągnął maksimum z wielu zawodników - wyjaśnia Zieliński.

I dodaje: - Na zmianie ustawienia zyskali m.in. wahadłowy - Djed Spence - czy ofensywny pomocnik - Philip Zinckernagel. Pierwszy wyróżniał się do tego stopnia, że media łączyły go nawet z powołaniem do reprezentacji Anglii. Zinckernagel zaś strzelił siedem goli i miał 10 asyst, lepsze liczby w tym sezonie miał tylko rewelacyjny Brennan Johnson.

To właśnie 21-letni Johnson jest niekwestionowaną gwiazdą drużyny. Napastnik zdobył w tym sezonie aż 19 bramek i miał dziewięć asyst. - Niesamowity chłopak - mówi Zieliński. I dodaje: - To w ogóle fajna historia, bo Johnson urodził się w Nottingham, a jego ojciec w przeszłości był zawodnikiem Forest i w 2003 r. strzelał gole w przegranych barażach przeciwko Sheffield United. Brennan ma wszystko, by jego historia zakończyła się happy endem.

- O chłopaku, który ma 21 lat, trudno mówić, że jest kompletny, ale Johnson ma niemal wszystko, co powinien mieć klasowy piłkarz. Jest skuteczny, uwielbia wchodzić w pojedynki i, co chyba najważniejsze, nie zawodzi w kluczowych momentach. Chłopak ma potencjał, by zostać gwiazdą i trafić do czołowego klubu Premier League - przekonuje.

Mecz o co najmniej 135 milionów funtów

Mimo że Nottingham Forest obecny sezon zaczęło fatalnie, to do końca walczyło o bezpośredni awans do Premier League. Do tego zabrakło siedmiu punktów, a kluczowa okazała się wyjazdowa porażka z Bournemouth (0:1) w przedostatniej kolejce. Mimo wszystko w Nottingham wierzą, że w niedzielę zespół Coopera pokona Huddersfield Town, z którym w tym sezonie wygrało na wyjeździe (2:0) i przegrało u siebie (0:1).

- Cooper sprawił, że nawet jeśli się nie uda, to w tym roku brak awansu nie będzie bolał aż tak bardzo. Kibice wreszcie uwierzyli, że można tu zbudować silną i efektownie grającą drużynę. Po latach nędzy przyszła wreszcie wiara w sukces. To dla nas i tak dużo, prawda? - pytał były zawodnik, trener i prezes klubu Frank Clark.

Nieco innego zdania jest Zieliński. - Jeśli Nottingham Forest nie awansuje w tym sezonie, to już nie wiem kiedy. Wydaje się, że w tym roku mają już naprawdę wszystko. Silny zespół oraz świetnego trenera, który zżył się z zawodnikami i kibicami. Jeśli i tym razem im się nie uda, to drużynę czeka kolejna przebudowa. Część zawodników wróci do macierzystych klubów z wypożyczenia, część wyróżniających się piłkarzy będzie kuszona przez bogatsze kluby Championship, a może nawet i Premier League. Cały projekt trzeba będzie budować od nowa - mówi.

I kończy: - Niezależnie od wyniku spodziewam się jednak, że Cooper zostanie w Nottingham. To ambitny facet, który tak łatwo się nie podda. Poza tym już w Swansea pokazał, że z przeciętnym składem jest w stanie zrobić wynik ponad stan. Cooper potrafi nie tylko wyciągać z piłkarzy wszystko, co najlepsze, ale ma też znakomite oko do młodzieży. Nie chodzi tylko o mistrzostwo świata sprzed pięciu lat. To za jego kadencji szansę w seniorskiej piłce dostał m.in. Conor Gallagher, który zachwycał w tym sezonie w Premier League w barwach Crystal Palace. Kto wie, może w następnym sezonie odkryje kolejnych i w Nottingham wreszcie dopną swego?

A gra toczy się o niemałą stawkę. Zwycięzca baraży za awans do Premier League zarobi co najmniej 135 milionów funtów. Mecz Huddersfield Town - Nottingham Forest w niedzielę o 17:30. Transmisja na żywo w Eleven Sports.

Więcej o: