W sobotę Manchester City rozbił Watford aż 5:1 i odskoczył w tabeli Premier League drugiemu Liverpoolowi na cztery punkty. Wobec tego "The Reds" nie mogli sobie pozwolić na potknięcie w starciu z lokalnym rywalem. Ale i Everton rozpaczliwie szukał punktów. Po niedzielnej wygranej Burnley nad Wolverhampton Wanderers 1:0 zespół Franka Lamparda spadł do strefy spadkowej.
Faworyt tego spotkania był więc tylko jeden. Liverpool jest ostatnio w bardzo dobrej dyspozycji. W lidze ostatni raz przegrał 28 grudnia zeszłego roku (0:1 z Leicester). Dodatkowo grał u siebie. To w połączeniu z faktem, że Everton potrzebował punktów jak tlenu spowodowało, że goście wyszli na ten mecz ustawieni ultradefensywnie. Dodatkową motywacją było to, że ewentualna strata punktów przez Liverpool oznaczałoby dla "The Reds" pożegnanie się z marzeniami o doścignięciu Manchesteru City.
Więcej treści sportowych znajdziesz również na Gazeta.pl
Everton robił więc wszystko co w jego mocy, żeby przeszkadzać ekipie lokalnego rywala i wytrącać go z rytmu. Doprowadzało to do kuriozalnych scen. W doliczonym czasie w pierwszej połowie piłkę w polu karnym po jednym z dośrodkowań złapał golkiper Evertonu Jordan Pickford. Zaraz po tym, jak chwycił piłkę upadł na kolana, a dwie sekundy później położył się cały na murawie. Standardowa zagrywka bramkarzy, kiedy chcą ukraść trochę czasu. W tym przypadku było to jednak aż nadto widoczne i ostentacyjne. Przypomnijmy też, że była to wciąż dopiero pierwsza połowa. Zachowanie Pickforda spotkało się z aplauzem kibiców Evertonu, a fani Liverpoolu oczywiście wybuczeli i wygwizdali golkipera reprezentacji Anglii. Ten chwilę później się podniósł i skwitował całą sytuację uśmiechem. Na dodatek, to nie była jedyna taka sytuacja w tym spotkaniu, co tylko potęgowało irytację piłkarzy Juergena Kloppa.
Everton próbował dowieźć do końca przynajmniej wynik 0:0, ale ta sztuka się nie powiodła. W 62. minucie wynik otworzył Andy Robertson, który zamknął akcję Liverpoolu i po dośrodkowaniu Mohameda Salaha głową pokonał Jordana Pickforda. W 85. minucie wynik na 2:0 ustalił Divock Origi.
Taktyka Evertonu nie powiodła się. Zespół Franka Lamparda przegrał 0:2 i w całym meczu miał 17 procent posiadania piłki. Na dodatek w doliczonym czasie gry czekało ich jeszcze jedno małe upokorzenie. Po jednej z niewielu akcji Evertonu padł celny strzał na bramkę gospodarzy. Piłkę łatwo wyłapał Alisson, który dwie sekundy po jej chwyceniu… położył się na murawie, drwiąc tym samym z Jordana Pickforda. Spowodowało to nie lada wrzawę na Anfield i śmiech komentatorów.
Liverpool dzięki wygranej nadal znajduje się na drugim miejscu i ma punkt straty do Manchesteru City. Everton jest w strefie spadkowej, na 18. miejscu. Do bezpiecznej 17. lokaty, którą zajmuje Burnley, traci dwa punkty. Dobrą informacją może być tylko fakt, że Everton rozegrał jeden mecz mniej.