Dwie drużyny z innej planety grają w Anglii. "Są jak wieczny ból w tyłku"

Konrad Ferszter
Manchester City i Liverpool to obecnie dwie najlepsze drużyny na świecie, a ich trenerzy to najlepsi fachowcy w swoim pokoleniu. Każdy młody szkoleniowiec chce być albo jak Pep Guardiola, albo jak Juergen Klopp. Każdy też chciałby, żeby jego drużyny grały jak te dwie, które w ostatnich latach zdominowały najlepszą ligę świata.

"Liverpool - Manchester City to najlepsza, najbardziej intensywna i najbardziej jakościowa rywalizacja w historii angielskiego futbolu. Jest absolutnie wyjątkowa. Po raz pierwszy w historii dwa nasze kluby są najlepsze nie tylko w lidze, ale i na świecie. A na dodatek prowadzone są przez dwóch najlepszych trenerów swojego pokolenia" - tak na łamach "The Telegraph" pisze były obrońca Liverpoolu, Jamie Carragher.

Zobacz wideo Iga Świątek reaguje na pozycję liderki rankingu WTA

I dodał: "Juergen Klopp i Pep Guardiola w charakterystyczny dla siebie sposób odmienili drużyny. Obaj trenerzy mają swoich wyznawców na całym świecie. W każdym kraju na najwyższym poziomie znajdziecie co najmniej po jednym szkoleniowcu, który będzie chciał być albo jak Klopp, albo jak Guardiola. Jedni oprą swój styl ja szaleńczym tempie i możliwie najszybszym odbiorze piłki, drudzy będą podążać za modelem opartym na jej posiadaniu. Kiedyś szkoleniowcy chcieli być jak Johan Cruijff. Dzisiaj chcą być albo Kloppem, albo Guardiolą".

Trudno o lepszą zapowiedź dwóch wielkich meczów, które odbędą się w ciągu zaledwie sześciu dni. W niedzielę Manchester City podejmie Liverpool w najważniejszym meczu sezonu w Premier League. W sobotę zespoły Guardioli i Kloppa zagrają ze sobą na Wembley o awans do finału Pucharu Anglii.

Kto wie, czy w tym sezonie nie zagrają raz jeszcze. 28 maja w Paryżu w finale Ligi Mistrzów. Bo Manchester City i Liverpool to dziś dwie najlepsze drużyny na świecie, a żadna rywalizacja nie wzbudza tylu emocji i nie daje tylu sportowych uniesień. Nie ujmując niczego Realowi Madryt i FC Barcelonie w Hiszpanii, Interowi Mediolan, Milanowi i Napoli we Włoszech czy Bayernowi Monachium i Borussii Dortmund w Niemczech, to dwie drużyny z innej planety grają dziś w Anglii.

Nie ma mowy o "wielkiej szóstce"

Na początku niech przemówią liczby. Jeśli wziąć pod uwagę trwający sezon oraz trzy poprzednie, Manchester City zdobył aż 338 punktów z 432 możliwych do zdobycia. Liverpool - tylko o jeden mniej. Drużyny Guardioli i Kloppa podzieliły między siebie ostatnie cztery mistrzostwa Anglii (3-1 dla City), a szkoleniowcy cztery ostatnie tytuły trenera roku w Premier League (3-1 dla Guardioli). 

Ich rywalizacja wzniosła się na poziom, jakiego Anglia wcześniej nie widziała. Począwszy od sezonu 2017/18 przez kolejne trzy lata Manchester City i Liverpool punktowały najlepiej w historii Premier League. W 2018 roku zespół Guardioli zakończył ligę ze 100 punktami, bijąc o pięć 13-letni rekord Chelsea za kadencji Jose Mourinho. Rok później Manchester City wygrał Premier League z 98 punktami na koncie, tylko o punkt wyprzedzając Liverpool. Zespół Kloppa doczekał się rewanżu w 2020 roku, kiedy zdominował ligę z 99 punktami. 

Dla rywali to liczby niewyobrażalne i nieosiągalne. Gdy Manchester City i Liverpool wywalczyły grubo ponad 300 punktów, Chelsea zdobyła 264 punkty, Manchester United - 257, Tottenham - 246, a Arsenal - 238. To oznacza, że w ciągu ostatnich lat rywale Manchesteru City i Liverpoolu tracili do nich średnio od 19,5 do blisko 30 punktów. Przepaść. W Anglii zwykło mawiać się o najpierw o "wielkiej czwórce", później o "wielkiej szóstce". Patrząc na statystyki, należałoby mówić tylko o dwójce.

To rywalizacja, która od lat trwa nie tylko w Premier League, ale też w Europie. W ostatnich czterech finałach Ligi Mistrzów Liverpool zagrał dwukrotnie, Manchester City raz. Zespół Kloppa w 2018 roku przegrał z Realem Madryt (1:3), by za rok pokonać Tottenham (2:0). Drużyna Guardioli przed rokiem była o krok od wymarzonego triumfu, ale w finale przegrała z Chelsea (0:1).

Sporo wskazuje na to, że Manchester City i Liverpool mogą zagrać ze sobą w tegorocznym finale. Obie drużyny znalazły się po przeciwnych stronach drabinki i są o krok od awansu do półfinału. Zespół Guardioli po zwycięstwie nad Atletico Madryt (1:0), a Kloppa po pokonaniu Benfiki (3:1). Nazwanie ich faworytem po ewentualnym awansie do kolejnej fazy na pewno nie będzie nadużyciem.

Drogi pomyłki i nieoczywiste gwiazdy

Obie drużyny i trenerów łączą świetne wyniki, ale też wiele dzieli - nie tylko styl gry, ale też sposób budowania zespołów. Chociaż obaj szkoleniowcy przeprowadzili w szatniach generalne remonty, to doszli do tego innymi drogami. 

Guardiola, mając w zespole już takie gwiazdy jak Kevin de Bruyne, David Silva, Raheem Sterling czy Sergio Aguero, długo poszukiwał brakujących ogniw. I nie szczędził na nie grosza. Mimo że w ciągu kilku lat Katalończyk dokonał kilku doskonałych transferów, a tacy gracze jak de Bruyne czy Phil Foden za jego kadencji weszli na wyższy poziom, to przy okazji zaliczył też kilka transferowych wpadek lub przynajmniej wątpliwych ruchów.

To Guardiola swego czasu uczynił z Johna Stonesa najdroższego obrońcę na świecie, płacąc za niego 50 milionów funtów. Ten nie tylko nigdy nie wszedł na oczekiwany poziom i - co więcej - przez chwilę był światowym pośmiewiskiem. Kosztujący 40 milionów funtów Leroy Sane, choć miał momenty, że zachwycał, to po poważnej kontuzji lekką ręką został oddany do Bayernu Monachium.

Drogich elementów, które za chwilę były wymieniane na inne, było w Manchesterze City więcej. Wystarczy wspomnieć Claudio Bravo (17 milionów funtów), Danilo (27 milionów), Benjamina Mendy'ego (52 miliony) czy Ferrana Torresa (21 milionów). W tym sezonie krytykowany jest zaś Jack Grealish, za którego Guardiola zapłacił latem aż 100 milionów funtów.

Klopp, chociaż na możliwości finansowe klubu też oczywiście nie mógł narzekać, stworzył maszynę do wygrywania za mniejsze pieniądze. To za jego kadencji na światowy poziom weszli wyciągnięci z Southampton Virgil van Dijk (75 milionów funtów, najdroższy transfer w historii klubu), Sadio Mane (34 miliony) czy Mohamed Salah (36,5 miliona) i Fabinho (39 milionów). Niemiec sprowadzał zawodników w idealnym wieku i w najlepszym momencie ich karier. Chociaż ci w poprzednich klubach grali na wysokim poziomie, to na Anfield Road weszli na ten najwyższy, niezbędny do zdobywania najważniejszych trofeów.

Ale Klopp dostrzegał też wielki potencjał w zawodnikach nieoczywistych jak Joel Matip, którego sprowadził za darmo czy Andy Robertson, za którego zapłacił spadkowiczowi - Hull City - osiem milionów funtów i uczynił z niego jednego z najlepszych lewych obrońców świata. To za kadencji Niemca po przeciwnej stronie rozkwitł wychowanek Liverpoolu Trent Alexander-Arnold, a w kolejce do wielkich karier stoją też już kolejni młodzi piłkarze - Curtis Jones czy Harvey Elliott. 

Wątpliwości nie brakowało

To, co łączy Guardiolę i Kloppa, to czas, jaki potrzebowali na budowę wielkich zespołów. Niemiec pracuje w Liverpoolu od października 2015 roku, Katalończyk w Manchesterze od lipca 2016.

Łączy ich też to, że mimo iż dzisiaj są uznawani za geniuszy, to w Anglii zdążono w nich zwątpić. W Guardiolę po pierwszym sezonie bez mistrzostwa kraju i kolejnych niepowodzeniach w Lidze Mistrzów. Przy okazji zawsze wypominano mu setki milionów funtów zainwestowane w - przede wszystkim - linię obrony.

Sprowadzani do klubu obrońcy albo nie pasowali do jego stylu, albo gra na najwyższym poziomie ich przerastała. Ciągłe próby i kombinacje Guardioli w pewnym momencie stały się obiektem drwin. Dziś już nikt się jednak nie śmieje, bo od ponad dwóch lat Manchester City broni najskuteczniej w Anglii.

Kloppowi zarzucano zaś, że budowa jego projektu trwa za długo. Dość powiedzieć, że na pierwszy tytuł za jego kadencji Liverpool czekał blisko pięć lat, a po drodze przegrał finał Ligi Europy w 2016 roku. Kiedy już nawet kibice na Anfield Road zaczęli powątpiewać w geniusz Niemca, on ze spokojem odpowiadał, że ludzie w Liverpoolu są zbyt niecierpliwi. Klub przez lata oczekiwał na wielki sukces, a od niego wymagano cudów niemal od ręki. 

- Musicie się zmienić z ludzi, którzy wiecznie wątpią w tych, którzy bezustannie wierzą - apelował Klopp. I miał rację. W 2019 roku najpierw wygrał Ligę Mistrzów, Suerpuchar Europy i klubowe mistrzostwo świata, a rok później dołożył do tego sukces w lidze. Sukces, na który na Anfield Road czekano od 1990 roku.

W końcu w Kloppa uwierzono tak, że niewielu domagało się jego głowy, gdy wiosną zeszłego roku przegrał sześć z ośmiu meczów w lidze i odpadł z Pucharu Anglii z odwiecznym rywalem - Manchesterem United. Niemal wszyscy wiedzieli, że Niemiec podniesie Liverpool. I on to zrobił.

Liverpool dogoni City, jak City dogoniło Liverpool?

Tak jak w sezonie 2018/19 Manchester City dogonił Liverpool, tak w tych rozgrywkach zespół Kloppa goni drużynę Guardioli. Trzy lata temu zespół z Anfield Road nie zdobył mistrzostwa, mimo że na początku roku miał siedem punktów przewagi nad rywalami, a w całym sezonie przegrał tylko jeden mecz. Oczywiście z Manchesterem City.

Teraz sytuacja jest odwrotna. Jeszcze pod koniec stycznia zespół Guardioli prowadził w lidze z ośmioma punktami zapasu i wszyscy zastanawiali się, kiedy będzie świętował trzecie z rzędu mistrzostwo. Kiedy jednak Manchesterowi City zdarzyły się niespodziewane remisy z Southampton (1:1) i Crystal Palace (0:0) oraz porażka z Tottenhamem (2:3), Liverpool zaliczył efektowną serię 10 zwycięstw z rzędu w lidze i dziś do lidera traci tylko punkt.

"Chociaż na początku sezonu wydawało nam się, że do walki o tytuł włączy się Chelsea, to Guardiola i Klopp znów pokazali, że są poza zasięgiem. Kiedy oni rośli i się rozpędzali, wygrywając mecz za meczem, drużyna Thomasa Tuchela wpadła w kryzys i odpadła z wyścigu" - napisał Carragher.

"Są jak wieczny ból w tyłku"

Teraz przed Manchesterem City i Liverpoolem dwa mecze, które - choć o żadnym tytule nie zdecydują - przy takiej formie obu zespołów będą jak finały. Zwycięzcy staną na pole position w walce o mistrzostwo i będą zdecydowanym faworytem finału Pucharu Anglii. Podniosłości rywalizacji dodaje ton, w jakim obaj trenerzy wypowiadają się o rywalu.

- Grałem z największymi klubami na świecie i przeciwko najlepszym trenerom, ale to Liverpool Kloppa jest najtrudniejszym przeciwnikiem, jakiego spotkałem. Gdyby nie oni, spokojnie wygrywalibyśmy ligę w wielkim stylu. Są jak wieczny ból w tyłku - śmiał się Guardiola.

- Czasem brakuje słów, by opisać, jak szanuję to, co oni robią. To szalony zespół z najlepszym trenerem na świecie. To mieszanka, która stawia przede mną największe wyzwanie w karierze. Gdybym był innym człowiekiem, mógłbym być przygnębiony, że mam takiego rywala. Gdyby nie Guardiola, to zdobyłbym więcej tytułów nie tylko tu, ale też w Niemczech z Borussią Dortmund. Na szczęście lubię taką rywalizację. Jestem szczęśliwy, że czeka nas coś takiego - odpowiedział Klopp.

W niedzielę wielka piłkarska uczta w Manchesterze, w sobotę deser w Londynie.

Więcej o: