Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Hity transferowe za wielkie pieniądze. Jak to możliwe, że klub nie złamał przepisów?

Tylko tego lata Chelsea wydała ponad 200 milionów euro na transfery. Jak to możliwe, że klub ze Stamford Bridge nie złamie zasad finansowego fair play?

Takiego ruchu w interesie na Stamford Bridge nie było od początku rządów Romana Abramowicza. Latem 2003 i 2004 roku, czyli w swoich dwóch pierwszych letnich okienkach transferowych w Londynie, rosyjski oligarcha wydał grubo ponad 300 milionów euro, budując drużynę, która w kolejnych latach regularnie zapełniała klubową gablotę z trofeami.

Zobacz wideo Timo Werner w Chelsea. "Mógł przemówić do niego projekt Lamparda"

Już wtedy, w nawiązaniu do rosyjskiego właściciela, Chelsea złośliwie nazywana była Chelski, a media i rywale londyńczyków narzekali, że Abramowicz rujnuje futbol, płacąc niespotykane w tamtym czasie kwoty za piłkarzy. Przeciwnikom działań klubu ze Stamford Bridge pozostawały jednak tylko krzyk i niezadowolenie, bo wtedy o finansowym fair play jeszcze nikt nie słyszał.

Teraz, mimo problemów ze stałym pobytem na Wyspach, a nawet spekulacji o możliwym wycofaniu się z klubu, Abramowicz znów zaszalał na rynku transferowym. Kiedy inni zaciskali pasa z powodu skutków pandemii koronawirusa, Chelsea wydała już ponad 200 milionów euro na Kaia Havertza, Timo Wernera, Bena Chilwella, Hakima Ziyecha i podpisując umowy z pozostającymi bez kontraktów Thiago Silvą i Malangiem Sarrem. Na tym jednak nie koniec, bo za kolejnych 20 milionów euro lada dzień na Stamford Bridge ma zjawić się bramkarz Rennes Edouard Mendy, a media wciąż łączą Chelsea z Declanem Ricem z West Hamu United.

Teraz, tak samo jak 17 lat temu, Abramowicz stał się dla rywali wrogiem numer jeden. W swój były klub uderzył m.in. Jose Mourinho, który przed laty chętnie wydawał pieniądze Rosjanina, a na ostatniej konferencji prasowej mówił, że jego Tottenham, w przeciwieństwie do innych, szanuje finansowe fair play. Portugalczyk miał na myśli nie tylko Chelsea, ale też Manchester City, nad którym wisiało widmo wyrzucenia z pucharów za brak finansowej płynności.

Sęk w tym, że mimo obostrzeń nakładanych przez FFP, Abramowicz mógł pozwolić sobie na rozrzutność tego lata.

Chelsea w zgodzie z finansowym fair play

Za sezon 2018/19 Chelsea zanotowała stratę w wysokości około 110 milionów euro. To najwięcej od 2005 roku. Stratę za rozgrywki 18/19 wygenerowały przede wszystkim drogie transfery Kepy Arrizabalagi, Christiana Pulisica i Jorginho. Tak wysoka strata powinna niepokoić kibiców Chelsea, tym bardziej że finansowe fair play dopuszcza maksymalny minus w wysokości 30 milionów euro i to nie za jeden rok, a za ostatnie trzy lata.

Jak to więc możliwe, że Chelsea nie złamie zasad FFP tego lata? Głównie dlatego, że strata za sezon 18/19 została z nawiązką odrobiona w poprzednich rozgrywkach. Chociaż najnowszy, oficjalny bilans finansowy klub udostępni dopiero pod koniec tego roku, to już teraz wiadomo, że będzie on na ogromnym plusie. Wszystko przez sprzedaż Edena Hazarda do Realu Madryt i Alvaro Moraty do Atletico. Media w Anglii i Hiszpanii nieoficjalnie informowały, że na transferach obu piłkarzy londyńczycy zarobili łącznie około 160 milionów euro. Teraz wiemy jednak, że taką kwotę Chelsea zarobiła tylko na sprzedaży Hazarda. Łącznie do kasy Chelsea wpadło więc ponad 200 milionów euro.

Potężny zastrzyk finansowy poprzedniego lata splótł się z zakazem transferowym, jaki klub otrzymał za łamanie przepisów dotyczących podpisywania kontraktów z zawodnikami poniżej 18. roku życia. Zeszłego lata Chelsea wydała tylko 40 milionów euro, wykupując z Realu Mateo Kovacicia (zakaz transfery nie miał tu mocy prawnej, ponieważ umowa między klubami została zawarta rok wcześniej).

Wielkie transfery spłacasz przez lata

Transferowy bilans finansowy z ostatnich dwóch lat wychodzi Chelsea na spory plus. Jest on jednak mniejszy, niż 200 milionów euro, jakie klub wydał w ostatnich miesiącach. Londyńczycy w kolejnych dwóch latach nie będą musieli jednak niczego bilansować na siłę. Po pierwsze dlatego, że wszyscy nowi piłkarze zostali zarejestrowani po 1 lipca, więc ich koszt zostanie wpisany w wydatki już na okres 2020/21.

Po drugie dlatego, że transfery do klubu rozliczane są przez finansowe fair play przez cały czas trwania kontraktu zawodnika. I tak np. 60 milionów euro, jakie Chelsea zapłaciła za Wernera, nie zostanie w całości zaksięgowane w jednym roku. Jak informuje "The Athletic" roczny koszt utrzymania Niemca dla FFP to około 22 milinów euro. Na tę sumę składa się kwota transferu podzielona na pięć lat oraz koszt rocznej umowy piłkarza.

- To dozwolona, sprytna sztuczka, która ułatwia klubom zarządzanie finansami. Kluby rozkładają kwotę transferu na czas trwania kontraktu, ale często też bardzo szybko decydują się na przedłużenie umowy z zawodnikiem, by ten czas jeszcze wydłużyć. Dzięki temu tak drodzy piłkarze nie spędzają snu z powiek księgowym - wyjaśnia w "The Athletic" dr Rob Wilson, ekspert od finansów futbolu z Sheffield Hallam University.

- Chelsea jest w tym mistrzem. Spójrzcie, co zrobili z Hazardem. Kupili go za 40 milionów euro, które wraz z jego pensją rozłożyli na siedem lat. W końcu sprzedali go o wiele drożej, a ważne jest to, że pieniądze ze sprzedaży można księgować od razu, w jeden rok - dodaje portalowi jeden z europejskich agentów piłkarskich. 

Właśnie, sprzedaż. To ona ma dodatkowo wzmocnić pozycję Chelsea względem finansowego fair play. Na utrzymaniu klubu są wciąż m.in. Davide Zappacosta, Tiemoue Bakayoko, Marco van Ginkel czy Danny Drinkwater, których Frank Lampard nie chce w drużynie. Klub ze Stamford Bridge zrobi wszystko, by pozbyć się piłkarzy, których pensje według "Daily Mail" kosztują go blisko 600 tysięcy euro tygodniowo. Rocznie Chelsea mogłaby zaoszczędzić na nich niemal 30 milionów euro!

Przy rozważaniach na temat finansowego fair play w najbliższym czasie trzeba pamiętać, że UEFA zapowiedziała złagodzenie obostrzeń w związku z ekonomicznymi skutkami pandemii koronawirusa.

Chelsea wykorzystuje moment, by zmniejszyć różnicę jakości

Kondycja finansowa klubu oraz sytuacja na rynku transferowym po pandemii koronawirusa sprawiły, że Chelsea wyczuła moment do zmniejszenia różnicy w jakości piłkarskiej, jaka dzieliła zespół Lamparda od Liverpoolu i Manchesteru City. Pieniądze zarobione na sprzedaży Hazarda i Moraty oraz umiejętności negocjacyjne Mariny Granowskiej umożliwiły londyńczykom sprowadzenie gwiazd i to za kwoty niższe od pierwotnie oczekiwanych przez kluby, z którymi Rosjanka zasiadała do negocjacji.

Tak było w przypadku Havertza i Chilwella. Obaj piłkarze nie chcieli już grać odpowiednio w Bayerze Leverkusen i Leicester City, zmuszając kluby do sprzedaży. Niemcy i Anglicy musieli też obniżyć swoje żądania wobec Chelsea, ponieważ ekonomiczne skutki pandemii sprawiły, że pozostali giganci nie decydowali się na złożenie kontrofert. Podobnie było w przypadku Wernera, który znacznie wcześniej niż z londyńczykami porozumiał się z Liverpoolem. Klub z Anfield Road nie zdecydował się jednak na opłacenie klauzuli Niemca, co bez większego wahania zrobiła Chelsea.

- Kluby mogą się do tego publicznie nie przyznawać, ale fakty są takie, że nawet najwięksi ucierpieli przez pandemię. Zatrzymanie, a nawet przedwczesne zakończenie rozgrywek i gra bez publiczności mocno odbiły się na ich finansach. Mniejsi i biedniejsi od Chelsea musieli sprzedać swoje gwiazdy nawet za mniejsze pieniądze od pierwotnie oczekiwanych. Na końcu wygrał pragmatyzm i matematyka, z którymi londyńczycy nie muszą się teraz mierzyć - dodaje w "The Athletic" anonimowy agent piłkarski.

I kończy: Bayern pokazał Chelsea, jak wiele brakuje jej do najwyższego, europejskiego poziomu. Abramowicz udowodnił już, że zależy mu na tym, by klub znów zaliczano do ścisłej czołówki w Europie. Teraz wszystko spada na barki Lamparda, który z gwiazd musi zbudować silny zespół.