Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Trzy kluby walczą o setki milionów. Porażka może skończyć się katastrofą

Aston Villa, Watford, Bournemouth - te kluby w niedzielę powalczą o utrzymanie w Premier League. Utrzymanie, którego wartość liczona jest w setkach milionów funtów.

Dla tych trzech klubów ostatnia kolejka będzie najważniejszą w sezonie i jedną z najważniejszych w całej historii. Bo spadek z Premier League to coś znacznie więcej niż tylko zjazd o jeden poziom w ligowej hierarchii. Chociaż kluby przez dwa, a jeśli przed spadkiem grały w lidze dłużej niż rok to przez trzy lata, otrzymują finansową poduszkę, to odsunięcie od potężnych pieniędzy Premier League czasami kończy się katastrofą. 

Zobacz wideo Timo Werner w Chelsea. "Mógł przemówić do niego projekt Lamparda"

Zeszłoroczni spadkowicze, czyli Huddersfield Town, Fulham i Cardiff w poprzednim sezonie otrzymali od ligi po 100 milionów funtów. W obecnych rozgrywkach Championship nie mogli liczyć nawet na połowę tej kwoty. A do tego dochodzą też straty związane z zainteresowaniem klubem, sprzedażą lóż, biletów, reklamami etc. Jedni koszty spadku szacują na 100 milionów funtów. Inni, jak dyrektor generalny Aston Villi - Christian Purslow - mówią, że to kwota nawet dwa razy większa. - To katastrofa, która może pociągnąć klub na dno - powiedział.

I kiedy spojrzymy na historie niektórych spadkowiczów z ostatniej dekady, to ze zdaniem Purslowa trudno się nie zgodzić. Portsmouth jeszcze dwa lata temu grało w League Two, czyli w czwartej lidze. Po awansie do League One spotkało tam starych znajomych z Premier League, czyli Sunderland, Blackpool i Bolton, który w tym sezonie zaliczył kolejny spadek. W kolejnym sezonie w trzeciej lidze zagra też Hull City. W Championship ledwo utrzymało się Birmingham, które musiało ratować budżet sprzedażą Jude'a Bellinghama do Borussii Dortmund. Wielkie problemy ma też Wigan.

Aston Villa, Watford i Bournemouth walczą więc nie tylko o spięcie budżetu na kolejny rok, ale być może i własną przyszłość.

West Ham - Aston Villa

W najlepszej sytuacji przed niedzielą jest Aston Villa, która dzięki wtorkowej wygranej z Arsenalem (1:0) po pięciu miesiącach wygrzebała się ze strefy spadkowej. Zespół Deana Smitha skorzystał też na wysokiej porażce Watfordu z Manchesterem City (0:4), wyprzedzając go lepszą różnicą bramek. Bo to ona jest najważniejsza, gdy drużyny mają tyle samo punktów. Jeśli i ona nie przynosi rozwiązania, to w następnej kolejności liczone są strzelone gole i bezpośrednie mecze. Jako ostateczne rozwiązanie przepisy przewidują dodatkowy mecz między zainteresowanymi zespołami.

Aston Villa to jedno z największych rozczarowań tego sezonu i najlepszy przykład na to, że wielkie pieniądze wydawane na transfery, nie dają spokojnego utrzymania w lidze. Latem klub z Birmingham wydał na wzmocnienia blisko 150 milionów funtów, a mimo to przez cały sezon drużyna Smitha należała do najsłabszych w lidze. 

Rozrzutność Aston Villi może dziwić, zwłaszcza, gdy spojrzymy na to, co działo się z nią kilka lat temu. Klub mocno się zadłużał, by wejść do Premier League, co wpędziło go w poważne kłopoty finansowe. Po spadku z ligi w sezonie 2015/16 Aston Villa zaliczyła stratę w wysokości 81 milionów funtów. Rok później wyniosła ona 14 milionów.

W sezonie 2017/18 klub z Birmingham był bliski powrotu do Premier League, jednak przegrał finał play-off z Fulham. To sprowadziło na Aston Villę kolejne problemy finansowe, a miesiąc później okazało się, że klub ma też zaległości podatkowe w wysokości 4 milionów funtów. W lipcu 2018 roku właściciel "Villans" - Tony Xia - musiał sprzedać 55 procent akcji klubu egipskiej firmie NSWE Group należącej do miliarderów -  Nassefa Sawirisa i Wesa Edensa.

Czy teraz byłoby podobnie? Patrząc na letnie wydatki Aston Villi i słowa przytaczanego wcześniej Purslowa, nie można wykluczyć takiego scenariusza.

Arsenal - Watford

Sytuację w tabeli i niedzielne mecze podpowiadają, że los Watfordu jest przesądzony. Zespół Haydena Mullinsa ma tyle samo punktów co Aston Villa, jednak trudno przypuszczać, by w Londynie osiągnął lepszy wynik. Zwłaszcza, że piłkarze wyglądają na rozbitych po ostatnich wydarzeniach.

Po 35. kolejce Watford był na bezpiecznym, 17. miejscu z trzema punktami przewagi nad Bournemouth i czterema nad Aston Villą. Po zwycięstwach nad Norwich i Newcastle drużyna wydawała się rozpędzona, a przed nią był kluczowy mecz z walczącym jeszcze o utrzymanie West Hamem. W Londynie wszystko się posypało. Watford przegrał 1:3, pracę stracił trener Nigel Pearson, a kilka dni później jego następca zebrał łomot od Manchesteru City. Nawiasem mówiąc, Pearson to już trzeci szkoleniowiec, którego w tym sezonie zwolnił nerwowy właściciel klubu, Gino Pozzo. Wcześniej los Anglika podzielili Javi Gracia i Quique Sanchez Flores.

- Nie pomogliśmy sobie. Nie zrobiliśmy nic, by osiągnąć lepszy wynik. Nasza pewność siebie jest szalenie niska. Nie próbujemy nawet minimalizować strat, co też jest przecież ważne. Po prostu dajemy się bić - powiedział po meczu z City bramkarz Watfordu, Ben Foster.

Co czekałoby Watford po spadku? Pozzo jest przede wszystkim biznesmenem, więc angielskie media są przekonane, że w pierwszej kolejności Włoch wysłuchałby ofert za najbardziej wartościowych piłkarzy, czyli Abdoulaya Doucoure, Gerarda Deulofeu, Ismailę Sarra, Willa Hughesa czy Roberto Pereyrę. Zespół na pewno zostałby mocno osłabiony i nie wiadomo, czy Pozzo chciałby inwestować w niego, by jak najszybciej wrócić do Premier League. Bo na to nie ma złotej recepty, co pokazuje historia nie tylko Leeds, ale i samego Watfordu, który po ostatnim spadku w 2007 roku na awans czekał osiem lat.

Everton - Bournemouth

W niedzielę najtrudniejsze zadanie czeka Bournemouth, które nie tylko musi wygrać mecz na Goodison Park, ale też liczyć na porażki Aston Villi i Watfordu. Dla klubu z Dean Court spadek miałby też największe znaczenie finansowe.

Klub już od jakiegoś czasu boryka się z problemami finansowymi. Koronawirus jego sytuację jeszcze pogorszył. W marcu klub oznajmił, że nie będzie dalej opłacał zakwaterowania swych najmłodszych piłkarzy. Jednocześnie obciął też inne dotacje związane z ich utrzymaniem, m.in. pokrycie opłat za wyżywienie i inne usługi. Taką informację dyrektor finansowy klubu David Holiday wysłał do zainteresowanych stron mailem, tłumacząc,  że "klub w tym czasie nie może wspierać wszystkich i musi podjąć kroki, by chronić siebie".

Bournemouth szukało oszczędności, zabierając środki przeznaczone na najmłodszych adeptów piłki. W kwietniu wycofało się ze zwolnień swoich pracowników i ogłosiło, że nie będzie korzystało z rządowego programu pomocy. Nie było to motywowane pobudkami ekonomicznymi i nagłym dopływem gotówki, tylko protestem kibiców. Bournemouth, które - jak opisywała lokalna prasa –miało przemienić się w "miasto duchów", musiało martwić się nawet o to, czy doczeka wznowienia meczów po przerwie spowodowanej koronawirusem.

Problemem są przede wszystkim wysokie kontrakty słabych piłkarzy. "The Athletic" informowało, że Bournemouth wydaje aż 85 procent budżetu na pensje zawodników! To znacznie powyżej zaleceń UEFA, która radzi, by ten wskaźnik nie przekraczał 60 procent. 

Po spadku w Bournemouth na pewno doszłoby do wyprzedaży. Ryan Fraser opuścił klub za darmo z końcem czerwca, w poniedziałek "Guardian" poinformował, że o krok od Manchesteru City jest Nathan Ake, który miałby kosztować około 30 milionów funtów. Po tak słabym sezonie trudno przypuszczać, by za innych graczy Bournemouth mogło otrzymać podobne pieniądze.

Sytuacja klubu bardzo przypomina tę, w której trzy lata temu znalazł się Sunderland. Ten również miał olbrzymie problemy finansowe, a po spadku do Championship opuścili go wszyscy najważniejsi zawodnicy. To sprawiło, że klub od razu zleciał do League One, w której zagra też w przyszłym sezonie. W przypadku Bournemouth nie można byłoby wykluczyć podobnego scenariusza.

Ostatnia kolejka Premier League w niedzielę o godzinie 17:00.

Więcej o: