Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Szaleniec wchodzi do Premier League z hukiem. "Uważaj, w tym świecie jest pełno krwi"

Szesnaście lat temu oni spadli z Premier League, a on wyczerpany psychicznie po pracy z reprezentacją Argentyny zamknął się w klasztorze. Leeds United próbowało na nowo wymyślić siebie, a Marcelo Bielsa na nowo wymyślić futbol. Dwa lata temu połączyli siły, w weekend świętowali awans do Premier League.

W tym klasztorze - bez komputera, telewizora, telefonu, kontaktu ze światem - wytrzymał ponad trzy miesiące. Wyszedł, bo wariował - słyszał, jak mówią do niego książki i zaczynał gadać sam ze sobą. To była jego najdłuższa przerwa od trenowania. Tak próbował poradzić sobie z porażką. Sposób to nie najgorszy, bo bywało, że rozważał samobójstwo. Leciał na Euro 96 do Anglii, siedział obok Jorge Valdano, gdy wzięło go na refleksję. "Myślałeś kiedyś po porażce, żeby się zabić?" - pytał zupełnie poważnie.

Ale po trzech latach znów był na swoim miejscu - na przenośnej lodówce przy ławce rezerwowych. Nie wiadomo, dlaczego ogląda mecze z tej perspektywy. Powód prozaiczny: jak stoi, to bolą go plecy i kolana. Powód, w który chcemy wierzyć: stamtąd widzi więcej. Z kolei Leeds wracało na swoje miejsce dłużej - aż 16 lat. Tak długim rozstaniem z angielską elitą płaciło za marzenia o wielkości. Leciało lotem Ikara, później boleśnie upadało. I musiało trafić na człowieka tak przyziemnego jak Bielsa, by wszystko na nowo poukładać. Udało się, choć niektórzy dawali im maksymalnie trzy tygodnie.

Zobacz wideo Championship. Hull City - Leeds 0:4. Dwie asysty Mateusza Klicha. [ELEVEN SPORTS]

Jak Marcelo Bielsa prowadził Leeds United do Premier League

Zaraz po tym jak Leeds dogadało się z Bielsą, jeden z działaczy dostał SMS-a od znajomego prezesa klubu. "Maksymalnie 3 tygodnie i rozstanie". Pamiętając, że wcześniej Bielsa wytrzymał w Lazio Rzym dwa dni, a w LOSC Lille niecałe pięć miesięcy, teza wcale nie była tak śmiała. Rzeczywiście - Leeds i Bielsa w ogóle do siebie nie pasowali. Gdzie on - stawiający piękno ponad wyniki, niedopasowany do fizycznego grania w zimne, deszczowe wieczory - miał być przewodnikiem klubu pogubionego od lat? Nawet właściciel Andrea Radrizzani na początku nie bardzo w to wierzył. Victor Orta przedstawił mu ten pomysł, gdy wracali z ostatniego meczu sezonu 2017-18 i zastanawiali się, kto powinien zastąpić Paula Heckingbottoma. I tylko szalony Orta mógł wtedy pomyśleć o jeszcze bardziej szalonym Bielsie. Trafił swój na swego. Teraz, gdy się kłócą, słychać ich w całym ośrodku. Każda kłótnia wydaje się być ostatnią, ale, gdy emocje opadną, godzą się i więcej do tego nie wracają. Z Bielsą trzeba umieć się obchodzić - tu przymknąć oko, tu wybaczyć i nie drążyć, pójść na ustępstwa. Orta nie ma już biura w ośrodku treningowym Thorp Arch i wpada tam raz na dwa tygodnie. - Nigdy nie udzielaj rad trenerowi. Chyba że o to poprosi - mówi dyrektor. Nauczył się tego od Monchiego, którego podpatrywał w Sevilli. A już Bielsie - nie doradzaj nigdy. Sam na pewno o to nie poprosi. 

Orta wiedział na co się pisze. Już negocjacje powiedziały o Bielsie wszystko. Zapytali go, co wie o Champioship. Wyjął notatki dotyczące wszystkich meczów Leeds z poprzedniego sezonu i zaczął podawać konkrety: ustawienia, zmiany, błędy, mocne strony, statystki. Odtworzył im sezon, o którym chcieli zapomnieć, bo 13. miejsce godziło w ambicje. Mało tego, Bielsa jakoś dorwał plany ośrodka treningowego i miał już swoje przemyślenia, co trzeba zmienić: pierwsza drużyna miała być odizolowana od akademii, wokół boiska trzeba było położyć szeroką bieżnię, wyczyścić nieużywany od 2014 roku basen i stworzyć miejsce do wypoczynku z konsolami. To podstawy. Do tego jeszcze kilka próśb dotyczących estetyki i wyposażenia.

O Bielsie krąży tyle legend, że w końcu zaczynasz się zastanawiać, ile z nich jest prawdziwych, a ile ktoś wymyślił, wiedząc że i tak się przyjmą, bo Argentyńczyk robił już znacznie dziwniejsze rzeczy. Weryfikujesz je u ludzi, którzy z nim pracowali i wszystkie potwierdzają. Że na weselu jednego z piłkarzy zebrał całą drużynę w sali obok, wrzucił kasetę do wideo i powiedział "przeanalizujemy, co najważniejsze i możecie wracać do świętowania". Że kiedyś skoszarował w bazie wojskowej swoich piłkarzy i nawet swojej ciężarnej żonie nie pozwolił wtedy do siebie dzwonić. Później przyznał, że to była ustawka, ale zawodnicy usłyszeli: "możecie skorzystać z telefonu, jeśli wasza sprawa będzie pilniejsza od mojej". Że kazał piłkarzom Leeds przez trzy godziny sprzątać parkingi wokół stadionu, żeby wiedzieli, ile kibice muszą pracować na jeden bilet. Że kazał sobie zbudować sypialnię i kuchnię w ośrodku treningowym, by od czasu do czasu mógł tam przenocować, zamiast tracić czas na podróż. Że potrafi oglądać dwa mecze równocześnie. Że w sumie obejrzał ich ponad 25 tys., dzięki czemu może ustawić zespół na 28 sposobów: 11 ofensywnych i 17 defensywnych. Że codziennie waży i mierzy swoich piłkarzy, a kto nie spełnia norm - nie gra. Że znika po porażkach nawet na dwie doby i wtedy to asystenci prowadzą treningi. Że ma obsesję na punkcie trawy, która ma być idealna, wszędzie taka sama, więc słupki bramek nie są na stałe wkopane w ziemię. Muszą być podnoszone nad murawę, żeby nie rzucały na nią cienia. Dzięki temu, każde źdźbło trawy otrzymuje taką samą ilość światła słonecznego. Że - jak zdradza Mateusz Klich - o każdym przeciwniku ma napisaną grubą książkę, a to co mówi, później potwierdza się na boisku. 

BielsaBielsa JEAN-PAUL PELISSIER / REUTERS / REUTERS

Pierwszy sezon skończył w play-offach. Przegrał z Derby County i musiał jeszcze przez rok kisić się w Championship. Właściciele Leeds mieli wątpliwości, czy zostanie. Po meczu zniknął, a w tym czasie jego asystenci zaczęli pakować wszystkie rzeczy. Okazało się, że gdy go nie było, analizował cały sezon. Na spotkaniu z władzami zaczął sypać liczbami, które podkreślały wielkość utraconej szansy. Bielsa wszystko policzył - byli najlepsi w lidze. Gdyby jego marzenie się spełniło i piłka zaczęła być sprawiedliwa - awansowaliby z pierwszego miejsca. Od razu podał też trzy podstawowe aspekty, które muszą poprawić, by awansować za rok: lepsza skuteczność pod bramką, mniej kontuzji i lepiej trafione wypożyczenia piłkarzy. Swoją drogą - w klubie zastanawiają się, czy w ogóle dokonywać transferów w zimowym okienku, bo ktokolwiek nie trafi do zespołu i tak jest bezużyteczny. Bez bielsowego okresu przygotowawczego nie potrafi sprostać wymaganiom i albo nie gra decyzją trenera, albo łapie kontuzje. - No i nie możemy znowu mieć takiego pecha - dodał Bielsa na koniec, a Orta i Radrizzani nie mieli już żadnych wątpliwości: tylko on mógł doprowadzić Leeds do awansu.

Zanim jednak zaczął się nowy sezon, Argentyńczyk musiał jeszcze zrobić porządek ze starymi sprawami: zwolnił swojego tłumacza, bo za bardzo zbliżył się do piłkarzy. Bielsa tego nie akceptuje. Sam nie ma właściwie żadnych prywatnych relacji z zawodnikami. - Im mniej mnie znają, tym bardziej mnie lubią - mówi. Poza tym poprosił, żeby klub wreszcie zrobił coś z parkingiem. Zdaniem Bielsy miejsc było za mało, przez co rano w klubie zawsze panował chaos. A że stresujący początek dnia mógł przełożyć się na jakość pracy, to dyskusji nie było. Jak powiedział "The Athletic" jeden z pracowników klubu: dla Bielsy wszystko ma ten sam priorytet. Długa kontuzja Pablo Hernandeza to taki sam problem jak tydzień opóźnienia w budowie parkingu.  

Wymaga od wszystkich, ale najwięcej od siebie. Pracownicy Thorp Arch byli zdumieni, gdy znaleźli jego stary raport o trzecim bramkarzu jednej z najsłabszych drużyn Championship. Facet nie zagrał ani minuty, a on napisał o nim osiem stron. Tak bardzo kocha analizować, że w sztabie ma dodatkowych asystentów, których opłaca z własnej kieszeni, bo klub nie chciał ich już zatrudnić. Zdarzało się, że rywalizowali o miejsce na ławce, jak piłkarze. - Jeśli jego asystent ma postawić pachołek na dziesiątym metrze, a postawi na jedenastym, to być może z tego powodu nie pojedzie na następny mecz. Na pierwszy sparing pojechaliśmy tylko z lekarzem, bo asystenci Bielsy nie pracowali wystarczająco dobrze - powiedział w "Canal Plus", Benjamin Mendy, współpracujący z Argentyńczykiem w Olympique Marsylia.

Większość przez lockdown cierpiała. Ale nie Bielsa, który miał wreszcie czas, żeby przyjrzeć się grze Alfiego McCalmonta, 20-latka z akademii. Analizował go przez 19 godzin. - Mój sztab składa się z dwudziestu osób. Zbieramy informacje, które czasami nie są niezbędne do naszej pracy, ale pomagają. Harujemy, bo czujemy się winni, kiedy nie pracujemy. Czujemy, że zbliża nas to do zwycięstwa, nawet, jeśli to nieprawda - mówił, gdy wyszło na jaw, że przed meczem z Derby County, wysłał na ich trening szpiega. Przyznał, że podglądał w ten sposób każdą drużynę, więc to nic osobistego. Razem z asystentami obejrzał 51 meczów Derby z dwóch ostatnich sezonów. - Jasne, nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich raportów, które przygotowują moi asystenci. Pracowali nad nimi 300 godzin. Na szczęście mam to w komputerze, mogę kliknąć, otworzyć folder i coś odszukać - mówił. Jego matka miała to samo: żaden wysiłek nie był dla niej wystarczający. Natchnęła tym swoje dzieci. Rafael został ministrem w argentyńskim rządzie i ambasadorem w Chile. Maria Eugenia jest minister rozwoju terytorialnego. Cała rodzina to architekci albo prawnicy. Tylko Marcelo zawsze wolał chodzić w dresie. 

W robotniczym Leeds ta pracowitość się podoba. Ludzie widzą, że Bielsa jest jednym z nich. Ulicę w centrum miasta nazwali jego imieniem. Nie wiadomo jednak, czy kiedykolwiek nią szedł. W centrum bowiem nie bywa. Zamieszkał w małym mieszkanku w Wetherby, niedaleko ośrodka treningowego, żeby nie używać samochodu. Sąsiedzi codziennie rano widzą go z okien, jak w szarym klubowym dresie z kapturem na głowie i plecakiem wypchanym notatkami idzie do pracy. Jak każdy z nich. Oni zarabiają na bilet w trzy godziny, on za sezon zgarnia 3 milionów funtów. Ale później i tak mogą go spotkać w Costa Coffee, gdzie organizuje narady dla sztabu, albo na zakupach w markecie. Je w Sant Angelo, włoskiej knajpce na każdą kieszeń. Gdy w okolicy jest festyn, kupuje nagrody na loterii. Laptopy, telefony, drony, rowery. Lubi się dzielić pieniędzmi. I w ogóle pomagać słabszym. - Piłka nożna na tym polega, że niesie się radość ludziom, którzy na co dzień jej nie mają - mówi. Podczas negocjacji z władzami Leeds najmniej mówił o pieniądzach. Już bardziej interesował go kolor ścian w klubowym budynku. Jak poszedł tam pierwszy raz, zobaczył na ścianie odcisk podeszwy. Oburzył się: - To niedopuszczalne, żeby podpierać się w ten sposób i nie szanować wspólnej własności.

"Wyniki czy piękna gra? To jak z troską o planetę"

Pep Guardiola, Mauricio Pochettino i Diego Simeone wskazują Bielsę jako najlepszego na świecie. I nie potrzebują do takiego wyboru masy trofeów. Ma raptem trzy tytuły mistrzowskie. Wszystkie z futbolowej prehistorii - ostatni z 2004 z igrzysk olimpijskich. - Chodzi o jego wpływ na futbol. To jak ze sztuką. Nie można go oceniać tylko na podstawie wyników. Brak pucharów ma tak małe znaczenie jak to, że Humphrey Bogart nie dostał Oscara za najlepszą rolę w Casablance. To nic nie zmienia: wciąż mówimy o jednym z najlepszych aktorów wszechczasów i o wybitnym filmie - twierdzi Tim Rich, autor biografii Bielsy. - Bycie kochanym to największy puchar. Większy niż Liga Mistrzów i Premier League. Najważniejsze jest bycie kochanym, a myślę, że Marcelo jest najbardziej kochanym i podziwianym trenerem na świecie - mówi Pep Guardiola, który zanim rozpoczął trenerską karierę, pojechał na ranczo Bielsy, by przez jedenaście godzin rozmawiać o futbolu. W ogrodzie ustawiali krzesła, żeby rozwiązać taktyczne wątpliwości. Bielsa mówił: - Uważaj, w tym świecie jest pełno krwi. Guardiola opowiadał: - Potrzebuję tej krwi. 

Od dawna się nim inspirował. Gdy jego Barcelona grała z Athletickiem Bilbao Bielsy, powiedział, że Marcelo więcej wiedział o jego zespole niż on sam. Pewne pomysły kopiował dosłownie. Choćby to, że nie udziela żadnych wywiadów. Bielsa powiedział mu, że nie warto i lepiej rozmawiać na konferencjach prasowych, gdzie każdy może zadać pytanie i nikogo się nie faworyzuje. Opowiedział mu historię, jak kiedyś na treningu wypadła mu z buzi sztuczna szczęka. Ktoś zrobił zdjęcie, które następnego dnia pojawiło się w gazecie. Taka była konkluzja o dziennikarzach: woleli pisać o protezie niż odnieść się do ćwiczeń na treningu. Ma ich za dyletantów. Będąc trenerem Chile podobno udzielił wywiadu - pierwszego i ostatniego, który w dodatku się nie ukazał. Dziennikarz tak spłycił jego mądrości, że tekst do niczego się nie nadawał.

Zresztą, sam Bielsa filozofował kiedyś o znaczeniu wyników w piłce nożnej. - Obowiązkiem nas wszystkich jest przedyskutowanie, co jest ważniejsze: wyniki czy piękno gry. Nie wiem czy to dobra analogia - na pewno nieproporcjonalna - ale czy to nie jest jak z dbaniem o planetę? Nasze dzieci poniosą konsekwencje naszych czynów. Z futbolem będzie tak samo: niszczymy piłkę nożną patrząc tylko na wyniki. Ten kult wyników jest chory, ale dopiero w przyszłości zobaczymy jego negatywne skutki.

Ale akurat w Leeds rezultaty ma dobre. Pod koniec czerwca, w meczu z Fulham, wygrał 50. mecz. Potrzebował do tego tylko 93 spotkań - najmniej ze wszystkich trenerów od stu lat. Wszyscy mieli obawy, że jego styl gry w Championship nie wypali. Wyszło na jego: Leeds miało najwyższy procent posiadania piłki w lidze - średnio około 64 procent. Przeciwnicy musieli się do nich dostosowywać, zmieniać swoją taktykę na jeden mecz. Bielsa korzystał w tym sezonie zaledwie z 19 zawodników (Mateusz Klich zagrał w 92 meczach Championship z rzędu), jego zespół strzelił 73 gole - więcej mają co prawda West Brom i Brentford - ale już w liczbie stworzonych "groźnych sytuacji" według Opty, Leeds było najlepszy. Patrick Bamford, podstawowy napastnik, miał aż 44 "groźne sytuacje". Następny napastnik w lidze - Ollie Watkins - 34. Bielsa tak właśnie chce grać. To pomysł, w który wierzy. - Wiem, że posiadanie alternatywnych planów jest uważane za cnotę, ale zupełnie nie zgadzam się z tym punktem widzenia - powtarza.

Bielsa twierdzi, że zawsze wie, jak będzie przebiegał dany mecz. - Graliśmy ze Stoke i powiedział nam przed wyjściem: jeśli zagracie na swoim poziomie, to powinniśmy wygrać dwoma golami. Było 3:1 - wspominał Klich. Leeds może rozegrać znakomitą akcję, a on i tak będzie siedział na lodówce albo odwróconym wiaderku, weźmie miarowy łyk kawy i poczeka na wznowienie meczu. Nie poderwie się nawet na moment. On widział podobne akcje już setki razy. Ktoś kto obejrzał kilkadziesiąt tysięcy meczów, prawdopodobnie widział już wszystko.

Premier League też go nie zaskoczy. Do września będzie miał obejrzane wszystkie mecze tego sezonu. Ale i tak nie wiadomo, co się wydarzy. Jak on - pryncypialny ideolog - odnajdzie się w towarzystwie lepszych zespołów? Czy ta bezkompromisowość nie doprowadzi go do upadku? Czy raz jeszcze przechytrzy wszystkich? A może w ogóle nie zdąży zadebiutować w najwyższej angielskiej lidze, bo wcześniej trzaśnie drzwiami? To "El Loco", szaleniec, po którym spodziewać się można wszystkiego. I chyba to jest najbardziej fascynujące.