Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Był bezdomny i walczył z depresją. Teraz jest o krok do gry w Premier League

Życie Tyrone'a Mingsa przypomina sinusoidę. Z bezdomnością i depresją na dole, grą w Premier League w momencie szczytu. Teraz znów jest na fali wznoszącej, bo w finale barażów o wejście do najwyższej ligi jego Aston Villa gra z Derby County.

W poniedziałek nie będzie na Wembley piłkarza, który w drodze na to miejsce pokonałby więcej zakrętów. Mings ma dopiero 26 lat, a musiał poradzić sobie z bezdomnością, depresją, rasizmem, zerwanymi więzadłami w kolanie i przypiętą łatką „boiskowego bandyty”.

Zobacz wideo

Tyrone Mings, człowiek doświadczony

Problemy w jego życiu zaczęły się od związku matki z niewłaściwym mężczyzną. Gdy był pijany, bił kobietę i czwórkę jej dzieci. A że z flaszką właściwie się nie rozstawał, to awantury były codziennością. Mieszkali u niego. Bali się tam być, ale jeszcze bardziej bali się odejść. Dopiero po kilku latach matka pękła, spakowała rzeczy w jedną torbę i zabrała dzieci. – Po prostu wstaliśmy i wyszliśmy. Nie mieliśmy gdzie pójść – opisywał ten moment Tyrone w szczerym wywiadzie dla „Telegraph”. Trafili do ośrodka dla bezdomnych. – Mały pokój z dwoma łóżkami i sofą. Wspólna dla wszystkich łazienka z kilkoma prysznicami. Warunki były tragiczne – tak zapamiętał tamto miejsce. On z trzema siostrami zajęli łóżka, mama spała na sofie. W ośrodku pierwszy raz komuś przeszkadzał jego kolor skóry. – Towarzystwo było nieciekawe – komentuje.

Przyznaje, że tamte czasy pamięta jak przez mgłę. Ale wystarczająco, by do dzisiaj pomagać bezdomnym. Chodzi po rodzinnym Bath, mieście leżącym kilkanaście kilometrów od Bristolu i rozdaje im jedzenie. Przed świętami Bożego Narodzenia kupuje też śpiwory, kurtki, rękawiczki i buty. – Nie miałem tak źle, jak ludzie śpiący na ulicach. Lubię z nimi rozmawiać i słuchać ich historii. Czas, który mogę im dać, jest ważniejszy niż jakieś materialne rzeczy. Naprawdę lubię tak po prostu z nimi pogadać – tłumaczy. Każdemu piłkarzowi przysługuje kilka darmowych biletów, które zazwyczaj trafiają w ręce jego bliskich, jednak Mings wolał je rozdawać wśród dzieci żyjących na ulicach. O kibicach pomyślał też, gdy w Ipswich zmieniał numer. Ogłosił wtedy, żeby ludzie przynosili jego koszulki ze starym numerem, wtedy on kupi im nowe.

W ośrodku dla bezdomnych spędził niecały rok, bo rodzina dość szybko dostała mieszkanie socjalne i Tyrone wreszcie zaczął cieszyć się normalnym dzieciństwem. Najbardziej lubił grać w piłkę, więc jak miał osiem lat, trafił do akademii Southampton, w której jednak szybko mu podziękowano. Nie rokował. Gdy był nieco starszy, pojechał na testy do Ipswich, spodobał się i przeprowadził do bursy. Wszystko zaczęło się układać. Do czasu.

W 2015 roku wchodzący do Premier League Bournemouth pobił swój rekord transferowy, by Mings grał u nich. Zapłacili 6 milionów euro i ściągnęli lewego obrońcę do siebie. Dali mu zadebiutować, ale już po sześciu minutach lekarze musieli znosić go z boiska. Diagnoza: zerwane więzadła krzyżowe i przyśrodkowe w kolanie. Efekt: ponad rok bez gry i walka z depresją. – Usłyszałem diagnozę i zrozumiałem, ile będę musiał pauzować. Myśli wymknęły się spod mojej kontroli, zamknąłem się w sobie, opuszczałem zajęcia rehabilitacyjne. Odrzucałem wszystkich, nie chciałem pomocy, nie chciałem rozmawiać – opisuje. Pomógł mu Eddie Howe, trener Bournemouth, który uświadomił mu jaki ma problem i odesłał do specjalisty.

Nałożyło się na to kilka spraw: kontuzja, zawód sprawiony kibicom, ale najtrudniejsze znów okazały się problemy rodzinne. Jego matka sobie nie radziła i lata po odejściu od alkoholika sama się uzależniła. Narobiła potężnych długów. Gdy Mings uporał się ze swoimi problemami, wziął się za kłopoty mamy. Zaczął od spłaty jej zobowiązań, zapisał ją na terapię, ale o jej efektach niewiele wiadomo. Obrońca Aston Villli niedawno wyszedł z inicjatywą założenia wspólnoty dla osób z problemami psychicznymi, w której działać będą profesjonalni lekarze, a pomogą im wolontariusze tacy, jak on.

Tyrone Mings najpierw był kontuzjowany, później oskarżany o boiskowy bandytyzm

- Okres w Bournemouth był przeklęty, naznaczony kontuzjami. Najpierw kolano, później osiem miesięcy przerwy przez problemy z plecami – mówi Mings. Wypożyczenie do Aston Villi miało mu pomóc w odbudowaniu się, ale początek tej przygody również nie zwiastował niczego dobrego. Znów debiut i znów problemy. Tym razem Tyrone nadepnął na twarz Nelsona Oliveiry. Napastnik Reading upadł na murawę, a chcący go przeskoczyć Mings wylądował prawą stopą prosto na jego głowie. Złamał mu nos i rozciął skórę w kilku miejscach. – Po meczu zobaczyłem, jak to wyglądało z boku i poczułem się fatalnie. Nie chciałem mu zrobić krzywdy, to był zwykły przypadek. Tuż po meczu zadzwoniłem do niego, żeby sprawdzić czy wszystko ok. Wybaczył mi – opowiada Anglik.

Mings nie został ukarany, bo sędzia uznał wejście za przypadkowe. I chociaż z taką interpretacją zgodziła się też komisja ligi, to sytuacja i tak była niezwykle kontrowersyjna, bo nadepnięcie na głowę przeciwnika zdarzyło mu się po raz drugi. Wcześniej, jeszcze grając w Bournemouth, przespacerował się po Zlatanie Ibrahimoviciu. Wówczas został zawieszony na pięć meczów, a w sieci okrzyknięto go „boiskowym bandytą”. Kibice obrażali go na tle rasowym. – Na fanpage mojej agencji zajmującej się projektowaniem wnętrz, którą prowadzę wraz z kolegą ze szkolnych czasów, spływały tysiące wiadomości od kibiców Czerwonych Diabłów z całego świata. Ludzie schowani za herbem United pisali mi rzeczy, których nawet nie chcę cytować – mówi. – Nawet jeśli dzisiaj wrzucę jakiś wpis na Twittera lub Instagrama, to ludzie będą pisać o tamtej sytuacji – dodaje.

Mings znów postanowił wykorzystać własne doświadczenia do pomocy innym i włączył się w pomoc ofiarom rasizmu. Zaprotestował, gdy jeden z dziennikarzy „talkSport” powiedział, że Raheem Sterling był współwinny zachowaniu kibiców Chelsea, którzy nazywali go „czarnuchem”. Wycofał się z zaplanowanej wcześniej audycji w tym radiu. – Uderzyła mnie ta wypowiedź. Nie zrzucam odpowiedzialności na całą stację ani media w ogóle. Chodzi o zdanie tej konkretnej osoby i zachowanie kolejnej, która zdecydowała, żeby puścić to na antenie, a później kilka razy powtórzyć. Chodziło im jedynie o nabicie jak największej liczby wyświetleń – uważa Mings. – Dziennikarze czasami chcą być na siłę kontrowersyjni, żeby zyskać rozgłos. Nie jest to dobre. Problem rasizmu jest poważny i trzeba do niego podchodzić ostrożnie, dlatego uznałem, że nie chcę uczestniczyć w audycji z tym człowiekiem już następnego dnia – dodaje. Tyrone pojawił się w radiu miesiąc później.

Strzał w dziesiątkę

Do Aston trafił w zimowym oknie transferowym i od razu stał się kluczowym piłkarzem Deana Smitha. Dodał zespołowi pewności siebie, dzięki czemu udało się nadrobić kilkanaście punktów straty do miejsca barażowego. Uszczelnił defensywę, uniknął kontuzji i zdobył dwie bramki. Przegapił tylko jeden mecz, gdy musiał pauzować za żółte kartki. – Wypożyczenie było strzałem w dziesiątkę. Dla mnie najważniejsze jest poczucie bycia potrzebnym. Kiedy tutaj przyszedłem chciałem jedynie grać z uśmiechem na twarzy. I to się udało – uważa Mings. Zimą miał też oferty wypożyczenia do Derby County, Nottingham Forest i West Bromwich Albion, ale postawił na Aston ze względu na obecność Johna Terry’ego. – To jeden z największych obrońców w historii Premier League. Korzystanie z jego rad to przywilej. Tłukł mi do głowy, że powinienem robić wszystko, żeby przejść przez mecz niezauważony. Poprawiał mnie też w kilku taktycznych elementach. Dzięki niemu jestem lepszym obrońcą – dodaje Mings.

Mings podjął dobrą decyzję, bo jest o krok od awansu do Premier League. Indywidualnie nawet bliżej niż reszta piłkarzy Aston Villi, bo jeśli w finale na Wembley lepsze okaże się Derby County, to prawdopodobnie zgłosi się po niego inna drużyna. Jego wypożyczenie do Aston Villi kończy się po poniedziałkowym meczu i oczywiście może zostać przedłużone, jednak angielskie media spekulują, że taki wariant będzie możliwy tylko w przypadku wywalczenia awansu. Do Bournemouth raczej nie ma po co wracać, bo klub właśnie kupił Lloyda Kelly'ego, lewego obrońcę na nowy sezon. Środek defensywy też jest obstawiony. Kupić chce go Southampton. Klub, który lata temu uznał, że nie rokuje.