Premier League. Mentorów dwóch, czyli wielka szansa Wojciecha Szczęsnego

Wobec nieuchronnego pojawienia się Petra Cecha w Arsenalu w modzie jest doradzanie Wojciechowi Szczęsnemu w sprawie jego przyszłości. Jednak niewielu dostrzega, jak ważna jest to szansa dla polskiego bramkarza.

Obwiniany za porażki zespołu i niepewną grę obrony, przyłapywany na paleniu papierosów, a przez kibiców wypychany z klubu. Chociaż jeszcze jesienią Wojciech Szczęsny był bohaterem meczu z Niemcami, to druga część sezonu była dla Polaka fatalna. Zwycięstwo w Pucharze Anglii było bardziej na otarcie łez niż jako zwieńczenie udanego roku.

Niewiele wskazuje na to, by Szczęsny - który w Arsenalu chce zostać - nagle znów stał się numerem jeden. Wszystko przez nieuchronny transfer Petra Cecha z Chelsea, golkipera o niesamowitym doświadczeniu, zawodnika, który według Johna Terry'ego daje drużynie piętnaście punktów w sezonie. Także przez to mało kto patrzy na tę sytuację przez pryzmat wielkiej szansy dla Wojciecha Szczęsnego. Tymczasem dla Arsene'a Wengera to idealna okazja naprawienia własnego błędu.

Rywal na miarę ambicji

Był sezon 2010/11, gdy Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny i Vito Mannone wszyscy byli kontuzjowani, a jedynym zdrowym bramkarzem Arsenalu był Manuel Almunia. Arsene Wenger zaryzykował i ściągnął z emerytury Jensa Lehmanna, jednego z najlepszych golkiperów w historii klubu. 42-latek zagrał ledwie raz w pierwszym składzie, ale znacznie ważniejsza była okazja do wspólnych treningów. - Jensa ma wszystkie umiejętności, by zostać bardzo dobrym szkoleniowcem bramkarzy - mówił wtedy Szczęsny, który na zajęciach, podglądaniu i podpowiedziach Niemca ogromnie skorzystał. Następny sezon był przełomowy, bo Polak zagrał we wszystkich 38. meczach ligowych Arsenalu, przejął także numer trzynaście, z którym występował Lehmann kilka miesięcy wcześniej.

Takim komplementem Szczęsny nie obdzielił żadnego innego kolegi ani nawet trenera bramkarzy. Z Fabiańskim łączyła go znajomość, ale i rywalizacja. Almunia był, a Ospina jest po prostu kolejnym rywalem, od którego 25-latek czuje się lepszy. Żaden z nich nie ma ani takiego doświadczenia, ani umiejętności, by Szczęsnemu imponować. Dopiero teraz takim rywalem będzie Petr Cech. A przecież Wenger już od lat szukał i próbował sprowadzić do Arsenalu doświadczonego bramkarza, który pomagałby Szczęsnemu. Najbliżej tej roli był Mark Schwarzer. Dwa lata temu "Sunday Mirror" pisał, że Wenger jest świadom tego błędu, który mógł wpłynąć na kierunek rozwoju polskiego bramkarza.

Będzie miał z kim rozmawiać?

Jednak problem Arsenalu dotyczy nie tylko formy czy jakości bramkarzy, ale współpracowników Arsene'a Wengera. Francuz od dawna szuka także następcy Gerry'ego Peytona. Bramkarze tacy jak Fabiański czy Szczęsny znacznie bardziej chwalili sobie pracę z Tonym Robertsem. On był asystentem Peytona, pracował głównie w rezerwach, ale analizował z bramkarzami grę na materiałach wideo, zwracał uwagę na ustawianie się i detale w ich fachu. Dla porównania Fabiański w niedawnym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" twierdził, że praca z Peytonem była trwaniem, a nie rozwijaniem się. Nic dziwnego, że gdy jego trener w Swansea, Javi Garcia musiał niedawno wrócić do Hiszpanii, klub ściągnął w jego miejsce właśnie Robertsa.

Dlatego dobrą wiadomością dla Szczęsnego może być przyjście również Christophe'a Lollichona, Francuza, który od 2007 roku pracował jako trener bramkarzy Chelsea. On do Londynu został ściągnięty po odejściu Jose Mourinho i całego jego sztabu. - Pewnego dnia przed treningiem w Rennes dostałem SMS z pytaniem, czy chciałbym pracować w Chelsea. Napisał go Petr Cech - mówił Lollichon w jednym z niewielu udzielonych wywiadów. Z czeskim bramkarzem pracował we francuskim klubie, wypromował go, a później w Londynie odbudował formę po poważnej kontuzji głowy.

Dopiero w ostatnim sezonie Cech stracił miejsce w bramce, choć gdy Mourinho wpuszczał go na niektóre mecze, to prezentował wielką formę. Choćby z Evertonem w końcówce sezonu czy w finale Pucharu Ligi z Tottenhamem. O jakości i pozycji pracy Lollichona świadczy również to, że przez osiem lat i przy wielu zmianach menedżerów on zawsze utrzymywał swoje stanowisko. Nawet, gdy do Londynu wrócił Mourinho ze swoim sztabem, to Silvino Louro - wcześniej trener bramkarzy - został jednym z asystentów, ale golkiperów trenował nadal Lollichon. Zaletą Francuza jest skupienie na detalach oraz ćwiczenie refleksu przez innowacyjne, wymyślne zajęcia.

- Z Petrem łączy mnie wyjątkowa znajomość, bo to świetny człowiek. Pracujemy już tyle lat, a ja zawsze starałem się uczynić jego trening ciekawym. I ta znajomość nie tylko dotyczy strony sportowej - tłumaczył Lollichon. Przyjście Thibuat Courtoisa niewiele zmieniło. - Wiele rozmawiamy i Petr także bardzo mu pomaga. Nie rzuca mu kłód pod nogi. W przerwach meczów razem rozmawiamy, także po ostatnim gwizdku. Tak to działa - dodawał Francuz. Nic dziwnego, że przejście Cecha może być najlepszą drogą do zmian również w sztabie szkoleniowym Arsenalu, a tego aspektu pod żadnym względem nie należy lekceważyć.

Nie trener, a mentor

W świecie bramkarzy rola mentora nie dotyczy wyłącznie starszego kolegi. - Gra golkipera to swego rodzaju sport indywidualny w zespołowym. Relacje między trenerem bramkarzy a bramkarzem są inne niż między szkoleniowcem a zawodnikami z pola - tłumaczy Daniel Pawłowski, autor publikacji dotyczących treningu decyzji bramkarzy, analityk gry oraz szkoleniowiec w pierwszoligowym Okocimskim Brzesko. - To relacje głębsze, choćby na poziomie emocjonalnym. Mówiąc prościej, odpowiedni trener bramkarzy potrafi docenić i uszanować ten indywidualny sport, nie prowadzi wyłącznie zajęć, ale staje się mentorem, "coachem" swojego zawodnika - dodaje Pawłowski.

Te relacje czy ich specyfikę łatwo dostrzec w światowym futbolu. Specjalna więź łączy choćby Fransa Hoeka z Victorem Valdesem, którego prowadził w Barcelonie, a teraz w Manchesterze United. Holendrowi przypisuje się ogromny rozwój Davida de Gei, bezapelacyjnie najlepszego zawodnika "Czerwonych Diabłów" w minionym sezonie. Wcześniej o jego roli jako trenera i osoby wiele mówił choćby Edwin van der Saar.

Z kolei Jose Manuel Ochotorena jest kolejnym, który zarówno w Liverpoolu i w Valencii potrafił przez relacje oraz styl treningów zdobyć zaufanie oraz przyjaźń wielu bramkarzy. Pracuje także w reprezentacji kraju i w Hiszpanii mówi się, że dzięki rozmowom z Ikerem Casillasem pomógł mu podnieść się po pierwszych problemach golkipera w Realu Madryt, gdy Jose Mourinho pozbawił go miejsca w bramce. Forma bramkarza "Królewskich" jest zauważalnie lepsza w kadrze od tej w klubie.

Lothar Matuschak jest wychowawcą wielkiego talentu Manuela Neuera, którego wypromował w Schalke 04 Gelsenkirchen. Chociaż teraz gra w znienawidzonym Bayernie Monachium, to z dawnym szkoleniowcem wciąż rozmawia, zaprasza go na mecze. Z kolei Toniego Tapalovicia, który był kolegą Neuera w Schalke, został przez niego zarekomendowany Heynckesowi po przejściu do Bayernu. I dopiął swego, bo Tapalović, choć nie pracował wcześniej jako trener bramkarzy, dostał w Monachium miejsce w sztabie. Warto też wspomnieć, że kilka lat temu mówiło się o propozycji, jaką z Arsenalu dostał Krzysztof Dowhań, wtedy trener w Legii Warszawa - właśnie dzięki temu, jak prowadził Fabiańskiego czy (nieco rzadziej) Szczęsnego.

Kluczem dla Szczęsnego będzie zrozumienie, że przyjście duetu z Chelsea jest właśnie wielką szansą. Owszem, pewnie na jakiś czas straci miejsce w bramce, ale nie oznacza to, że przestanie się rozwijać. Przed 25-letnim Szczęsnym jeszcze przynajmniej dziesięć lat kariery, która może być wielka i to także w Arsenalu. Wielki potencjał Polaka po prostu w ostatnich latach przestał być wykorzystywany i rozwijany. Podglądanie Cecha oraz praca z Lollichonem może to odmienić, może spowodować, że Szczęsny wróci do bramki Arsenalu szybciej, niż wszystkim jego krytykom się wydaje.

Zobacz wideo

Piłki tenisowe na boisku, bramkarz odwracający się przy karnym... najciekawsze piłkarskie protesty!

źródło: Okazje.info

Czy Wojciech Szczęsny powinien odejść z Arsenalu?
Więcej o: