Premier League. Arsenal wreszcie dojrzały, Manchester City bez kreatywności

Większość oczekiwała, że niedzielna wyprawa Arsenalu do Manchesteru skończy się tak jak poprzednie mecze z drużynami z ligowej czołówki - porażką lub w najlepszym wypadku remisem. Jednak z mistrzami Anglii drużyna Arsene'a Wengera zaprezentowała się najlepiej w tym sezonie, pokazując, że starcia z najlepszymi niekoniecznie muszą kończyć się ich klęskami.

A przecież ostatnie tygodnie Arsene'a Wengera to nieustanne wysłuchiwanie krytyki - choćby za brak transferów, a gdy coraz bliżej było sprowadzenia młodego Krystiana Bielika z Legii, to za kupowanie zawodników niedoświadczonych i niegotowych do gry w Premier League. Arsenal był nieustannym kłębkiem frustracji, która przejawiała się nie tylko przez fatalne błędy w meczach, ale również konflikty między własnymi kibicami po przegranych spotkaniach. Po zwycięstwie z Manchesterem City odbiór Kanonierów nie mógłby być inny. Wręcz można napisać, że to londyńczycy wyglądali na zespół walczący o mistrzostwo, a nie miejsce w czołowej czwórce ligi.

Pewnie pierwszą oznaką zmiany był wybór składu - gdy Wenger miał do dyspozycji coraz większą liczbę zawodników, powracających do zdrowia Mesuta Oezila czy Theo Walcotta, zdecydował się na pozostawienie ich na ławce. Oni warunkowaliby inną grę, z nimi taktyka musiałaby być bardziej ofensywna, ryzykowna. A w niedzielę w Manchesterze obejrzeliśmy Arsenal bliższy tej wersji z poprzedniego sezonu - sezonu, którego większość Kanonierzy spędzili na szczycie tabeli - czyli bardziej wycofanej, kontrującej. Czyste konta w trzech ostatnich meczach będą dla niektórych efektem zmiany w bramce, ale tak naprawdę kluczowe było ponowne zestawienie Koscielnego z Mertesackerem w środku obrony, podobnie jak awaryjne ściągnięcie z wypożyczenia młodego defensywnego pomocnika Francisa Coquelina.

To właśnie 23-letni Francuz był najlepszym zawodnikiem Arsenalu, ale o jego pracy nie świadczy tylko to, że miał sześć przechwytów, dwa odbiory, sześć wygranych pojedynków główkowych i aż jedenaście wybić. Przed spotkaniem ekspert telewizji Sky i legenda Kanonierów Thierry Henry mówił, że do nawiązania sukcesów z czasów jego gry w Londynie Wengerowi brakuje zawodnika w typie Gilberto Silvy czy Patricka Vieiry. - Nie atakuję tu nikogo z obecnego składu, ale tamci piłkarze zrobiliby dla drużyny wszystko, dzięki nim atakujący mogli grać tak dobrze - zaznaczał. Ma oczywiście rację, ale w niedzielę Arsenal swojego lidera w środku pola miał. To Coquelin, który oferował więcej niż Mathieu Flamini, lepiej podejmując decyzje o próbach odbioru, nie faulując ani razu, nie uciekając ze swojej pozycji, a gdy trzeba było, to instruując swoich kolegów.

Jednym z tych, którzy na tym korzystali, był Santi Cazorla, świetnie wyprowadzający kontry Arsenalu. Hiszpan jest też ciekawym przypadkiem, bo w ostatnich ciężkich miesiącach drużyny to on obok Alexisa Sancheza wyróżniał się najbardziej. Nie jest to rozgrywający szybki, ale za to kapitalnie wykorzystywał szybkość swoich kolegów, podając na dobieg, otwierając im wolną przestrzeń na połowie rywala. Ale sukces Coquelina to również ograniczenie wpływu rozgrywającego rywali, Davida Silvy. Ten w pierwszej połowie na części boiska Arsenalu mógł zagrywać jedynie w bok lub do tyłu. Tylko raz po jego zagraniu kolega z drużyny uderzał - a było to dośrodkowanie z rzutu rożnego, także pokazujące, jak mały był jego udział w akcjach. Interesujące, że wiele podań do Silvy było krótkich - wymuszonych przez jego ruch do kolegów, uciekanie z dobrze strzeżonej strefy przed linią obrony Arsenalu. Nawet można powiedzieć, że Silvie nie tyle podawano, co przekazywano piłkę, przerzucając na niego odpowiedzialność. Jedynie tuż po przerwie Manchester City miał lepszy fragment gry, gdy po zmianie ustawienia Silva dostał więcej miejscaatakując ze skrzydła, choć rywale szybko się dostosowali.

To także szerszy problem Manchesteru City. Manuel Pellegrini transfer Bony'ego ze Swansea argumentował potrzebą posiadania kolejnego napastnika, ale tak naprawdę dziś nie brakowało jakości w ataku, ale właśnie kreatywności. Brakowało im kontuzjowanego Samira Nasriego, ale i decyzje szkoleniowca City zaskoczyły. W przerwie ściągnął Jamesa Milnera, a więc trzeciego najlepszego asystenta drużyny. Później wprowadził Franka Lamparda - pomocnika, który także słynie bardziej ze strzelonych bramek niż podań kończących się golami. Jesus Navas nie potrafił nawet pokonać Nacho Monreala w dryblingu, a nie miał też miejsca, by wykorzystać swoja szybkość. Z kolei nieobecność Yaya Toure także obnażyła ograniczenia czy nawet zbytnie i przeszkadzające podobieństwo - nie nazwisk, lecz ich stylów gry - Fernando i Fernandinho. Wystarczy zestawić te wymienione opcje Pellegriniego z ławką Arsenalu, gdzie siedział Walcott, Oezil czy Rosicky, albo nawet liderującej Chelsea, gdzie oprócz Fabregasa za podania odpowiadają Willian, Oscar i Hazard. Inwestycja w Bony'ego na pewno przyniesie efekt w postaci kilku goli, ale tak naprawdę koniecznością wydawałby się zawodnik w typie Silvy czy kreatywnego skrzydłowego.

Chociaż trudno oczekiwać, by jedno spotkanie zmieniło dynamikę całego sezonu, to efekty mogą być interesujące z punktu widzenia wyłącznie tych dwóch klubów. Arsenal grał dojrzale, jakby wyciągając wnioski np. z porażki z Southampton czy poprzedniej wizyty w Manchesterze, gdy w bardzo otwartym meczu uległ City aż 3:6. Czy jednak Wenger utrzyma ten styl - zwłaszcza na wyjazdach - a więc dyscyplinę taktyczną, grę defensywną i z kontry? Czy Pellegrini znajdzie receptę nie tylko na wspomniany brak kreatywności, ale też obronę, która nie radzi sobie z wysokim ustawieniem i szybko atakującymi rywalami? Co by nie mówić, w tym hicie Premier League tylko jeden zespół wyglądał na godny i przygotowany do walki o tytuł. I wreszcie był to Arsenal.

Więcej o: