Aplikacja
Aplikacja Sport.pl LIVE
  POBIERZ

Premier League. Lamela się przypomniał

Premier League znów zrobiła się bardziej argentyńska. I nie, nie chodzi tylko o rekordowy w jej historii transfer Angela di Marii. Zanim sławniejszy kolega przybył do Manchesteru, przypomniał o sobie Erik Lamela - pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".

Niektórzy spisali go na straty, zanim tak naprawdę przyjrzeli mu się w akcji. Bo kosztował 30 milionów funtów, bo pojawił się późno, w ostatnim tygodniu letniego okienka transferowego 2013 roku, bo nie mówił po angielsku. Bo menedżer, za którego kadencji sprowadzono go do Londynu (mówiący w jego języku Andre Villas-Boas), szybko znalazł się pod presją z powodu niesatysfakcjonujących wyników, a następnie został zwolniony. Bo on sam niemal natychmiast złapał kontuzję, która - tu zdania są podzielone - albo została zlekceważona przez sztab medyczny, albo 21-letni Argentyńczyk za bardzo chciał się wykazać w nowej drużynie i zaryzykował własnym zdrowiem; dość, że ze stosunkowo drobnego problemu zrobił się poważny i na wiele miesięcy Erik Lamela wypadł ze składu. Zanim to się stało, wystąpił w zaledwie dziesięciu meczach, w Premier League tylko trzykrotnie dostał szansę w podstawowej jedenastce, i zdobył jedną jedyną bramkę - w spotkaniu Ligi Europejskiej, ze słabym Szeryfem Tyraspol.

Sezon do zapomnienia

Inna sprawa, że grał w tym meczu naprawdę dobrze, podobnie jak wcześniej w innym spotkaniu pucharowym z Tromso, i niejeden kibic Tottenhamu miał nadzieję, że młody Argentyńczyk, o którym trener mówił, że przeżywa "kulturowy szok" i że jego adaptacja zajmie trochę czasu, nareszcie się przełamał. To właśnie wtedy dostał w końcu szansę w lidze, w spotkaniu z Manchesterem City; kłopot w tym, że zaczęło się ono od katastrofalnego błędu Hugo Llorisa i wyjścia rywali na prowadzenie już w pierwszej minucie, a skończyło pogromem Tottenhamu 6:0. Po zwolnieniu Villas-Boasa nowy trener, Tim Sherwood, postanowił Lameli zaufać i wystawił go w pierwszym meczu, ale zdjął po godzinie, a wkrótce Argentyńczyk trafił na stałe w ręce ekipy medycznej: jego sezon był skończony.

Rzecz jasna wielu piszących o Tottenhamie nie widziało jego występów z Szeryfem czy Tromso i nie pamiętało, w jakich okolicznościach rozstrzygnął się pierwszy mecz Premier League, który Lamela rozpoczynał w wyjściowej jedenastce. Pamiętali, że był najdroższy, pamiętali, że miał zastąpić Garetha Bale'a (zwłaszcza że podobnie jak Walijczyk atakował, schodząc z któregoś ze skrzydeł do środka, lub występował za napastnikiem), pamiętali, że nie gra i pamiętali, że historia jego klubu zna już przypadki nieudanych rekordowych transferów, z Serhijem Rebrowem na czele. Ta historia miała napisać się sama, a jej zwieńczeniem miał być powrót piłkarza tam, gdzie kilkanaście miesięcy wcześniej szło mu naprawdę dobrze: do Włoch.

Musi się rozpędzić

Do Włoch, warto dodać, w których też zaczynał powoli, a piszący obecnie historię argentyńskiego futbolu Jonathan Wilson zauważył, że również w trakcie debiutanckich sezonów w ojczyźnie, Lamela potrzebował czasu, żeby potwierdzić opinię wielkiego talentu. Kiedy miał 12 lat, trafił do słynnej barcelońskiej La Masii: Katalończycy chcieli podpisać z nim kontrakt, lokalna prasa mówiła o "nowym Messim", ale ostatecznie rodzice się nie zdecydowali na przeprowadzkę, a chłopak stracił formę. Jak sam później tłumaczył: rósł tak szybko, że pogorszyła mu się koordynacja ruchowa i stracił czucie piłki. Ostatecznie w River Plate zadebiutował jako 17-latek, a po roku był już zawodnikiem podstawowego składu, najpierw jako kolejna w historii argentyńskiego futbolu klasyczna "dziesiątka", później także jako skrzydłowy - role, jakie będzie pełnił w przyszłości zarówno w Romie, jak w Tottenhamie, a nawet w reprezentacji Argentyny.

Do Włoch przyjechał po niezbyt udanych mistrzostwach świata do lat 20, z kontuzją kostki. Sezon zaczął z opóźnieniem i zakończył bez wielkich zachwytów. Dopiero w drugim strzelił 15 bramek, stając się objawieniem ligi, także biorąc pod uwagę liczbę asyst, udanych dryblingów (trzeci w Serie A) i sprintów. W Romie był najszybszym piłkarzem, 2000 m przebiegając - jak podaje Wilson - w 6 minut 21 sekund.

Najlepszy na boisku

Kibice Tottenhamu odpukają w tym momencie w niemalowane drzewo, ale wygląda na to, że historia się powtarza. Po zakończeniu kiepskiego pierwszego sezonu w Anglii, latem tego roku piłkarz wrócił do ojczyzny, gdzie ciężko pracował nad powrotem do formy, i w lipcu w Londynie ujrzano kompletnie nowego Lamelę. Nawet jeśli wywiadów udziela nadal po hiszpańsku, już nie jest w drużynie obcy (inna sprawa, że po hiszpańsku mówi w Tottenhamie więcej osób, z Roberto Soldado i członkami sztabu szkoleniowego na czele, a nowy trener Mauricio Pochettino jest rodakiem Lameli), zwłaszcza po integrującym tournée do USA, podczas którego strzelał bramki i asystował przy bramkach kolegów. Sezon w Premier League rozpoczął w wyjściowej jedenastce, w meczu Ligi Europejskiej na Cyprze trener chciał go oszczędzić, ale w obliczu niepomyślnego wyniku wpuścił na końcówkę spotkania - a dwie asysty Lameli przesądziły o zwycięstwie drużyny z Londynu. W niedzielę podczas derbów z QPR był najlepszy na boisku: oprócz dwóch asyst (jednej po dośrodkowaniu z rzutu rożnego) i jednego przedostatniego podania, miał sześć udanych dryblingów, ale również - co wypada zauważyć, jako że piłkarze Pochettino mają grać pressingiem - 3 wślizgi i 2 przechwyty. Wiele już napisano o akcji, po której Tottenham strzelił trzeciego gola - i trudno się dziwić, skoro przez 140 sekund gracze Kogutów wymienili 48 podań i każdy co do jednego wziął w tym udział - ale kluczowy był właśnie drybling Erika Lameli, który przyjął piłkę zagraną przez Christiana Eriksena, wyminął kilku rywali, a następnie miękko dośrodkował na głowę Nacera Chadliego.

Następny będzie di Maria

Rola nowego Lameli w nowym Tottenhamie wcale nie jest oczywista. Mecze z West Hamem i z QPR zaczął teoretycznie jako "dziesiątka" w ustawieniu 4-2-3-1, ale nieustannie wymieniał się pozycjami z innymi ustawionymi za plecami Adebayora zawodnikami: Eriksenem i Chadlim. To jeden z pomysłów Mauricio Pellegrino na grę swojej drużyny: swoboda i ruchliwość graczy ofensywnych, by defensorzy rywala nieustannie zastanawiali się, kogo będą kryć w następnej akcji. Przy bardzo ofensywnie grających bocznych obrońcach, zawodnicy atakujący ze skrzydeł mają też okazję do wchodzenia w pole karne - Chadli dzięki temu strzelił dwa gole, w następnych meczach pewnie przyjdzie okazja dla równie wysokiego Lameli.

Lepiej późno niż wcale, wypadałoby napisać. Zwłaszcza w kontekście kolejnego argentyńskiego transferu na Wyspy, z kolejną łatką najdroższego: do Manchesteru United przychodzi wszak Angel di Maria. Czy i tym razem będziemy słyszeć o "kulturowym szoku", "problemach z adaptacją", "kompletnie innej lidze" itp.? Fanom Manchesteru United kibice Tottenhamu na pewno doradziliby cierpliwość.

Więcej o: