Premier League. Okoński: fani Manchesteru United boją się Ramseya

Już nie tylko kupionego za 42 miliony funtów Mesuta Oezila, ale także spisywanego do niedawna na straty Aarona Ramseya boją się fani Manchesteru United przed szlagierowym meczem z Arsenalem. Inna rzecz, że niewiele brakowało, aby piłkarz, który tak ich niepokoi, podpisał kontrakt z MU - pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny". Relacja Z Czuba i na żywo ze spotkania MU - Arsenal w niedzielę o godz. 17.10 w Sport.pl.

Choć to dopiero listopad, już stał się najważniejszym kandydatem do tytułu piłkarza roku w Anglii. Że w plebiscytach walijskich przykryje samego Garetha Bale'a - wydaje się oczywiste. Zabawne, bo do niedawna niejeden kibic Premier League, zapytany o najlepszych piłkarzy tej ligi, nie wymieniłby go w pierwszej pięćdziesiątce, a odpytywany o gwiazdy Arsenalu - w ogóle by o nim nie wspomniał. Nawet domowy test kolekcjonowanych przez moich synów kart z piłkarzami ujawnia prawdę: takiej eksplozji talentu Aarona Ramseya nikt się nie spodziewał.

Horror w Stoke

Owszem, pamiętaliśmy to nazwisko, ale z przyczyn w gruncie rzeczy pozapiłkarskich. 27 lutego 2010 r., podczas wyjazdowego meczu ze Stoke, na skutek spóźnionego wślizgu Ryana Shawcrossa 19-letni wówczas Aaron Ramsey doznał wielokrotnego złamania nogi. Wyglądało to tak potwornie, że w chwili, kiedy się wydarzyło, byłem najgłębiej wdzięczny realizatorom telewizyjnym, iż nie zdecydowali się na powtórkę - niestety media nie zdołały wytrwać w tym stanie i epatowały nas później zdjęciami makabrycznie powykręcanej nogi piłkarza. Nie był to pierwszy tego typu przypadek: dwa lata wcześniej w podobnym incydencie ucierpiał napastnik Arsenalu Eduardo, który wyznawał, że fakt, iż cały świat przyglądał się jego strzaskanym kościom, był dla niego przyczyną powtórnej traumy. W jakimś sensie podobnie cierpieli sprawcy kontuzji obu piłkarzy, którym natychmiast przypięto łatkę brutali i rzeźników, a którzy po prostu nie byli wystarczająco szybcy (faulujący Ramseya Shawcross schodził z boiska ze łzami w oczach).

Historia futbolu zna przypadki, w których kontuzje załamywały kariery zawodników; z naszego podwórka dość przypomnieć Lubańskiego i Citkę, ze świata - van Bastena czy Redondo; w Arsenalu byłby to oczywiście Eduardo. Czasem problemem był naruszony organizm (po niektórych kontuzjach trzeba się uczyć inaczej biegać, korzystać z innych partii mięśni czy ścięgien); czasami w "pójściu na całość" przeszkadzała głowa. Zresztą historia zna też przypadki piłkarzy świetnie się zapowiadających, którzy nigdy nie spełnili pokładanych w nich nadziei - w przypadku Arsenalu ostatnich lat byłby to np. Brazylijczyk Denilson.

Pod grą

Ale z Aaronem Ramseyem stało się inaczej - i to stało się dość niespodziewanie. Po kontuzji pauzował dziewięć miesięcy, a kolejne cztery odbudowywał formę w drużynach z zaplecza ekstraklasy. Po powrocie do Londynu grał tak nierówno, że Piers Morgan, dziennikarz-celebryta i kibic Kanonierów, jeszcze w grudniu 2012 pieklił się na Twitterze z powodu przedłużenia jego kontraktu z klubem.

A dziś? Dziś strzela fantastyczną bramkę Norwich, po serii błyskotliwych zwodów w polu karnym (a sztuczek, które pokazał w innej akcji podczas tego spotkania, zakończonej podaniem do Oezila, nie powstydziliby się Iniesta czy Zidane). Olympique i Liverpool pogrąża uderzeniami zza szesnastki (tam po dynamicznym wejściu z głębi pola, tu z woleja), Borussię - główką, Stoke - prostym dołożeniem nogi. W sumie ma tych goli 11 w 17 meczach (na strzelenie poprzednich jedenastu potrzebował 150 spotkań), a do tego wypada doliczyć asysty i kluczowe podania, zaś w głębi pola - odbiory, przejęcia i udane wślizgi. Jak klasyczna boiskowa "ósemka" nieustannie przemieszcza się między jednym polem karnym a drugim: kontroluje wolną przestrzeń, dostrzega i obsługuje precyzyjnymi podaniami kolegów na skrzydłach, jest cały czas "pod grą". Nic dziwnego, że cztery razy z rzędu otrzymuje tytuł klubowego piłkarza miesiąca (a we wrześniu - piłkarza miesiąca całej ligi), Piers Morgan zaś, wraz z innymi zachwyconymi, wymienia jego nazwisko w jednym rzędzie z legendami brytyjskiej piłki: Davidem Plattem, Frankiem Lampardem, Stevenem Gerrardem czy Bryanem Robsonem. Tony Cascarino przyznaje w "Timesie", że nie zna drugiego zawodnika, który zrobiłby tak ogromne postępy w równie szybkim tempie (hmm, a Gareth Bale?).

Wiara Wengera

Skąd ta eksplozja talentu? Nowy, niosący stabilizację pięcioletni kontrakt, to jedna z odpowiedzi, których poszukuje dziś brytyjska prasa: dzięki niemu młody, wciąż tylko 22-letni chłopak wreszcie mógł uwierzyć w siebie i to, że jest naprawdę potrzebny klubowi. Odpowiedź druga: po wielu miesiącach bycia użytecznym zapchajdziurą (po kontuzjach kolegów grywał na prawym skrzydle, czasem też na prawej obronie), znalazł w miarę stałe miejsce na boisku - obok Artety lub Flaminiego w środku pola. Odpowiedź trzecia: jest silniejszy fizycznie, ma energię pozwalającą biegać od pola karnego do pola karnego więcej niż inni. Czwarta: zwyczajnie nabrał doświadczenia, zwłaszcza w grze obronnej, trafianiu ze wślizgami i unikaniu kartek. Piąta: skorzystał ze wsparcia nowego zawodnika w drużynie - nie, nie Mesuta Oezila, tylko Mathieu Flaminiego, który jest na boisku typem lidera, nieustannie udzielającego wskazówek pozostałym ("ktoś, kogo cholernie potrzebowaliśmy" - przyznał niedawno Theo Walcott). Szósta, najważniejsza: zaprocentowały cierpliwość i zaufanie menedżera. Sam Wenger twierdzi, że ta historia pokazuje, jak trudno tak naprawdę oceniać piłkarzy. "Przed rokiem wszyscy mówili:" No dobra, Ramsey, ale on przecież nie umie strzelać bramek. Jest w polu karnym, znajduje sobie pozycję, ale nie trafia ". A teraz, zobaczcie: zdobywa gola za golem...".

Nie było więc żadnego cudownego przełamania, przełomowej rozmowy z trenerem, jednego sensacyjnego meczu, po którym wszystko było już inaczej. Sprawy, można by rzec, toczyły się "po wengerowsku", stopniowo, zgodnie z wymyślonym kilka lat wcześniej i zahamowanym jedynie przez kontuzję, scenariuszem. Skutków kontuzji menedżer Arsenalu zresztą się zbytnio nie obawiał: mówi, że poważne urazy odnoszone przed dwudziestką zwykle nie zostawiają śladów, bo młode organizmy potrafią się świetnie regenerować.

Zły wybór?

W kontekście niedzielnego meczu na Old Trafford może najlepsze jest to, że Aaron Ramsey - dokładnie ten typ piłkarza, którego w drugiej linii MU tak bardzo dziś brakuje - latem 2008 roku był o włos od przejścia z Cardiff do Manchesteru United, a na stronie ówczesnego triumfatora Ligi Mistrzów pojawiła się już nawet informacja o porozumieniu między klubami w tej sprawie. Dziś sir Alex Ferguson mówi w autobiografii, że chłopak dokonał złego wyboru. Jednak opowieść o tym, w jakich okolicznościach się to stało - jak Ramsey wraz z rodzicami wyprawił się wynajętym przez Arsenal prywatnym samolotem do Szwajcarii na spotkanie z Wengerem, co przekonało go ostatecznie do idei przenosin do Londynu - zostawmy na inną okazję. Podobnie jak tę, że najnowszy symbol finezyjnego futbolu Arsenalu mógł jako piętnastolatek zostać... rugbystą.

Zobacz wideo
Więcej o: