Owszem, pamiętaliśmy to nazwisko, ale z przyczyn w gruncie rzeczy pozapiłkarskich. 27 lutego 2010 r., podczas wyjazdowego meczu ze Stoke, na skutek spóźnionego wślizgu Ryana Shawcrossa 19-letni wówczas Aaron Ramsey doznał wielokrotnego złamania nogi. Wyglądało to tak potwornie, że w chwili, kiedy się wydarzyło, byłem najgłębiej wdzięczny realizatorom telewizyjnym, iż nie zdecydowali się na powtórkę - niestety media nie zdołały wytrwać w tym stanie i epatowały nas później zdjęciami makabrycznie powykręcanej nogi piłkarza. Nie był to pierwszy tego typu przypadek: dwa lata wcześniej w podobnym incydencie ucierpiał napastnik Arsenalu Eduardo, który wyznawał, że fakt, iż cały świat przyglądał się jego strzaskanym kościom, był dla niego przyczyną powtórnej traumy. W jakimś sensie podobnie cierpieli sprawcy kontuzji obu piłkarzy, którym natychmiast przypięto łatkę brutali i rzeźników, a którzy po prostu nie byli wystarczająco szybcy (faulujący Ramseya Shawcross schodził z boiska ze łzami w oczach).
Historia futbolu zna przypadki, w których kontuzje załamywały kariery zawodników; z naszego podwórka dość przypomnieć Lubańskiego i Citkę, ze świata - van Bastena czy Redondo; w Arsenalu byłby to oczywiście Eduardo. Czasem problemem był naruszony organizm (po niektórych kontuzjach trzeba się uczyć inaczej biegać, korzystać z innych partii mięśni czy ścięgien); czasami w "pójściu na całość" przeszkadzała głowa. Zresztą historia zna też przypadki piłkarzy świetnie się zapowiadających, którzy nigdy nie spełnili pokładanych w nich nadziei - w przypadku Arsenalu ostatnich lat byłby to np. Brazylijczyk Denilson.
Ale z Aaronem Ramseyem stało się inaczej - i to stało się dość niespodziewanie. Po kontuzji pauzował dziewięć miesięcy, a kolejne cztery odbudowywał formę w drużynach z zaplecza ekstraklasy. Po powrocie do Londynu grał tak nierówno, że Piers Morgan, dziennikarz-celebryta i kibic Kanonierów, jeszcze w grudniu 2012 pieklił się na Twitterze z powodu przedłużenia jego kontraktu z klubem.
A dziś? Dziś strzela fantastyczną bramkę Norwich, po serii błyskotliwych zwodów w polu karnym (a sztuczek, które pokazał w innej akcji podczas tego spotkania, zakończonej podaniem do Oezila, nie powstydziliby się Iniesta czy Zidane). Olympique i Liverpool pogrąża uderzeniami zza szesnastki (tam po dynamicznym wejściu z głębi pola, tu z woleja), Borussię - główką, Stoke - prostym dołożeniem nogi. W sumie ma tych goli 11 w 17 meczach (na strzelenie poprzednich jedenastu potrzebował 150 spotkań), a do tego wypada doliczyć asysty i kluczowe podania, zaś w głębi pola - odbiory, przejęcia i udane wślizgi. Jak klasyczna boiskowa "ósemka" nieustannie przemieszcza się między jednym polem karnym a drugim: kontroluje wolną przestrzeń, dostrzega i obsługuje precyzyjnymi podaniami kolegów na skrzydłach, jest cały czas "pod grą". Nic dziwnego, że cztery razy z rzędu otrzymuje tytuł klubowego piłkarza miesiąca (a we wrześniu - piłkarza miesiąca całej ligi), Piers Morgan zaś, wraz z innymi zachwyconymi, wymienia jego nazwisko w jednym rzędzie z legendami brytyjskiej piłki: Davidem Plattem, Frankiem Lampardem, Stevenem Gerrardem czy Bryanem Robsonem. Tony Cascarino przyznaje w "Timesie", że nie zna drugiego zawodnika, który zrobiłby tak ogromne postępy w równie szybkim tempie (hmm, a Gareth Bale?).
Skąd ta eksplozja talentu? Nowy, niosący stabilizację pięcioletni kontrakt, to jedna z odpowiedzi, których poszukuje dziś brytyjska prasa: dzięki niemu młody, wciąż tylko 22-letni chłopak wreszcie mógł uwierzyć w siebie i to, że jest naprawdę potrzebny klubowi. Odpowiedź druga: po wielu miesiącach bycia użytecznym zapchajdziurą (po kontuzjach kolegów grywał na prawym skrzydle, czasem też na prawej obronie), znalazł w miarę stałe miejsce na boisku - obok Artety lub Flaminiego w środku pola. Odpowiedź trzecia: jest silniejszy fizycznie, ma energię pozwalającą biegać od pola karnego do pola karnego więcej niż inni. Czwarta: zwyczajnie nabrał doświadczenia, zwłaszcza w grze obronnej, trafianiu ze wślizgami i unikaniu kartek. Piąta: skorzystał ze wsparcia nowego zawodnika w drużynie - nie, nie Mesuta Oezila, tylko Mathieu Flaminiego, który jest na boisku typem lidera, nieustannie udzielającego wskazówek pozostałym ("ktoś, kogo cholernie potrzebowaliśmy" - przyznał niedawno Theo Walcott). Szósta, najważniejsza: zaprocentowały cierpliwość i zaufanie menedżera. Sam Wenger twierdzi, że ta historia pokazuje, jak trudno tak naprawdę oceniać piłkarzy. "Przed rokiem wszyscy mówili:" No dobra, Ramsey, ale on przecież nie umie strzelać bramek. Jest w polu karnym, znajduje sobie pozycję, ale nie trafia ". A teraz, zobaczcie: zdobywa gola za golem...".
Nie było więc żadnego cudownego przełamania, przełomowej rozmowy z trenerem, jednego sensacyjnego meczu, po którym wszystko było już inaczej. Sprawy, można by rzec, toczyły się "po wengerowsku", stopniowo, zgodnie z wymyślonym kilka lat wcześniej i zahamowanym jedynie przez kontuzję, scenariuszem. Skutków kontuzji menedżer Arsenalu zresztą się zbytnio nie obawiał: mówi, że poważne urazy odnoszone przed dwudziestką zwykle nie zostawiają śladów, bo młode organizmy potrafią się świetnie regenerować.
W kontekście niedzielnego meczu na Old Trafford może najlepsze jest to, że Aaron Ramsey - dokładnie ten typ piłkarza, którego w drugiej linii MU tak bardzo dziś brakuje - latem 2008 roku był o włos od przejścia z Cardiff do Manchesteru United, a na stronie ówczesnego triumfatora Ligi Mistrzów pojawiła się już nawet informacja o porozumieniu między klubami w tej sprawie. Dziś sir Alex Ferguson mówi w autobiografii, że chłopak dokonał złego wyboru. Jednak opowieść o tym, w jakich okolicznościach się to stało - jak Ramsey wraz z rodzicami wyprawił się wynajętym przez Arsenal prywatnym samolotem do Szwajcarii na spotkanie z Wengerem, co przekonało go ostatecznie do idei przenosin do Londynu - zostawmy na inną okazję. Podobnie jak tę, że najnowszy symbol finezyjnego futbolu Arsenalu mógł jako piętnastolatek zostać... rugbystą.