Premier League. Londyńska wojna domowa

Piłkarze Chelsea za słabe wyniki obwiniają trenera i krytykują go przed właścicielem klubu Romanem Abramowiczem. - Nie muszą mnie popierać. Wystarczy, że on we mnie wierzy - mówi André Villas-Boas. Nie było jednak szkoleniowca, który wygrał bój o władzę na Stamford Bridge

Jeśli zespołowi idzie źle, wylatuje trener. Piłkarze doskonale zdają sobie z tego sprawę. W Chelsea Drogba, Ballack oraz Cech nie słuchali mnie i nie akceptowali moich metod - mówił Luiz Felipe Scolari, który w Londynie wytrwał siedem miesięcy. Zwolnienie mieli wyprosić u właściciela zawodnicy. Rosjanin nie pierwszy i nie ostatni raz ich posłuchał. W jego klubie pełno jest niejasnych układów wśród działaczy, dużą siłę ma też szatnia, o której w Anglii krążą legendy.

Pełnię władzy i stuprocentowe poparcie dostał tylko José Mourinho. Choć portugalski fachowiec regularnie zdobywał trofea, nigdy nie przyszedł z wymarzonym Pucharem Europy. Abramowicz ograniczał więc jego władzę, otoczył się doradcami, z którymi Mourinho nie potrafił i nie chciał się dogadać. Od dwóch lat tłumaczy w Madrycie, że jego bezpośrednim i jedynym szefem powinien być prezes lub właściciel klubu. Po poprzednim sezonie doprowadził do usunięcia z Realu dyrektora sportowego Jorge Valdano.

W Londynie nie miał na to szans. Odszedł i skazał Abramowicza na permanentne poszukiwanie szkoleniowca, który pasowałby piłkarzom. W ostatnich czterech latach na wymienianie szkoleniowców Chelsea wydała 64 mln funtów. Wyrzucenie latem Carla Ancelottiego i zatrudnienie Villasa-Boasa kosztowało 28 mln funtów.

Trenerski niemowlak - w październiku skończy 35 lat - przekonał Rosjanina obietnicą stworzenia drużyny, która po trzech latach będzie grała jak Barcelona.

Dziś statystycznie jest najgorszym trenerem Chelsea od 1998 r., gdy pracę w Londynie stracił Ruud Gullit.

Tydzień temu, po porażce z Evertonem 0:2, kazał przyjść piłkarzom na trening, choć wcześniej obiecał im wolne. Następnego dnia Abramowicz przekazał zespołowi, że ostatnie wyniki są nie do zaakceptowania. Villas-Boas wyliczył błędy podwładnym, ale ci - niespodziewanie nawet dla rosyjskiego miliardera - zaczęli trenera obsztorcowywać. Dostało mu się za niezrozumiałą taktykę i wybór pierwszej jedenastki. W piątek Portugalczyk tłumaczył, że nie potrzebuje wsparcia zespołu, najważniejsze, że wierzy w niego właściciel. - Nie ma już z nami Nicolasa Anelki i Aleksa. Latem odejdą następni. Ci, których mam na myśli, wiedzą, o kim mówię - mówił Villas-Boas.

Grupę Trzymającą Władzę na Stamford Bridge zdefiniować łatwo. Najważniejszy jest wychowanek i kapitan John Terry, ale szatnia słucha też Franka Lamparda i Didiera Drogby. W Anglii żartują, że jeśli Villas-Boas jest premierem Chelsea, to Terry przewodzi gabinetowi cieni. Niedawno okazało się, że klub dorobił się też szefa rządu na uchodźstwie. Najstarsi zawodnicy wciąż wysyłają bowiem SMS-y do Mourinho. Villas-Boas - wieloletni asystent trenera Realu - twierdzi, że mu to nie przeszkadza. Jednak pewnie też niełatwo zarządza się piłkarzami usychającymi z tęsknoty do szefa, z którym przestali pracować cztery lata temu.

Lampard i Drogba są podobno przeciw trenerowi (Terry'emu na razie wszystko jedno). Popiera go coraz większa, ale w szatni wciąż słaba grupa portugalsko-hiszpańska.

Tuż przed wyjściem na drugą połowę sobotniego meczu z Birmingham w 1/8 finału Pucharu Anglii kamery zarejestrowały przemawiającego do zespołu Drogbę. Chelsea przegrywała 0:1, skończyło się remisem 1:1, a Villas-Boas był wściekły, gdy dziennikarze sugerowali, że zespół odmieniła tyrada 34-letniego napastnika.

Remis z drugoligowcem (powtórka w Birmingham - 6 marca) to tylko szczyt kłopotów Chelsea. Z ostatnich dziesięciu meczów w lidze wygrała dwa. Do prowadzącego Manchesteru City traci już 17 pkt, do trzeciego Tottenhamu - 10. O miejsce w czwórce dające awans do Ligi Mistrzów będzie walczyła z Arsenalem, Newcastle i Liverpoolem. Wypadnięcie z najważniejszych europejskich rozgrywek - po dziewięciu latach - będzie katastrofą. We wtorek londyńczycy zagrają z Napoli pierwszy mecz 1/8 finału LM. Gdy w grudniu odbyło się losowanie, londyńczyków uznano za faworytów. Dziś awans Włochów do ćwierćfinału nie byłby już sensacją.

Od trenera odwracają się też kibice. W sobotę Portugalczyk został wybuczany, tydzień w temu usłyszał z trybun, że "nie wie, co robi".

W zalewie informacji złych i bardzo złych pozytywna dla Villasa-Boasa nadeszła z Rosji. Wart 10 mln euro rocznie kontrakt z Anży Machaczkała podpisał Guus Hiddink - a piłkarze Chelsea liczyli na to, że to właśnie zostanie wkrótce ich szefem Hiddink. Holender ratował już Chelsea trzy lata temu, gdy przepędzony został Scolari.

Arsenal znokautowany

W 2006 r. drużyna Arsene'a Wengera przeprowadziła się na ultranowoczesny Emirates Stadium. Spodziewano się, że nowy stadion przyniesie gigantyczne zyski, a piłkarze szybko zapełnią gablotę z trofeami. Księgowy Arsenalu jest zadowolony, ale pucharów wciąż nikt na stadionie nie widział. Ostatni "Kanonierzy" zdobyli w 2005 r. W tym sezonie odpadli w ćwierćfinale Pucharu Ligi, przegrali pierwszy mecz 1/8 finału Ligi Mistrzów z Milanem 0:4 (nikt po takiej klęsce do następnej rundy nie awansował), w lidze zajmują czwarte miejsce i do prowadzącego Manchesteru City tracą 17 pkt, a w sobotę przegrali 0:2 z Sunderlandem i odpadli w 1/8 finału Pucharu Anglii. - Musimy skoncentrować się na lidze i, nawet jeśli mamy małe szanse, walczyć w rewanżu z Milanem - mówił Wenger. W niedzielę jego zespół czekają derby północnego Londynu z Tottenhamem.

Tak bankrutują wielkie piłkarskie kluby. Glasgow Rangers nie są pierwsi ani ostatni ?

Więcej o: