Czegoś takiego w Bydgoszczy nie było od 12 lat. Wojsko ruszyło do akcji

Zawisza Bydgoszcz walczył bardzo ambitnie i dzielnie, ale na końcu górę wzięła jakość i w finale Pucharu Polski zagra Górnik Zabrze. Drużyna Michala Gasparika wygrała 1:0 i już 2 maja na Stadionie Narodowym będzie mogła zdobyć dla klubu pierwsze trofeum od 38 lat. Mimo to ten mecz był dla Zawiszy świętem, jakiego Bydgoszcz nie widziała od lat.
Zawisza Bydgoszcz - Górnik Zabrze
Konrad Ferszter

"Podziękujmy naszym piłkarzom za całą przygodę w tym sezonie Pucharu Polski" - powiedział spiker na stadionie bydgoskiego Zawiszy zaraz po zakończeniu meczu z Górnikiem Zabrze. Meczu, który trzecioligowiec przegrał 0:1. Ale mimo to w Bydgoszczy nie było wielkiego smutku. Była za to duma przeplatana z niedosytem. I nadzieją, że już niedługo takie mecze będą dla Zawiszy codziennością, a nie niespodziewanym świętem.

Zobacz wideo Kosecki o Lewandowskim: Robert powinien zostać w reprezentacji i walczyć

Bydgoszcz czekała na takie święto

Na taki mecz Bydgoszcz czekała 12 lat. Dokładnie tyle czasu minie w czwartek od półfinału Pucharu Polski z sezonu 2013/14, w którym Zawisza pokonał na wyjeździe Jagiellonię Białystok 2:0. W rozegranym sześć dni później rewanżu było 1:1 i to drużyna Ryszarda Tarasiewicza awansowała do finału, który pierwszy raz rozgrywany był na Stadionie Narodowym w Warszawie. Zawisza ten finał wygrał, pokonując po rzutach karnych Zagłębie Lubin.

Był to ostatni tak radosny moment w najnowszej historii klubu. Już rok później Zawisza spadł do I ligi, a w czerwcu 2016 r. PZPN nie przyznał klubowi licencji na grę w I i II lidze i w konsekwencji zdegradował go do B Klasy. Wszystko przez konflikt kibiców z ówczesnym właścicielem klubu, który doprowadził go do potężnych problemów finansowych i organizacyjnych.

Pierwsze lata odbudowy Zawiszy były obiecujące. W trzech pierwszych sezonach po karnej degradacji klub zrobił trzy awanse, a w 2021 r. awansował do III ligi, w której gra jednak do dzisiaj. Ten sezon ma być przełomowy, bo drużyna Adriana Stawskiego jest liderem i pierwszy raz od dekady może awansować na poziom centralny.

Zawisza niespodziewanie awansował też do półfinału Pucharu Polski, eliminując po drodze m.in. pierwszoligowe GKS Tychy i Wisłę Kraków. Mecz z Górnikiem Zabrze, czyli obecnie trzecią drużyną ekstraklasy i klubem, który na trofeum czeka już 38 lat, to zupełnie coś innego. I to w Bydgoszczy widać było gołym okiem. Już kilka godzin przed meczem kibice w niebiesko-czarnych barwach widoczni byli w całym mieście.

Zresztą komplet ponad 17 tys. biletów rozszedł się w mgnieniu oka. Takiego zainteresowania Zawiszą nie było tu od dawna. - Zainteresowanie jest "przewielkie". Słyszę od prezesów, że codziennie ktoś przychodzi i pyta. Kolejki po bilety były bardzo długie. To tylko pokazuje, że Bydgoszcz chce piłki na wyższym poziomie, chce oglądać taki widowiska. My możemy się tylko cieszyć - w rozmowie z TVP Bydgoszcz mówił Stawski.

Na stadionie imienia Zdzisława Krzyszkowiaka pojawił się też komplet blisko dwóch tys. kibiców z Zabrza. Ci do Bydgoszczy przyjechali około 15:30, czym sparaliżowali ruch w dużej części miasta. Na dworcu głównym fanów Górnika "witały" setki policjantów, a większość ulic wokół zostało całkowicie zamkniętych. Na stadion najprościej było dotrzeć na piechotę, bo wielkim zmianom uległa też komunikacja miejska. "Nawet nie wiem, jak dojechać dzisiaj na stadion. Tak wszystko pomieszali, że trudno się w tym połapać. Chyba trzeba iść z buta" - narzekał jeden z kibiców, którego spotkaliśmy na przystanku tramwajowym.

Ale byli też tacy, którzy na zmianach w związku z meczem mocno skorzystali. Byli nimi np. pracownicy sklepów, znajdujących się na terenie stadionu. - Zarekomendowaliśmy wcześniej możliwość skrócenia godzin pracy dla pracowników, którzy są związani z zakładami pracy wokół stadionu. Mamy odpowiedzi pozytywne, że pracodawcy zgodzili się skrócić czas trwania tej pracy, dostałem też potwierdzenie, że liceum, które jest w pobliżu, również skróciło swoje lekcje w ten dzień - mówił prezes Zawiszy - Krzysztof Bess, cytowany przez portal Roosvelta81.pl.

Pomagało nawet wojsko

Przy organizacji ruchu w mieście pomagało nawet wojsko. - Taka rekomendacja z naszej strony trafiła do pana generała garnizonu, żeby pracownicy jednostki wojskowej i służb logistycznych mogli wcześniej wyjechać do domu, żeby rozładować korki - mówił Bess.

Mimo potężnego wyzwania, jakim było dla trzecioligowca zorganizowanie meczu z udziałem blisko 20 tys. ludzi, Zawisza stanął na wysokości zadania. A trzeba przyznać, że wyzwań było dużo więcej niż "tylko" opanowanie sytuacji z kibicami.

Zainteresowanie mediów również było potężne, a tylu akredytacji prasowych klub nie przyznawał nawet w najlepszych czasach, gdy zdobywał Puchar i Superpuchar Polski oraz grał w europejskich pucharach. Biuro prasowe Zawiszy prosiło nawet fotoreporterów, by zabierali własne kamizelki, bo liczba chętnych na mecz z Górnikiem przewyższał możliwości klubu.

Drobnych uchybień organizacyjnych oczywiście nie zabrakło. Rzadko bowiem się zdarza, by większość miejsc przeznaczonych dla dziennikarzy zajmowali kibice z piwem i kiełbasą, ale ostatecznie nikt nie musiał oglądać meczu na stojąco. W niektórych gniazdkach brakowało też kabli i prądu, ale to już bardziej problem infrastruktury stadionu zarządzanego przez miasto. Ogólnie trudno było się do czegoś przyczepić, nawet w ekstraklasie są stadiony, na których organizacja i poziom pracy są na dużo niższym poziomie.

W środę nie zawiedli nie tylko organizatorzy, ale też kibice. Pierwsi fani Zawiszy pod stadionem pojawiali się już na trzy godziny przed meczem, kiedy otwierano bramy. Godzinę przed rozpoczęciem spotkania do ostatniego miejsca wypełniony był też sektor gości. W trakcie meczu gospodarze zaprezentowali nawet oprawę, nawiązującą do jednego z zaklęć Harry'ego Pottera. Fani Zawiszy odpalili przy niej sporo pirotechniki.

Od pierwszej minuty kibice obu drużyn głośno dopingowali swoich piłkarzy, tworząc wokół meczu atmosferę prawdziwego święta. Święta, którego w Bydgoszczy nie było od wielu lat. Święta, na które Zawisza znów będzie musiał czekać. Już w niedzielę drużyna Stawskiego wróci do codzienności, gdy zagra na wyjeździe z Wybrzeżem Rewalskie Rewal, czyli ostatnią drużyną III ligi grupy II.

Jakość wzięła górę

W środę wszystko dali z siebie też piłkarze. Mimo że Zawisza przez wielu skazywany był na wysoką porażkę, zawodnicy Stawskiego postawili twarde warunki jednej z najlepszych drużyn ekstraklasy w tym sezonie. Ale wola walki i ambicja to było za mało do pokonania zespołu Michala Gasparika.

Zabrzanie podeszli do meczu bardzo poważnie. Mimo że już w sobotę Górnik zagra w ligowym klasyku z Legią Warszawa, to w porównaniu do ostatniego spotkania z Cracovią Gasparik dokonał tylko jednej zmiany w wyjściowym składzie: Maksyma Chłania na lewym skrzydle zastąpił Lukas Ambros. Tak silny Górnik był dla Zawiszy przeszkodą nie do przejścia.

Mimo że gospodarzom nie można odmówić ambicji, w środę po prostu zabrakło im jakości. Zawisza niemal przez cały mecz ani razu nie zagroził bramce Marcela Łubika. Stadion mocniej zareagował tylko raz - w 89. minucie - kiedy po bezpośrednim strzale z rzutu wolnego piłka minimalnie minęła bramkę Łubika. Wtedy część kibiców przekonana o tym, że padła bramka, zaczęła nawet celebrować remis. Dopiero po kilku sekundach fani uświadomili sobie, że gospodarze wciąż przegrywają 0:1.

Poza tym momentem piłkarze Stawskiego nie potrafili zaskoczyć przeciwnika ani drużynowym zrywem, ani tym bardziej indywidualną akcją. Ale trzeba też przyznać, że Zabrzanie zrobili wszystko, by mecz w Bydgoszczy wygrać możliwie jak najspokojniej.

O zwycięstwie Zabrzan przesądziło trochę szczęścia i spryt Yvana Ikii Dimiego. Francuz znalazł się w odpowiednim czasie i miejscu w 32. minucie meczu, kiedy piłka po zagraniu Lukasa Sadilka odbiła się od jego nogi i wpadła do bramki gospodarzy. Był to moment, który ustawił to spotkanie. Pragmatyczny w środę Górnik stał się jeszcze bardziej uważny i przede wszystkim myślał o tym, by nie stracić gola.

Drużyna Gasparika nie chciała dopuścić do sytuacji, w której Zawisza po jednej czy dwóch dobrych akcjach dostanie wiatru w żagle i uwierzy, że może awansować do finału. Zabrzanie sprytnie utrzymywali się przy piłce i wykorzystywali przewagę jakości, trzymając rywala na dystans. I mogli nawet podwyższyć prowadzenie, ale w kluczowych momentach brakowało im skuteczności. Nie takiego finiszu święta chcieli wszyscy Bydgoszczanie.

Wielka szansa Górnika

Kiedy w czerwcu zeszłego roku Gasparik zostawał trenerem Górnika, niespodziewanie stwierdził, że jednym z celów drużyny będzie zdobycie Pucharu Polski. Niespodziewanie, bo w takich chwilach mało kto wspomina o takich trofeach. Jeśli trenerzy decydują się na jakieś zapowiedzi, zwykle jest to mistrzostwo kraju.

Ale Gasparik wiedział, że z Górnikiem - przynajmniej na razie - będzie to trudne. Dlatego skupił się na Pucharze Polski, który zdobyć łatwiej. A ciśnienie w Zabrzu jest spore, bo klub czeka na trofeum od 1988 r., kiedy ostatni raz był mistrzem Polski. Zwłaszcza że Gasparik uważany jest za specjalistę od krajowych pucharów. Kiedy pracował w Spartaku Trnawa cztery razy z rzędu doszedł do finału Pucharu Słowacji, trzykrotnie zdobywając to trofeum.

Teraz jest o krok od podobnego sukcesu z Górnikiem. Zabrzanie ostatni raz zdobyli Puchar Polski w 1972 r., więc ten triumf pamiętają tylko starsi kibice. W 2001 r. Górnik był bliski powtórzenia tego sukcesu, ale przegrał wtedy finałowy dwumecz z Polonią Warszawa.

W tym sezonie drużyna Gasparika jest już tylko o jedno zwycięstwo od napisania historii. To naprawdę niewiele, zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę, z kim Zabrzanie musieli grać w drodze do finału. Mimo że na początku ograli trzecioligowe rezerwy Legii, to w kolejnych rundach eliminowali na wyjeździe rywali z ekstraklasy: Arkę Gdynia, Lechię Gdańsk i Lecha Poznań.

W finale rywalem Górnika będzie albo GKS Katowice, albo Raków Częstochowa. Drugi półfinał w czwartek o 18:30 w Częstochowie.

Więcej o: