Feio wyzywa arbitrów, oni ratują mu pracę [OPINIA]

Jakub Seweryn
Legia Warszawa - Jagiellonia Białystok
screen / TVP Sport

Goncalo Feio polskich sędziów wyzywa i obraża, ma wobec nich ataki agresji, a po meczach zarzuca im nieuczciwość. Tymczasem ci po raz kolejny w tym sezonie jego Legii wyraźnie pomogli. W środowym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Polski z Jagiellonią Białystok (3:1) sędziowie Piotr Lasyk i Szymon Marciniak wypaczyli jego przebieg, być może ratując Portugalczykowi posadę. Czy to jakiś syndrom sztokholmski? - pyta Jakub Seweryn ze Sport.pl.

Syndrom sztokholmski, jak czytamy na portalu DOZ.pl, to stan psychiczny odnoszący się do relacji ofiara - kat. W jego przebiegu obserwuje się przede wszystkim odczuwanie empatii, solidarności i zrozumienia w stosunku do swojego oprawcy. Przez psychologów syndrom sztokholmski uznawany jest za nieświadomy mechanizm ochronny, który pozwala ofiarom przetrwać w trudnych warunkach, w jakich się znalazły.

Zobacz wideo Szokujące powołanie do reprezentacji Polski?! "Gdzie miałby grać?"

Określenie to stworzył w 1973 roku Nils Bejerot, szwedzki psycholog i kryminolog, za sprawą wydarzeń w jednym ze sztokholmskich banków, gdzie uzbrojeni napastnicy więzili zakładników przez aż sześć dni. Ku zdumieniu policji, podczas składania zeznań zakładnicy zaczęli usprawiedliwiać porywaczy i określali, że cała sytuacja jest winą policji. Mało tego, jedna z zakładniczek zdążyła nawet zaręczyć się z jednym z napastników, a inna zbierała pieniądze na adwokatów dla nich.

"Syndrom sztokholmski oraz częściej obserwowany jest także w środowisku zawodowym, rodzinnym czy też w związkach" - dodaje portal. I można powiedzieć, że taki właśnie syndrom sztokholmski zaobserwowaliśmy w środowym meczu Legii Warszawa z Jagiellonią Białystok w wykonaniu sędziów piłkarskich - Piotra Lasyka i Szymona Marciniaka. Bo jak inaczej wytłumaczyć pracę obu panów w trakcie ćwierćfinału Pucharu Polski przy Łazienkowskiej?

Legia grała lepiej, ale wygrała dzięki sędziom. Duet Lasyk - Marciniak zabrał Jagiellonii dwa karne

Legia grała dobrze, zdecydowanie lepiej niż w poprzednich meczach, lepiej od Jagiellonii. Jednak nie wygrałaby tego meczu bez wyraźniej pomocy arbitrów w dwóch kluczowych sytuacjach.

Bo jeszcze przy stanie 1:1 Jagiellonii należały się nie jeden, a dwa rzuty karne. W 57. minucie po strzale głową Afimico Pululu piłka trafiła w wyciągniętą do góry rękę Ilji Szkurina. I choć zazwyczaj, ze względu na nienaturalne ustawienie ręki oraz zablokowanie nią strzału, sędziowie dyktują w takich sytuacjach "jedenastkę" (podobny karny podyktowany został dzień wcześniej w meczu Ruch - Korona), tym razem zarówno główny Piotr Lasyk, który mógł tego ze swojej pozycji dobrze nie widzieć, ani Szymon Marciniak na VAR, nie zauważyli wyraźnego złamania przepisów przez Białorusina. 

W 74. minucie po starciu z Pawłem Wszołkiem w polu karnym Legii przewrócił się 16-letni Oskar Pietuszewski. Młodzian wykorzystał prosty błąd i podstawioną nogę obrońcy Legii? Być może, ale Lasyk z boiska wskazał na "wapno", z czym większość ekspertów się zgodziła - spryt i cwaniactwo Pietuszewskiego polegało na tym, że dokładnie przewidział on to, jaki błąd popełni Wszołek, który spóźniony wstawił mu nogę w tor biegu, i dał się sfaulować. Ale nawet jeśli niektórzy mieli co do tego wątpliwości, tak jak będący na VAR Marciniak ich nie miał. Karny został anulowany.

Wyszło koszmarnie - VAR w zdecydowanie bardziej klarownej sytuacji z ręką Szkurina nie zareagował na korzyść Jagiellonii, a w znacznie mniej oczywistym zdarzeniu ze starciem Wszołka z Pietuszewskim wezwał głównego do monitora, by ten odwrócił decyzję na niekorzystną dla mistrzów Polski. Zestawiając obie sytuacje, wyszło to tak, że przy wyniku remisowym gości pozbawiono dwóch jedenastek, który w tym zaciętym meczu mogły dać im prowadzenie. Przebieg spotkania został wypaczony. 

Starcie Legia - Jagiellonia wpisuje się w dramatyczny dla sędziów sezon 2024/25, w którym pomimo istnienia VAR-u popełniają oni całą masę niewytłumaczalnych błędów, wypaczających wyniki kolejnych spotkań. I można znów apelować o to, żeby sędziowie, jako aktorzy widowiska piłkarskiego (niestety, czasem i pierwszoplanowi), także mieli obowiązek w takich sytuacjach stanąć przed kamerą i wytłumaczyć, dlaczego podjęli takie decyzje. Niestety, będzie to trudne, bo wszystko zależy od dobrej woli samych zainteresowanych. A na to się nie zanosi, bo władze świata sędziowskiego bardzo dbają o to, aby tego typu nacisków związanych z pracą sędziów było jak najmniej. Nawet jeśli kłóci się to z jakąkolwiek logiką, w ich mniemaniu arbitrzy powinni być traktowani pod tym względem wyjątkowo, więc trudno się dziwić, że złośliwi w tym wszystkim używają sformułowania "święte krowy".

Sędziowie mogli pozbyć się tego, co ich obraża. Wystarczyło dobrze poprowadzić mecz

Wracając na Łazienkowską, sytuacja jest o tyle absurdalna, że sędziowie nagimnastykowali się tak bardzo w kluczowym meczu Legii, drużyny prowadzącej przez Goncalo Feio. Tego Feio, który w stosunku do nich regularnie nie trzyma ciśnienia w trakcie meczów, za co dostał większość z aż ośmiu żółtych kartek w tym sezonie Ekstraklasy). Tego Feio, który wielokrotnie krytykował ich również po spotkaniach, zarzucając im nieuczciwość i stronniczość. Oczywiście na niekorzyść jego zespołu.

Portugalczyk jest na tyle cyniczny w swoich wypowiedziach, że po meczu z Cracovią (3:2) w 16. kolejce, kiedy to rywale nie dostali w doliczonym czasie gry ewidentnego karnego za rękę Wszołka, stwierdził: "Ja i moja drużyna mamy wrażenie, że tydzień w tydzień gramy 11 na 15". Potem dziennikarze Canal+ zaprezentowali rozpiskę, na której wyszło, że z dziewięciu kluczowych pomyłek sędziowskich w meczach Legii aż osiem było na jej korzyść!

Chodzi też o Feio, który ledwie cztery dni temu w Radomiu zwyzywał jednego z sędziów, nazywając go "pajacem jeb***", mimo że i w tym spotkaniu sędzia nie popełnił ani jednego poważnego błędu na niekorzyść "Wojskowych". I w końcu chodzi też o Feio, który w środowym ćwierćfinale Pucharu Polski z Jagiellonią walczył o posadę, bo - jak informował portal Legia.net - przy kiepskiej sytuacji w lidze odpadnięcie z Pucharu Polski miało spowodować duże zmiany w klubie z Łazienkowskiej.

Przy awansie Legii do półfinału PP, sędziowie - głównie dzięki staraniom duetu Lasyk - Marciniak - zyskują kolejne tygodnie użerania się z Feio, wysłuchiwania jego obelg i konfabulacji oraz wytrzymywania jego niekontrolowanych ataków agresji. Wypisz wymaluj - piłkarski, sędziowski, syndrom sztokholmski.

Co ciekawe, sam Feio tym razem po meczu nie chciał mówić o sędziach tak, jak ma to w zwyczaju robić, gdy uważa się za pokrzywdzonego. - Nie komentuję - skwitował w odpowiedzi na pytanie o kontrowersje z rzutami karnymi dla Jagiellonii.

Feio gorszy od Runjaicia. Ile cierpliwości ma jeszcze Dariusz Mioduski?

Ale piłkarsko, mimo wygranej nad Jagiellonią, Feio broni coraz mniej. Przypomnijmy - najważniejszym, kluczowym celem Legii na ten sezon miało być mistrzostwo Polski. Nie Puchar Polski, nie niezła postawa w Lidze Konferencji, ale właśnie mistrzostwo, które w Warszawie po raz ostatni było jeszcze w 2021 roku za kadencji Czesława Michniewicza.

Tymczasem sytuacja w tabeli wskazuje, że możliwy jest czwarty kolejny sezon bez tego najważniejszego tytułu. Mało tego, w pierwszym pełnym sezonie za kadencji Portugalczyka Legia po 22 kolejkach ma o jeden punkt mniej, niż rok temu w analogicznym momencie miała drużyna Kosty Runjaicia. Obecnie drużyna ze stolicy ma zaledwie 36 punktów, gdy 12 miesięcy temu miała ich 37. A przecież to krytykowany Niemiec łączył grę w lidze ze znacznie trudniejszymi meczami w europejskich pucharach - jego Legia mierzyła się po dwa razy z Austrią Wiedeń, FC Midtjylland, AZ Alkmaar, Molde czy przede wszystkim Aston Villą. Trudno to w jakikolwiek sposób zestawić z tegoroczną ścieżką Legii, która obejmowała pojedyncze spotkania z Betisem, Djurgardens czy Lugano i dwumecz z nieumiejącym grać w pucharach Broendby. To Runjaiciowi też zabrano zimą kluczowych piłkarzy w postaci Bartosza Slisza, którego w żaden sposób nie zastąpiono, czy sprzedanego już po oknie w Polsce Ernesta Muciego. I jeszcze został on zwolniony po 27. kolejce, po tym jak w trzech meczach ligowych zdobył w dobrym stylu siedem ligowych punktów. 

Obecna Legia dopiero teraz rozpoczęła wiosenny ciąg rozgrywania dwóch meczów w tygodniu, który potrwa co najmniej do początków kwietnia, a może przedłużyć się nawet do początku maja. Póki co "prostszy" początek rundy drużyna z Warszawy kompletnie przespała. Opóźniony transfer napastnika w osobie Szkurina nie jest w stanie wytłumaczyć zdobycia zaledwie czterech punktów w czterech meczach z Koroną Kielce, Piastem Gliwice, Puszczą Niepołomice i Radomiakiem. Szczególnie że w Radomiu Legia była zdecydowanie słabszym zespołem od tego, który może co najwyżej pomarzyć o piłkarzach z poziomu piłkarskiego i płacowego z jedenastki klubu z Łazienkowskiej.

W lidze Legii będzie trudno nawet o podium, do którego traci sześć punktów, o mistrzostwie nie wspominając (osiem punktów straty do lidera). Zostaje Puchar Polski i 1/8 finału Ligi Konferencji Europy. Ale skoro główny cel się oddala, to pytań nie brakuje. Przede wszystkim o przyszłość Goncalo Feio.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...