To najdziwniejszy mecz w polskiej piłce od dekad! Aż ciężko opisać

Podstawowy czas gry zakończony analizą VAR w 115. minucie po golu w ostatniej akcji meczu, który doprowadził do dogrywki? Dryblujący bramkarz uratowany przez VAR? Taki scenariusz nie został wymyślony przez reżyserów najlepszych thrillerów, a bohaterów ostatniego ćwierćfinału Pucharu Polski! Gracze Wisły Kraków i Widzewa Łódź zagrali mecz, który może pretendować do jednego z najdziwniejszych w ostatnich dekadach w polskiej piłce. Ale było to widowisko pełne dramaturgi i zwrotów akcji. Aż do tej 119. minuty, która rozstrzygnęła o wszystkim...
Wisła - Widzew
screen Polsat Sport

"Biała Gwiazda" marzy, aby odzyskać blask i ponownie znaleźć się wśród najlepszych ekip w kraju, a na razie najłatwiej o to w Pucharze Polski, albowiem w rozgrywkach 1. Ligi zajmują dopiero piąte miejsce. Kilka dni temu przegrali u siebie 0:1 z GKSem Tychy. W ćwierćfinale krajowego pucharu Wisła Kraków była jedynym przedstawicielem z niższej ligi, a starcie z Widzewem Łódź z uwagi na markę obu ekip było prawdziwym hitem. Na trybunach stadionu przy ulicy Reymonta zasiadło blisko 27 tysięcy widzów.

Zobacz wideo Tajny plan Probierza. "Rozpuszczanie mgły, żeby namieszać w głowie przeciwnika"

Szkoleniowiec gospodarzy Albert Rude zaskoczył już przed meczem, zostawiając na ławce rezerwowych ważnych dla zespołu graczy, jak Rodado czy Goku. Natomiast Daniel Myśliwiec, który mógł ostatnio cieszyć się z dwóch ligowych zwycięstw nad ŁKSem oraz Górnikiem, posłał do boju to, co miał najlepsze.

Bardzo dobre 45 minut Wisły. Tylko gola brak

Na pierwszy celny strzał czekaliśmy do 18. minuty. Wiślacy chcieli wykorzystać stratę w środku pola gracz gości. Wypuszczony na wolne pole został Baena, ale jego strzał został zblokowany i piłkę po rykoszecie ze spokojem mógł wyłapać Gikiewicz. Pięć minut później to znów gospodarze byli blisko zdobycia pierwszej bramki. Po bezpośrednim wyrzucie z autu w pole karne Sobczak przestawił obrońcę Widzewa i zdołał oddać strzał lewą nogą, ale nad poprzeczką. Dobrą okazję z linii szesnastki miał także Bregu. Niepilnowany skrzydłowy uderzył jednak nieczysto.

W barwach pierwszoligowca najbardziej wyróżniał się prawoskrzydłowy Angel Baena. To on w 33. minucie z boku boiska ograł rywala, ale po jego dośrodkowaniu Bregu skierował piłkę głową w słupek bramki Rafała Gikiewicza. Tempo meczu w pierwszej połowie było naprawdę całkiem niezłe, a na boisku nie było widać różnicy poziomów rozgrywkowych. Wręcz przeciwnie - to gracze "Białej Gwiazdy" dominowali, aczkolwiek nie potwierdzili tego w wyniku.

Odmieniony Widzew po przerwie. Sędziowie z wielkim bólem głowy

Widzew mógł wykorzystać nieskuteczność rywali zaraz po zmianie stron, ale strzał głową Jordiego Sancheza w sposób spektakularny obronił Alvaro Raton. Bura należy się Colleyowi, który stracił z radarów hiszpańskiego napastnika gości. Podopieczni Daniela Myśliwca zdołali w drugiej połowie zmienić obraz gry na bardziej wyrównany.

Na kwadrans przed końcem doszło do niesamowicie skomplikowanej sytuacji z punktu widzenia sędziego. Po dużym zamieszaniu, gdy piłkę zagrywali zawodnicy obu drużyn, do siatki gospodarzy trafił rezerwowy Imad Rondić, jednakże sędzia liniowy zasygnalizował spalonego. Bardzo długo trwała analiza tego, czy napastnik Widzewa był na nieprzepisowej pozycji oraz to, czy wcześniej nie doszło do przewinienia obrońcy Wisły we własnym polu karnym. Ostatecznie po siedmiu minutach arbiter główny Damian Kos po obejrzeniu całej sytuacji wskazał na rzut karny! Pewnie wykorzystał go Bartłomiej Pawłowski i Widzew objął prowadzenie. Goście w przeciwieństwie do rywali potrafili potwierdzić golem okres swojej lepszej gry.

Przerwa wynikająca z odpalenia rac przez kibiców gości oraz długa analiza bramki spowodowały, że doliczonych zostało 17 minut! Wydawało się, że napór Wiślaków będzie większy, ale sprytne zakłócanie płynności gry przez Widzewiaków sprawiało, że czas uciekał minuta po minucie, a gospodarze nie zbliżali się pod bramkę gości.

Kolejka u kardiologa - taka to była końcówka

Dopiero w ostatnich kilkudziesięciu sekundach doliczonego czasu zrobiło się naprawdę gorąco po kilku wrzutkach "na chaos", ale wiele prób Wiślaków było blokowanych. Czujny był także Gikiewicz. Doświadczony golkiper Widzewa wybijał także dośrodkowanie ostatniej szansy z rzutu wolnego. Zrobił to jednak wprost pod nogi Rodado. Napastnik Wisły wykazał się olbrzymim spokojem. Przymierzył i wewnętrzną częścią stopy trafił do siatki Widzewa! Cały stadion - oprócz sektora gości - eksplodował. To trafienie było jeszcze sprawdzane pod kątem spalonego, co wywołało szarpaninę z obu stron, ale ostatecznie zostało uznane. Wisła rzutem na taśmę w dramatycznych okolicznościach doprowadziła do dogrywki.

To oczywiście nie mógł być koniec emocji i absurdalnych wydarzeń w tym meczu. W 109. minucie padł kuriozalny gol dla Widzewa, gdy drybling na linii piątego metra we własnym polu karnym rozpoczął golkiper Wisły Alvaro Raton. Piłkę spod nóg wprost do bramki wybił mu Imad Rondić. Bramkarza uratował VAR, który zauważył, że napastnik gości za szybko wbiegł w pole karne w momencie wykonywania chwilę wcześniej autu bramkowego.

W 119. minucie stadion przy ulicy Reymonta ponownie wpadł w ekstazę! Goku miał sporo miejsca przed bramką, ale oddał zły, nieczysty strzał, jednakże na drodze lotu piłki znalazł się Szymon Sobczak. Napastnik Wisły przez cały mecz zaciekle walczył ze stoperami Widzewa i otrzymał nagrodę w ostatniej minucie dogrywki, kierując piłkę do bramki rywali. Niewiarygodny powrót Wisły stał się faktem! W ostatniej akcji doliczonego czasu gry doprowadzili do dogrywki, a w niej zadali brutalny, decydujący cios w 119. minucie po tylu zwrotów akcji. To jeden najdziwniejszy, ale i najbardziej dramatycznych meczów na polskich boiskach w ostatnich kilkunastu latach. Ba, dekad!

Piast Gliwice, Pogoń Szczecin, Jagiellonia Białystok i Wisła Kraków - pierwszoligowy rodzynek - to półfinaliści Pucharu Polski. Pary wyłonione zostaną poprzez losowanie.

Więcej o: