Bluzgi w stronę Trzaskowskiego podczas finału Pucharu Polski. Kulesza też niezadowolony

Chociaż dwie najlepsze obecnie drużyny w Polsce dały na Stadionie Narodowym wielkie show, to tegorocznego finału Pucharu Polski nie będziemy wspominać z uwagi na bardzo wysoki poziom sportowy. Raków Częstochowa pokonał Lecha Poznań 3:1, ale po meczu głównym tematem będzie decyzja prezydenta Warszawy - Rafała Trzaskowskiego - która zepsuła święto na trybunach.

Kiedy w doliczonym czasie gry piłka wpadła w ręce bramkarza Rakowa Częstochowa - Kacpra Trelowskiego - piłkarze Marka Papszuna unieśli ręce w górę. Chociaż sędzia Szymon Marciniak nie zakończył jeszcze meczu, to częstochowianie już wiedzieli, że obronią Puchar Polski. Trelowski też czekał na sygnał do świętowania, ale Marciniak nie chciał kończyć spotkania. Zrobił to dopiero po krótkiej rozmowie z zawodnikami Rakowa, którzy zdawali się sugerować sędziemu, że przecież w kilka sekund nie stracą dwubramkowej przewagi.

Zobacz wideo Kibice chcą pomnika dla Banasika. "Lepiej niech w Radomiu nie staje"

Po ostatnim gwizdku Marciniaka częstochowianie wpadli w euforię. Zawodnicy rzucali się sobie w ramiona, a Papszun wyściskał cały sztab szkoleniowy. Najdłużej zatrzymał się przy swoim asystencie - Goncalo Feio - z którym mocno klepali się po plecach. Chwilę później Papszun był już w powietrzu, podrzucany przez swoich piłkarzy. 

Na murawie lał się szampan, a piłkarze Rakowa wkładali okazjonalne koszulki przygotowane na ewentualną wygraną. Po śpiewach z kibicami przyszedł czas na ceremonię wręczenia pucharu i największą radość. Raków pokonał Lecha 3:1 i nie tylko zdobył drugi z rządu Puchar Polski, ale zyskał też wielką przewagę psychologiczną na ostatniej prostej w walce o mistrzostwo kraju.

Stadion Narodowy/ Cezary KuleszaSkandal na Narodowym. Pusty sektor, ostra reakcja Kuleszy

Pusty sektor, popsute święto

Na koniec można było poczuć wyjątkową atmosferę finału, ale w poniedziałek był to niestety jedyny taki moment. "Piłka nożna dla kibiców" - ryknęli kibice Rakowa Częstochowa, kiedy sędzia Marciniak rozpoczął mecz na Stadionie Narodowym. To była tylko zapowiedź tego, co działo się na trybunach w kolejnych minutach. Atmosfera tegorocznego finału Pucharu Polski w niczym nie przypominała tego, co działo się w finałach przed pandemią koronawirusa.

"Co to za finał, Kulesza, co to za finał?" - skandowali kibice zgromadzeni w sektorze Rakowa Częstochowa. Fani lidera ekstraklasy niemal w całości zapełnili łuk za jedną z bramek. Sektor po przeciwnej stronie świecił zaś pustkami. 

Nie chodziło jednak o to, że kibice Lecha Poznań nie dojechali do Warszawy. Wręcz przeciwnie, pod sektorem zjawiło się ich kilka tysięcy. Kibice Lecha na Stadion Narodowy jednak nie weszli, bo policja nie pozwoliła na wniesienie specjalnie przygotowanej oprawy. Służby powoływały się na decyzję prezydenta Warszawy, który zabronił wnoszenia na stadion flag o wymiarach większych niż 2m x 1,5 m.

Dlaczego Trzaskowski zdecydował się na taki ruch? Prezydent stolicy z pewnością chciał uniknąć sytuacji, do której doszło w trakcie finału w 2018 roku. Wtedy to kibice Legii Warszawa i Arki Gdynia nie tylko odpalili dużą ilość pirotechniki, przez którą przerywano też kilka innych finałów, ale ukrywali się pod dużymi flagami. Cztery lata temu w sektorze gdynian użyta została rakietnica, z której pocisk zatrzymał się na iglicy Stadionu Narodowego.

Kibice Rakowa sami się uciszali

Chociaż kibice Lecha nie weszli na stadion, to w pierwszych minutach prowadzili doping spod niego. W geście solidarności fani z Częstochowy nie dopingowali swoich zawodników. Pojedyncze próby rozpoczęcia dopingu były kończone przez samych kibiców Rakowa, którzy wzajemnie się uciszali. Zamiast przyśpiewek były zaś wulgarne okrzyki w kierunku Trzaskowskiego i PZPN.

Te zagłuszać chciał spiker, który wyczytywał kolejne informacje. Z nich dowiedzieliśmy się m.in. o poprzednich rywalach Lecha i Rakowa, finale Pucharu Polski kobiet, czy tego, że prezes PZPN - Cezary Kulesza - zrobił wszystko, by finał odbył się w atmosferze święta dla kibiców.

Dopingu w trakcie meczu nie było prawie wcale. Pojedyncze przyśpiewki intonowali kibice Lecha, którzy zasiadali na neutralnych sektorach. Na Stadionie Narodowym znacznie głośniej robiło się tylko wtedy, gdy obrażany był Trzaskowski. Atmosfera w trakcie meczu momentami była przygnębiająca. I nie chodziło tylko o wykrzykiwane bluzgi. Zamiast dopingu kibiców słychać było bowiem helikopter krążący nad Stadionem Narodowym.

Tuż po rozpoczęciu finału Kulesza zapowiedział na Twitterze, że jeśli w przyszłości postanowienia Państwowej Straży Pożarnej nie ulegną zmianie, to finały Pucharu Polski odbywać się będą gdzie indziej.

Świetny mecz na Stadionie Narodowym

A szkoda, by Warszawa i Stadion Narodowy stracił takie święto. Zwłaszcza takie jak w tym roku, kiedy na boisku działo się mnóstwo ciekawych rzeczy. Bo piłkarsko był to prawdopodobnie najlepszy finał, odkąd rozgrywany jest na Narodowym.

W poniedziałek było w nim wszystko: indywidualne popisy, zespołowa praca, efektowne bramki, emocje od początku do końca. Lech i Raków potwierdziły, że są najlepszymi drużynami w Polsce, z którymi możemy wiązać nadzieje na dobrą grę w europejskich pucharach. 

Był to też mecz inny od tego, jaki obejrzeliśmy między tymi zespołami na początku marca w Poznaniu. Wtedy Raków wygrał 1:0 po tym, jak dominował przez większość spotkania. Drużyna Macieja Skorży, choć grała przed własną publicznością, miała problemy z konstruowaniem płynnych akcji. Wszystko przez wysoki pressing i agresywny odbiór piłki w wykonaniu Rakowa. Zespół Marka Papszuna osłabł dopiero w końcówce, co trener lidera ekstraklasy tłumaczył wysoką intensywnością gry przez niemal 90 minut.

W poniedziałek było inaczej. Chociaż Raków objął prowadzenie już w 6. minucie, a chwilę później mógł zdobyć drugą, a nawet trzecią bramkę, to grę prowadził Lech. Po niemrawym początku drużyna Skorży obudziła się po potężnym uderzeniu Jakuba Kamińskiego, które zatrzymało się na poprzeczce bramki Kacpra Trelowskiego.

Jakub KwiatkowskiRzecznik PZPN skomentował karę od FIFA. "Żadna nowość"

Lech przeważał, ale to Raków tego dnia był skuteczniejszy i spokojniejszy w polu karnym. Bramka na 2:0 padła po szybkim kontrataku. Ivi Lopez podwyższył na 3:1 w momencie, w którym wydawało się, że poznaniacy odwrócą losy meczu i doprowadzą do remisu. Raków jednak znów mógł polegać na swoim liderze, którego Lechowi, zwłaszcza przed przerwą, zabrakło.

Niezrozumiała decyzja Skorży

16 bramek i osiem asyst - to dorobek Joao Amarala w tym sezonie. Portugalczyk wraz z Mikaelem Ishakiem jest najskuteczniejszym strzelcem Lecha i obok Lopeza najlepszym zawodnikiem naszej ligi. Mimo to mecz z Rakowem zaczął na ławce rezerwowych.

Skorża zrezygnował z Amarala, mimo że ostatnim razem, gdy zdecydował się na taki ruch, Lech przegrał z Lechią Gdańsk 0:1. Trener poznaniaków liczył na to, że Amaral odwróci losy meczu tak, jak zrobił to we wrześniu zeszłego roku w Częstochowie. Wtedy Portugalczyk też usiadł na ławce rezerwowych, a Lech po 48 minutach też przegrywał 0:2. 

Amaral, tak samo jak w poniedziałek na Stadionie Narodowym, też strzelił gola na 1:2, a później miał duży udział w tym, że Lech doprowadził do remisu. I mógł ten mecz nawet wygrać. W finale Pucharu Polski plan Skorży nie wypalił, a brak Amarala był mocno widoczny pod bramką Rakowa Częstochowa.

W pierwszej połowie poznaniakom brakowało nie tylko kreatywności Portugalczyka, ale też - a może przede wszystkim - jego umiejętności podejmowania dobrych, odważnych decyzji i odnajdywania się w polu karnym przeciwnika. Bo przecież właśnie tak padła bramka dla Lecha. Po nieudanym strzale Dawida Kownackiego, to Amaral dołożył głowę, pokonując z bliska Trelowskiego.

W ostatnich 11 latach Lech zagrał w pięciu finałach Pucharu Polski. Wszystkie przegrał. Po poniedziałkowym meczu na Stadionie Narodowym w Poznaniu mogą się zastanawiać, jak wyglądałby ten mecz, gdyby na sektorze byli kibice, a zawodnicy wykazali się większą skutecznością. Mogą się też zastanawiać, co by było, gdyby od pierwszej minuty na boisku był Amaral.

Więcej o: