Gwiazdeczka stała się liderem. Wielka przemiana Kownackiego. "Idzie wojownik"

Dawid Szymczak
Nie przerósł ekstraklasy, ale powrót dobrze zrobił zarówno Lechowi Poznań, jak i jemu. - Odzyskałem radość z gry w piłkę. Inaczej jest w domu, inaczej za granicą - mówi Dawid Kownacki. W klubie widzą jego zmianę. Wyjeżdżał duży dzieciak, wrócił dojrzały facet. W końcówce sezonu, podczas walki o dwa trofea, to dojrzałość może okazać się najważniejsza.

- O, idzie wojownik - mówi Rafał Janas, asystent Macieja Skorży, gdy widzi Kownackiego. To charakterystyczne. Gdy pytamy o niego trenerów i piłkarzy Lecha, to o golach i asystach wspominają dopiero w trzecim albo i czwartym zdaniu. Najpierw jest cała litania o jego zadziorności, pracy w pressingu i poświęceniu dla zespołu. O zmianie Kownackiego z gwiazdeczki w lidera mówią przy Bułgarskiej wszyscy.

Zobacz wideo Borek: Lewandowski chyba dojrzał do tego, by zmienić otoczenie

Kownacki, który w 2017 r. wyjeżdżał z Poznania do Sampdorii Genua, w szatni był dość cichy, brylował za to w mediach społecznościowych. Miał talent, ale na treningach nie wypruwał sobie żył i nie pilnował diety. A dzisiaj to już profesjonalista pełną gębą i pracuś. O rozgłos chce zadbać na boisku, a o pozaboiskowych kontrowersjach nie słychać.

- Każdy się zmienia, bo doświadcza po drodze dobrych i złych rzeczy. Wy też pięć lat temu byliście inni - mówił do dziennikarzy podczas spotkania w zeszłą środę. - Czuję się liderem Lecha. W szatni i na boisku. Wróciłem do Poznania z bagażem doświadczeń i chciałem się nim dzielić z drużyną. Zdobywałem już z Lechem mistrzostwo. Wiem, czego się oczekuje, jaka jest atmosfera i jaka jest presja. Są w szatni starsi piłkarze ode mnie, ale nie widzę powodu, żeby się nie dzielić swoim doświadczeniem. Jest spore. Może pomóc drużynie - mówi 25-letni piłkarz.  

Kownacki wie, że w końcówce sezonu, gdy Lech walczy z Rakowem Częstochowa o mistrzostwo i Puchar Polski, liderzy są mu szczególnie potrzebni. - Nie oszukujmy się, mój transfer będzie zupełnie inaczej oceniany, jeśli uda nam się zdobyć te trofea - zauważa.

Raków Częstochowa - Górnik Łęczna 2:1Raków niezależnie od wyniku finału ustanowi rekord. "Tego jeszcze nie było"

Latem w reprezentacji Polski, zimą w ekstraklasie. Kariera Dawida Kownackiego faluje od lat

Gdy zimą wrócił do Lecha, pisaliśmy, że dzieje się to jakieś 10 lat za wcześnie, bo gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, powinien w tym czasie grać w czołowej europejskiej lidze, w solidnym klubie i mieć nie siedem meczów w reprezentacji Polski, a z trzydzieści. Talent mu na to pozwalał. Nie każdy debiutuje w pierwszej drużynie Lecha mając 16 lat i nie każdy zdobywa mistrzostwo Polski zaraz po osiemnastce.

Kłopot w tym, że Kownacki nigdy nie potrafił ustabilizować formy. Dobre półrocza przeplatał nieudanymi. Wystarczy spojrzeć na dwa ostatnie - latem był w reprezentacji Polski i przygotowywał się do Euro 2021, a już zimą z powrotem witał się z ekstraklasą. Fortuna Dusseldorf wzięła go na wypożyczenie i po pół roku wyłożyła prawie siedem mln euro, byle go mieć na stałe, a na koniec szukała ratunku w wypożyczeniu go do słabszej ligi. Niemieccy dziennikarze też najpierw piali z zachwytu, a na koniec nazwali transfer Polaka "największym niewypałem". Wcześniej, w Sampdorii, Kownacki też miał dobre wejście i słabe pożegnanie. Jego kariera przypomina wykres badania EKG - góra, dół.

Duży wpływ miały też kontuzje. Za granicą przytrafiły mu się dwa delikatniejsze urazy i dwa poważne, które wymagały operacji. Wypadał czasami na kilka tygodni, niekiedy na kilka miesięcy. Wracał, umacniał formę i za chwilę znów coś go wytrącało z rytmu.

Z jego otoczenia usłyszeliśmy, że nie pomagała mu też gra w reprezentacji Polski. Oczywiście - dawała satysfakcję i napawała dumą, ale też zabierała okresy przygotowawcze. Dla graczy predysponowanych do pełnienia ważnych ról w klubie - takich jak Kownacki w Sampdorii - to często kluczowy czas, w którym pod nieobecność najważniejszych piłkarzy można poprawić swoje notowania u trenera, a co najważniejsze - zbudować formę na całą rundę. Tymczasem Kownacki latem 2017 r. wystąpił w mistrzostwach Europy do lat 21, rok później był w kadrze Nawałki i zagrał w końcówce meczu z Senegalem oraz od początku z Kolumbią, w 2019 r. był kapitanem kadry Czesława Michniewicza na kolejnym młodzieżowym Euro we Włoszech, a w 2021 r. Paulo Sousa zabrał go na Euro. Za każdym razem, gdy większość jego klubowych kolegów przygotowywała się do sezonu, on musiał łapać oddech po turnieju. Wracał do klubu po urlopie i był w tyle.

Dlatego mówiło się, że wraca do Lecha, by się odbudować. Był wtedy świeżo po wyleczeniu kontuzji więzadeł w kolanie, przez którą stracił niemal całą rundę jesienną w Fortunie Dusseldorf. Nie grał od września do grudnia, dopiero w połowie stycznia dwa razy wszedł z ławki. W Poznaniu wiedzieli, że będzie potrzebował czasu. Ale też wyobrażali sobie, ile może dać zespołowi, gdy już w niej będzie. W normalnych okolicznościach ten transfer byłby niemożliwy, bo zdrowy Kownacki to piłkarz poza zasięgiem Lecha. Gdy pół roku wcześniej Skorża podczas zgrupowania przed mistrzostwami Europy z przymrużeniem podpytywał go, jak zapatruje się na powrót, piłkarz nie chciał o tym słyszeć. Do wypożyczenia doszło parę miesięcy później, bo zawiodło zdrowie i zadziałał sentyment. Sprzyjały też okoliczności - na stulecie Lecha klub i jego wychowanek chcieli wspólnie zdobyć mistrzostwo i Puchar Polski.

Maciej Skorża - trener Lecha PoznańTen przepis zmieni układ sił w finale Pucharu Polski. Skorża: "Rozpisujemy scenariusze"

14 meczów, 800 minut, pięć goli, dwie asysty. Ale to nie liczby są dla Kownackiego najważniejsze

Na ostatniej prostej sezonu - kilka dni przed finałem na Stadionie Narodowym i trzy kolejki przed zakończeniem ligowych rozgrywek - Kownacki jest już w dobrej formie. Podkreślają to trenerzy, on sam nie chce się oceniać. - Czy się odbudowałem? Zachowam to dla siebie, bo mogę mieć swoje zdanie, a ludzie strojący obok - dziennikarze i kibice - nie muszą się ze mną zgadzać. Sam się oceniam i słucham ludzi będących w klubie, ale głośno nie chcę o tym mówić. Nie będę szacować, czy to moje 100 procent, czy 90., czy 80., czy mniej. Na to będzie czas po sezonie. Od wyników będzie też zależała moja ocena. Zostanę zupełnie inaczej odbierany, jeśli zdobędziemy mistrzostwo i Puchar Polski niż jeśli nam się to nie uda - podkreśla.

Po powrocie do Lecha rozegrał już 14 meczów. Nie przegapił ani jednego, a wszechstronność pozwoliła mu uzbierać przyzwoite 800 minut. W tym czasie strzelił pięć goli, a przy dwóch asystował. Zimą wcale nie było oczywiste, że Kownacki odegra tak istotną rolę w rundzie rewanżowej, bo na jego ulubionej pozycji - za napastnikiem - grał najlepszy piłkarz Lecha Joao Amaral, a w kolejce czekali Dani Ramirez i Filip Marchwiński. Na skrzydłach, gdzie Kownacki też może występować, rywalizacja była jeszcze ostrzejsza - pewne miejsce na lewej stronie miał Jakub Kamiński (luksusowy młodzieżowiec Lecha), a na prawej chcieli grać Michał Skóraś, Adriel Ba Loua i sprowadzony trzy tygodnie przed Kownackim Kristoffer Velde. Na szpicy dyskusji nie było - Mikael Ishak to kapitan i najlepszy strzelec Lecha, który walczy z Ivim Lopezem o tytuł króla strzelców ekstraklasy.

Kownackiemu bardzo pomogła wszechstronność. Skorża wystawiał go na prawej stronie pomocy, za napastnikiem, jako napastnika i po lewej stronie. Wszędzie, gdzie tylko chciał. Czasami łatał nim luki po kontuzjach Amarala i Ishaka, w innych meczach wystawiał go ze względów taktycznych. Kownacki rozwiązuje problemy Skorży. Dostosuje się do każdej pozycji, zawsze coś wniesie, raczej nie zawali.

Najsłabiej spisał się w pierwszym meczu po powrocie. Wszedł na pół godziny spotkania z Cracovią. Był ślamazarny i niedokładny, a Lech, mając go na boisku, stracił dwubramkowe prowadzenie. Kibice byli przerażeni, jak dużo brakuje mu do dobrej formy. Dopiero następne tygodnie pokazały, że nie jest tak źle i po prostu mecz w Krakowie mu nie wyszedł. Tydzień później strzelił gola Termalice, a pod koniec lutego wszedł na 24 minuty bardzo ważnego meczu z Pogonią Szczecin przy wyniku 0:0, a po chwili miał gola i asystę. Lech wygrał 3:0. Po wejściu z ławki trafiał też przeciwko Jagiellonii. Jego asysta dała remis z Legią Warszawa, a gol z Wisłą Płock przesądził o zwycięstwie 1:0. Sam mówi, że jedynie dołożył cegiełkę. To zbyt skromne stwierdzenie. Bez jego goli i asyst Lechowi uciekłyby przynajmniej trzy punkty. Bez nich o mistrzostwie można by zapomnieć.

Kownacki napoczął też Olimpię Grudziądz w półfinale Pucharu Polski. Sam wspomina, że przed tamtym meczem wziął się za motywowanie kolegów. - Panowie, dzisiaj gramy na takim stadionie, ale ten mecz jest tylko po to, by następny zagrać już na Stadionie Narodowym i cieszyć się występem na jednym z najpiękniejszych obiektów w Europie. Ten mecz to przepustka - mówił. 

- Kibice i dziennikarze zawsze oceniają piłkarzy na podstawie statystyk. Dobrze, że "Kownaś" strzela i asystuje, dając nam punkty, ale nie to jest istotą jego gry. On znakomicie naciska na rywali, jest pierwszy do pressingu, walczy niesamowicie. Upada, nie ma sił, a jeszcze biegnie. Tak jest zaangażowany. To wojownik. Ma jakość - przekonują trenerzy Lecha. 

Jakość to chociażby umiejętność odnajdywania się w polu karnym. "Weszło" wyliczyło, że tylko dwóch zawodników w ekstraklasie (Kamil Grosicki i Jakub Kamiński) ma więcej kontaktów z piłką w szesnastce rywali na 90 minut niż Kownacki. I że tylko Ivi Lopez z Rakowa ma wyższą średnią strzałów na 90 minut. Kownacki szybko przebił się też do czołówki graczy z największą liczbą kluczowych podań na 90 minut. To statystyki, które mogą umknąć, gdy na mecze jedynie się spogląda. Wydaje się, że niektórzy kibice spodziewali się, że Kownacki w ekstraklasie będzie wyróżniał się, jakby wszedł na boisko jedenastolatków. Przepaści między nim a rywalami i kolegami z drużyny nie ma, ale żadnemu trenerowi Lecha nie przyjdzie do głowy, by na Kownackiego narzekać. - Bardzo dużo daje zespołowi - powtarzają.

Nicola ZalewskiZalewski podbija Włochy. Dni chwały Polaka, a Mourinho broni go jak syna

Dawid Kownacki po sezonie wróci do Niemiec? "Pewne są tylko śmierć i podatki"

On sam podkreśla, że w Polsce odzyskał radość z gry. - Za granicą byłem w klubach, które nie walczyły o najwyższe cele. We Włoszech nie graliśmy tak naprawdę o nic [Sampdoria była ligowym średniakiem, który nie ma większych szans ani na puchary, ani na spadek - red.]. W Bundeslidze cele były inne, walczyliśmy o utrzymanie. W Lechu znowu gram o trofea: o mistrzostwo i Puchar Polski. Brakowało mi tego. Od małego byłem nauczony i przyzwyczajony do gry o najwyższe cele, dlatego cieszyłem się przychodząc tutaj. Dla piłkarza nie ma nic lepszego niż walka o tytuły - podkreśla. 

Kontrakt Kownackiego z Fortuną obowiązuje do czerwca 2023 r., zatem po rozegraniu czterech meczów w Lechu (trzy ligowe i finał Pucharu Polski) piłkarz powinien wrócić do 2. Bundesligi i w przyszłym sezonie walczyć o awans. Takie plany ma jego klub, choć w tym sezonie zajmuje dopiero 10. miejsce. Kownacki wciąż jest najdroższym piłkarzem w historii Fortuny, więc jej szefowie łatwo go nie odpuszczą. Możliwości są dwie: mogą chcieć wykorzystać go w walce o awans lub sprzedać już tego lata i odzyskać przynajmniej część z blisko siedmiu mln euro, które za niego zapłacili.

Lech chciałby go zatrzymać. Naciska na to Maciej Skorża. Dyrektor Tomasz Rząsa miał już sprawdzić, jakie są na to szanse. Niewielkie. Wracamy do tego, że zdrowy Kownacki jest poza zasięgiem Lecha. Chyba, że znów pojawią się sprzyjające okoliczności. Gra w europejskich pucharach na pewno byłaby taką okolicznością. Gdy zapytaliśmy Kownackiego, czy powrót do Fortuny jest pewny, roześmiał się i przypomniał powiedzenie, że pewne w życiu są tylko podatki i śmierć.

- Mam kontrakt, ale jak będzie? Sam nie wiem, nie myślę o tym. Założyłem, że do końca sezonu skupiam się tylko na grze, żeby zrobić to, po co tutaj przyszedłem. Mam kontrakt, mogę sobie coś zakładać, ale mój los i tak nie zależy tylko ode mnie. Dostaję wiadomości od dyrektora Fortuny po meczach, więc wychodzi na to, że mnie obserwują - mówił. 

Na razie Kownacki skupia się na poniedziałkowym finale Pucharu Polski. - Grałem w finałach, ale nie mam tego pucharu, co stanowi jeszcze większą motywację. Świetnie, że finał wraca na Narodowy, bo dodaje to temu meczowi renomy i prestiżu. W takich spotkaniach, przy tylu kibicach, chce grać każdy piłkarz. W lidze zawsze możesz myśleć, że stratę w jednym meczu możesz odrobić w kolejnym. W finale nie ma kalkulacji. Wygrywasz i masz wszystko. Przegrywasz i nie masz nic - nakreśla sytuację.

Piotr ZielińskiBayern? Juventus? Zieliński nie jest już nietykalny. Miarka się przebrała

Więcej o: