Raków Częstochowa niezależnie od wyniku finału ustanowi rekord. "Tego jeszcze nie było"

Dawid Szymczak
- To dla nas piękny czas. Jesteśmy dobrze przygotowani, zdrowo pewni siebie. Nie znaleźliśmy się w tym finale przypadkowo. Lech Poznań nie kryje się ze swoimi aspiracjami, chce mistrzostwa i Pucharu Polski, a my chcemy te plany pokrzyżować - mówi przed finałem Pucharu Polski trener Marek Papszun. Początek meczu 2 maja o godz. 16. Raków będzie w nim wspierany przed rekordową liczbę kibiców.

Puchar Polski, przyozdobiony szalikami w barwach Lecha Poznań i Rakowa Częstochowa, już podczas przedmeczowych treningów stał na trybunie, tuż nad przejściem z szatni na boisko. Pozostał więc niedostępny dla piłkarzy. W poprzednich latach zdarzało się jednak, że był ustawiany w drodze na murawę i każdy piłkarz mijał go, wychodząc na trening. Nie każdy za to znał przesąd, że pucharu przed meczem absolutnie nie można dotknąć, bo przynosi to pecha. I tak - w 2017 r. jeden z piłkarzy Lecha - zrobił sobie z nim zdjęcie. Dzień później doszło do niespodzianki i wygrała Arka Gdynia. Przesąd stał się jeszcze popularniejszy. W tym roku pokusy jednak nie ma. By piłkarze w ogóle ten puchar zobaczyli, musieli zadrzeć głowy.

Zobacz wideo Borek: Lewandowski chyba dojrzał do tego, by zmienić otoczenie

Maciej Skorża jeszcze nie pokonał Marka Papszuna. "Trochę nas to buduje"

Raków Częstochowa zdobył to trofeum rok temu. Ale cała otoczka meczu była zupełnie inna - stadion nie Narodowy, a w Lubinie. Trybuny puste, a nie pełne kibiców. Rywal nie z najwyższej półki, a z zaplecza ekstraklasy. Marek Papszun wracał na konferencji prasowej do ubiegłorocznego spotkania. Wspominał fetę i piłkarzy, którzy wylewali mu na głowę szampana. Zapewniał, że w tym roku chce znów poczuć te emocje.

- Tego się nie zapomina. Piękne chwile, święto futbolu. Gramy właśnie w takim świątecznym okresie, ważnym patriotyczno-historycznie i ten mecz dobrze się w ten czas wpisuje. Zagrają ze sobą dwie najlepsze obecnie drużyny w Polsce, które jednocześnie walczą o mistrzostwo Polski - zapowiadał to spotkanie.

Zbigniew Boniek, prezes PZPNZbigniew Boniek typuje wielki finał Pucharu Polski: Rzuty karne

Raków w trzech ostatnich meczach z Lechem dwa razy wygrał i raz zremisował. Maciej Skorża nie pokonał jeszcze Marka Papszuna. - To fakty przedmeczowe, które oczywiście nas trochę budują, ale pamiętamy, że Lech ma bardzo jakościową drużynę. Do każdego rywala się przygotowujemy bardzo dokładnie - mówi trener Rakowa. - Z silnymi drużynami gra nam się bardzo dobrze, bo są powtarzalne, mają swój styl i charakterystycznych zawodników. Lubimy takie mecze pod presją. Moja drużyna staje wtedy na wysokości zadania - tłumaczył dobre wyniki w meczach nie tylko z Lechem, ale wszystkimi czołowymi polskimi zespołami.   

Historyczny mecz dla Rakowa Częstochowa. Tylu kibiców jeszcze nie było

Bilety na finał rozeszły się już w komplecie. To oznacza, że na Stadionie Narodowym zasiądzie co najmniej 46 tys. kibiców. Raków i Lech miały tam do dyspozycji po 10 tys. miejsc. Według naszych ustaleń fanów obu klubów będzie jednak więcej, bo fani rzucili się też na miejsca z sektorów naturalnych. Według naszych informacji więcej kupili ich kibice z Poznania, ale mimo to, Raków pierwszy raz w historii będzie grał przed tak dużą liczbą własnych kibiców. Szacujemy, że będzie ich na stadionie około 15 tys. 

- Dopiero budujemy swoją markę i swoją tożsamość. Pierwszy raz w historii będzie nas wspierało tylu kibiców. To dla nas wyjątkowa chwila. Mamy atuty, które już wielokrotnie pokazywaliśmy, żeby to trofeum obronić. Nasz charakter i nasza jakość sprawia, że z nami się po prostu trudno gra. Przeciwnicy doświadczają tego co tydzień. Lech też się o tym ostatnio przekonywał - zapewnia Papszun, a pytany o możliwy wpływ finału Pucharu Polski na ligową końcówkę, stwierdził, że nie będzie miał żadnego znaczenia. - Zamykamy tym meczem pewien etap i kompletnie o nim zapominamy. W poniedziałek o godz. 19 zaczynamy myśleć o kolejnym meczu ligowym. 

Nicola ZalewskiZalewski podbija Włochy. Dni chwały Polaka, a Mourinho broni go jak syna

Marek Papszun o Szymonie Marciniaku i Ivim Lopezie

W poniedziałek na Stadionie Narodowym spotkają się trenerzy pochodzący z Mazowsza. Maciej Skorża jest z Radomia, a Marek Papszun z Warszawy. Obaj pomieszkiwali w stolicy, gdy akurat nie prowadzili klubów w innych częściach Polski czy - w przypadku Skorży - świata. Stadion Narodowy, zbudowany na gruzach Stadionu Dziesięciolecia, jest charakterystyczny dla panoramy Warszawy. Papszun podzielił się swoimi wspomnieniami z tym miejscem. - W roli trenera jeszcze na tym stadionie nie byłem. Wielokrotnie przychodziłem tutaj na mecze reprezentacji jako kibic. Mieszkam kilka kilometrów od niego. Jeszcze jak handlowano, też tutaj bywałem. Na błoniach kopałem piłkę. Teraz wracam w to miejsce jako trener i towarzyszy temu pewna ekscytacja - powiedział.

Na koniec konferencji prasowej Papszun odpowiedział na pytania o Iviego Lopeza, najlepszego piłkarza Rakowa i Szymona Marciniaka, sędziego, który poprowadzi finał. - Gdy Ivi do nas przychodził, nie podejrzewałem, że będzie miał aż taki wpływ na zespół. I nie chodzi mi tylko o gole, bo bardziej myślę o mentalności, jego działaniach bez piłki, oddaniu zespołowi i poświęceniu. Początki były trudne, bo jeśli spotykają się temperamentni ludzie, to czasami iskry lecą. Ale początki takie już są, musieliśmy się dotrzeć - uśmiechał się trener Rakowa.

Z uśmiechem zareagował też na pytanie o Marciniaka, którego w przeszłości zdarzało mu się krytykować. - Trudne pytanie. Bardziej po meczu się okaże, czy był odpowiednim sędzią do prowadzenia tego meczu. Wierzę, że tak. Spotkają się dwie najlepsze drużyny, więc powinien taki mecz sędziować najlepszy arbiter w Polsce. A za takiego uchodzi pan Marciniak, więc wszystko pasuje - powiedział.

Robert LewandowskiNiemcy porażeni. "Niegodny mistrza Niemiec". Lewandowski ratował honor

Więcej o: