Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Cracovia czekała na to 72 lata. Bohaterowie, których mało kto się spodziewał

Ostatnie trofeum zdobyte przez Cracovię pamiętali już tylko najstarsi kibice. Na następne musieli czekać aż 72 lata - w dodatku do samego końca finału Pucharu Polski. Wygrali 3:2 po golu w 117. minucie i tylu zwrotach akcji, że mogło zakręcić się w głowie.

Przed meczem były obawy: mistrzowie wyrachowania z Gdańska kontra Cracovia - kojarząca się ze wszystkim, ale nie efektownością. Ostatni mecz bardzo długiego sezonu. Finał. I wszystko, co się z nim wiąże: presja, doszlifowana taktyka, ostrożność. W dodatku Michał Probierz straszył, że finałów się nie gra, a wygrywa. Wiele wskazywało, że na stadionie w Lublinie zobaczymy mecz, który prędzej zachwyci analityków, niż poderwie kibiców z fotela.

Ale pomyliliśmy się bardzo. To było wesołe miasteczko: zwroty akcji, gole uznane i nieuznane, czerwona kartka, dogrywka, obite słupki, nieoczywiści bohaterowie, a przy tym dobre widowisko. Do piłkarskiego święta nie był potrzebny wypełniony po brzegi Stadion Narodowy i długi majowy weekend. Piłkarze Lechii i Cracovii sami o to święto zadbali. Na kameralny stadion w Lublinie wnieśli więcej emocji niż wszyscy finaliści z poprzednich lat na wielki Narodowy. Cracovia przegrywała w tym meczu dwa razy, prowadziła tylko raz - od 116. minuty do końca.

Zobacz wideo

Wyjątkowo słodkie zwycięstwo Cracovii

Cieszy się więc z pierwszego Pucharu Polski w historii. Trener Cracovii mówił przed finałem, że zwycięstwo może jedynie trochę osłodzić gorzki sezon, w którym liczyli na miejsce na podium, a skończyli dopiero na 7. Ale okoliczności, w których wygrali finał dodają temu wszystkiemu kolorytu: wyszarpane zwycięstwo cieszy bardziej. Wygrana rzutem na taśmę pozwala ten triumf bardziej docenić. Rywal był groźny, niewygodny, dwa razy prowadził, a jednak udało się go pokonać. To scala drużynę, może ją natchnąć chociażby w eliminacjach Ligi Europy, do których wygrana w finale była przepustką.

To był finał nieoczywistych bohaterów. Przy pierwszym golu dla Lechii dośrodkowywał rzadko grający w tym sezonie Żarko Udovicić, a kończył Omran Haydary, którego niewielu spodziewało się w wyjściowym składzie. Po przerwie oglądaliśmy już inny mecz, bo niezbyt groźna w pierwszej połowie Cracovia zaczęła atakować z rozmachem, strzeliła gola wyrównującego. Kilka minut później było nieuznane trafienie Cornela Rapy, czerwona kartka dla Mario Mallocy i odpowiedź Lechii - akurat w chwili, gdy krakowianie grali najlepiej - do bramki trafił wprowadzony minutę wcześniej Patryk Lipski. Pomocnik, który nie zaliczy tego sezonu do udanych, mógł zostać bohaterem najważniejszego meczu. Zabrakło jednak koncentracji przy rożnym i Cracovia błyskawicznie wyrównała na 2:2. Na kolejny zwrot akcji trzeba było czekać do 116. minuty. Kamil Pestka dośrodkował, Mateusz Wdowiak wykończył. Cracovia miała w tym meczu tylko trzech Polaków na boisku. To symboliczne, że dwóch z nich zapewniło jej pierwszy w historii Puchar Polski. W dodatku obaj są częściej krytykowani niż chwaleni. Pestka - zagrał mecz życia. Miał udział przy wszystkich akcjach bramkowych: asystę przy pierwszym i ostatnim, do tego strzał, po którym był bramkowy rzut rożny. Wdowiak - wychowanek Cracovii, który wydaje się wciąż nie wykorzystywać pełni swojego potencjału, teraz koncertowo wykorzystał ostatnią okazję. Obaj zasłużyli na taką chwilę, jak mało kto. 

Lechia osiąga takie wyniki wbrew okolicznościom

Przy zachwytach nad meczem i składaniu gratulacji Cracovii, nie można zapomnieć o Lechii. Zimą straciła sześciu podstawowych piłkarzy, musiała naprędce wprowadzać zmienników, często ściąganych tuż przed zamknięciem okna transferowego. Reszta grała w niepewności: kłopoty finansowe wydawały się nie mieć końca, pensje nie przychodziły na czas, Sławomir Peszko i Rafał Wolski rozwiązali umowy z winy klubu. Po półfinałowym meczu Pucharu Polski miała spać w Opalenicy, 40 kilometrów od Poznania, a cztery dni później zagrać z Lechem w lidze. Ale w ostatniej chwili okazało się, że zgrupowania nie będzie, bo brakuje pieniędzy. Koncentracja mogła ulecieć, zmęczenie mogło się pojawić. Złość też. 

W tym półfinale najpierw przetrwała ostrzał Lecha, później wytrzymała do karnych i chociaż miała dwa trafienia straty, awansowała do finału. Czekała na nią Cracovia - kolejna drużyna, z którą teoretycznie piłkarzom Piotra Stokowca nie idzie. Pięć ostatnich meczów to pięć porażek - cztery wyraźne. Ta - już szósta z rzędu - była o włos, mimo gry w dziesiątkę od 79. minuty. Lechia kończy sezon na 4. miejscu w ekstraklasie (w zeszłym sezonie była 3.), znów grając w finale Pucharu Polski. Osiąga to wszystko wbrew okolicznościom. Stokowiec potrafił uporządkować ten bałagan: z grubsza pozamiatał, resztę zagarnął pod dywan, zadbał o najważniejsze miejsca. Na koniec Lechia znów wyglądała na poukładaną i zdyscyplinowaną drużynę.

Więcej o: